Kanadyjski serial pojawił się na niewielkiej platformie Crave w listopadzie ubiegłego roku i raczej nie był typowany na hit. Miał mały budżet, skromną promocję i nieznanych aktorów w głównych rolach.
Wcześniej scenariusz Jacoba Tierneya ("Dobrzy sąsiedzi") odrzucili więksi gracze. Być może uznali, iż serial o "gejach hokeistach", do tego z gorącymi scenami, nie przyniesie większych pieniędzy – choćby jeżeli to ekranizacja bestsellerowej serii książek "Game Changers" autorstwa Rachel Reid. Chcieli fundamentalnie zmienić cały zamysł, ale Tierney się nie zgodził. I chwała mu za to.
Nie chciałabym być dziś w skórze osób, które powiedziały Tierneyowi "nie", bo cóż… odrzuciły życiową szansę. "Heated Rivalry" – które już 6 lutego obejrzymy w Polsce na HBO Max – to popkulturowy fenomen, ogromny hit i prawdziwa kopalnia złota.
"Heated Rivarly" to jeden z największych serialowych fenomenów ostatnich lat
Serial momentalnie przyciągnął ludzi przed ekrany, a widownia rosła z odcinka na odcinek. Prawa do emisji w USA i kilku innych krajach kupiło HBO Max i… się zaczęło. "Gorąca rywalizacja" (bo tak brzmi polski tytuł) nie tylko stała się najchętniej oglądanym serialem w historii Crave, ale również najlepszym debiutem wśród pozyskanych, nieanimowanych tytułów na HBO Max od startu serwisu w 2020 roku.
Gdzieś w okolicach czwartego odcinka narodziła się największa obsesja, która powędrowała za ocean i w inne zakątki globu. Nie dało się jej już zatrzymać.
Dziś "Heated Rivarly" generuje w sieci tysiące memów, postów, filmików i komentarzy. Widzowie piszą, iż oglądali serial po kilkanaście razy i nie mogą wrócić do rzeczywistości. Znają na pamięć całe sceny i odliczają dni do drugiego sezonu (który skupi się na drugiej książce o Shanie i Ilyi – "The Long Game"). Analizują każdy moment między bohaterami, piszą eseje i fanfiki. Media tylko napędzają ten szał – największe tytuły bez przerwy biorą pod lupę fenomen tego niepozornego serialu.
Hudson Williams i Connor Storrie – wcześniej zupełnie nieznani aktorzy – stali się gwiazdami, które dziś robią furorę na czerwonych dywanach (na tegorocznych Złotych Globach kamery skupiały się głównie na nich), siadają w pierwszych rzędach na pokazach największych domów mody, a niedawno nieśli znicz olimpijski we Włoszech. Obaj mają już, bagatela, po niecałe trzy miliony obserwujących na Instagramie. Praktycznie od zera.
Zachwyceni są i widzowie, i krytycy. Na Rotten Tomatoes pierwszy sezon ma w tej chwili oszałamiające 97 procent pozytywnych recenzji od krytyków oraz 89 procent od widzów. Piąty odcinek, "I'll Believe in Anything", po emisji otrzymał na IMDb rzadką, perfekcyjną ocenę 10/10, przez chwilę dzieląc rekord z legendarnym "Ozymandiasem" z piątego sezonu "Breaking Bad".
Sam serial o hokeistach oceniany jest w tym serwisie 9/10 i już trafił do prestiżowego zestawienia Top 250 TV Shows na IMDb. Polacy oficjalnie wciąż jeszcze serialu nie widzieli, a mimo to na Filmwebie "Gorąca rywalizacja" miała już przed premierą 8,3/10 od widzów oraz 8,0/10 od krytyków. Liczby robią wrażenie.
Łatwo byłoby to zdeprecjonować i umniejszyć. "E tam, dziewczyny znowu mają szał na jakieś głupoty, a wtórują im geje. Niby co może być w hokeju i zakochanych w sobie mężczyznach? To pewnie jakieś g*wno".
Jako osoba, która również "ma szał" i zawodowo zajmuje się popkulturą, powiem wam od razu: jeżeli tak myślicie, to przestańcie – fangirling nie unieważnia jakości. "Gorąca rywalizacja" to znakomity, jakościowy serial. A skąd ten fenomen? Już tłumaczę.
O czym jest "Gorąca rywalizacja"? To romans o zakochanych w sobie hokeistach
Ilya Rozanov (Connor Storrie) i Shane Hollander (Hudson Williams) to dwie młode gwiazdy hokeja u progu wielkich karier. Mają po 18-19 lat i trafiają do pierwszych klubów w Bostonie i Montrealu – dwóch drużyn, które historycznie są swoimi największymi rywalami.
Ilya jest Rosjaninem, który na lodowisku jest czystym żywiołem – lepiej nie wchodzić mu w paradę. Media kreują go na "niegrzecznego" chłopca z charakterem: podrywacza, który potrafi powiedzieć do kamery, iż w okresie strzeli 50 goli, i puścić oko do dziennikarzy. W rzeczywistości ma skomplikowaną sytuację rodzinną, a "bycie bucem" traktuje jak maskę ochronną.
Shane to absolutne przeciwieństwo Ilyi. Grzeczny, ułożony, zdyscyplinowany, maksymalnie skoncentrowany na lodowisku. Jedynak z mamą-menedżerką, która załatwia mu kolejne kontrakty reklamowe i nieustannie przypomina, iż jako Kanadyjczyk o azjatyckim pochodzeniu jest wzorem do naśladowania dla młodych hokeistów. Shane – co potwierdzili zarówno Hudson Williams, jak i sama Rachel Reid – jest w spektrum autyzmu, lubi mieć wszystko zaplanowane, a wieczory najchętniej spędza z książką.
Shane i Ilya, których media nieustannie stawiają naprzeciw siebie jako rywali na lodowisku, nieoczekiwanie zaczynają bliższą relację – początkowo stricte łóżkową. Obaj mają świadomość, iż w świecie męskiego sportu, szczególnie hokeja, osoby queer wciąż nie spotykają się z przychylną reakcją, dlatego wszystko toczy się za zamkniętymi drzwiami.
To, co miało być jednorazową "przygodą", z czasem staje się czymś znacznie więcej i trwa – oraz ewoluuje – na przestrzeni kolejnych ośmiu lat. Niektórzy widzowie mogą początkowo poczuć się zdezorientowani przeskokami czasowymi i kolejnymi datami pojawiającymi się na ekranie, ale rozwój relacji Shane'a i Ilyi – a także ich osobista przemiana – stanowi emocjonalny rdzeń całej opowieści.
Tierney prowadzi historię w sposób zniuansowany i realistyczny, nie tracąc ani tempa, ani emocjonalnej intensywności. Fabuła jest skonstruowana z dużą precyzją – bez zbędnych wątków i dłużyzn – co wynika ze sprawnego scenariusza wiernego duchowi książek Rachel Reid, a jednocześnie świetnie wykorzystującego możliwości serialowej formy.
Pierwszy odcinek pełni przede wszystkim funkcję wprowadzenia i ustawienia dynamiki między bohaterami, dlatego jego siła ujawnia się w pełni dopiero z perspektywy kolejnych epizodów. Serial konsekwentnie nabiera rozpędu, a piąty i szósty odcinek są już prawdziwymi perełkami – pokazem mistrzowskiego storytellingu i emocjonalnej narracji.
Widzów może jednak zaskoczyć epizod trzeci, poświęcony wyłącznie Scottowi Hunterowi (François Arnaud) – starszemu, bardziej doświadczonemu hokeiście, który od lat ukrywa swoją homoseksualność. Kiedy zakochuje się w młodym bariście Kipie (Robbie G.K.), konserwatywne środowisko hokeja zaczyna być dla niego coraz większym ciężarem.
W internecie nie brakuje opinii, iż trzeci odcinek jest niepotrzebny i zabiera uwagę Shane'owi i Ilyi, dla których przecież praktycznie wszyscy oglądają ten serial. W żadnym wypadku go jednak nie pomijajcie. To nie tylko świetnie napisany i poruszający epizod z bohaterami, których łatwo polubić, ale też istotny element większej całości, prowadzący do jednej z najlepszych i najbardziej emocjonujących scen w całym sezonie.
"Gorąca rywalizacja" to romans, ale nigdy tandetny
Sportowy romans dla części widzów może brzmieć jak coś mało zachęcającego. Już sama fraza "sportowy gejowski romans ze zmysłowymi scenami" mogłaby u polskich prawicowców wywołać palpitację serca. Być może i wywoła, a na Filmweba ruszy husaria homofobicznych trolli. Oby nie.
Kontrowersyjna dla niektórych może być również rosyjska narodowość Ilyi, ale Rosja –pokazana tu dość oldschoolowo i topornie – nie jest przedstawiona w pozytywnym świetle. Geopolityczne konteksty zostały pominięte (akcja dzieje się przed wybuchem pełnoskalowej wojny w Ukrainie), za to wielokrotnie i wyraźnie wybrzmiewa temat systemowej homofobii na wschodzie.
Wracając jednak do romansu – "Gorąca rywalizacja" nie ma absolutnie nic wspólnego z sentymentalnymi, przesłodzonymi romansidłami w stylu "Bridgertonów".
Owszem, mamy tu przystojnych mężczyzn, wyrzeźbione klatki piersiowe i bardzo świadome, celowe zbliżenia na spocone, napięte mięśnie, ale umówmy się – tego wymaga gatunek i… raczej nikomu to nie przeszkadza. Wszystko podane jest z autentycznością i z "jajem", bez napuszenia i bez udawania, iż oglądamy coś innego, niż faktycznie oglądamy.
Jacob Tierney debiutuje w mainstreamie jako reżyser z wyrazistą wizją i scenarzysta, który doskonale rozumie historię, jaką chce opowiedzieć. Nie interesują go półśrodki, tanie prowokacje ani guilty pleasure. Od początku tworzy serial na poważnie – być może pod nagrody, ale nie jako chamską przynętę na statuetki (choć niestety, jako produkcja kanadyjska, "Heated Rivarly" nie ma szans walczyć o Emmy).
Podczas gdy książka Rachel Reid momentami skręca w stronę sentymentalizmu i cukierkowości, serial ani razu tej granicy nie przekracza. Gdy robi się zbyt ckliwie, natychmiast pojawia się element, który to równoważy. Choć produkcja trzyma się gatunkowych ram romansu, pozostaje opowieścią surową, realistyczną i całkowicie pozbawioną tandety – bliżej jej do "Normalnych ludzi" niż do jakiejkolwiek eskapistycznej fantazji. I to mimo faktu, iż wciąż mówimy o feel-good romansie.
Z kolei intensywność narracji i "rozedrgany", bliski aktorów sposób kręcenia przywodzą na myśl seriale, które w ostatnich latach zachwycały widzów szczerością, energią i realizmem – takie jak "The Bear" czy "The Pitt".
Mimo skromnego budżetu serial jest też zaskakująco dobrze zrealizowany. Szybki, precyzyjny montaż wyróżnia go na tle wielu produkcji telewizyjnych, operatorzy świetnie radzą sobie zarówno z dynamicznymi scenami hokeja, jak i z kameralnymi zbliżeniami, a muzyka – miksująca alternatywę, pop i elektroniczne instrumentale – doskonale oddaje emocjonalny stan bohaterów.
Gorących scen w "Heated Rivarly" jest dużo, ale nigdy nie przekraczają granicy
Wspomnianych "momentów" (wybaczcie zawoalowany język, algorytmy są bezlitosne) jest tu świadomie dużo. Są intensywne, pozbawione filtrów i naprawdę namiętne, a jednocześnie prowadzone z ogromnym wyczuciem.
Serial ani przez chwilę nie skręca w stronę tandetnej sensacji czy estetyki rodem z "365 dni". To zupełnie inna liga. Owszem, jedna ze scen w drugim epizodzie jest mocno "greyowa", ale ma ona sens fabularny i realny wpływ na relację bohaterów. Namiętność nie jest tu wabikiem ani tanią prowokacją – to naturalny, integralny element tej historii.
Dwa pierwsze odcinki mogą zaskoczyć widzów nieprzyzwyczajonych do tak zmysłowych treści – są najbardziej odważne i bezpośrednie. I bardzo dobrze. Chwała Tierneyowi za to, iż nie uległ namowom ich "złagodzenia". Cielesność jest kluczowa dla relacji Shane'a i Ilyi, ale ma też szerszy kontekst: w queerowej reprezentacji, która przez lata w mainstreamie bywała spychana do niedopowiedzeń i ukradkowych gestów. Na szczęście to się zaczyna zmieniać.
Rzadko ogląda się tak szczere, autentyczne, a przy tym pięknie nakręcone sceny bliskości. Nikt nie wygląda tu jak wyjęty z katalogu: jest pot, zmęczenie i pognieciona pościel. Jacob Tierney ani na moment nie traci jednak kontroli nad tonem. Oddaje przestrzeń Connorowi Storrie'emu i Hudsonowi Williamsowi, którzy tworzą zmysłowy spektakl – pełen napięcia, ale jednocześnie emocjonalnie odsłonięty i prawdziwy.
Owszem, serial jest "napalony" i naprawdę gorący, ale nigdy żenujący ani wulgarny. Z biegiem czasu, wraz z rozwojem relacji Shane'a i Ilyi, fizyczność przestaje być tylko fizycznością. Zaczyna nieść emocjonalny ciężar i znaczenie – właśnie wtedy działa najmocniej.
Connor Storrie i Hudson Williams są aż nieprzyzwoicie utalentowani. Ich chemia jest kosmiczna
Jednak sukces serialu w największej mierze opiera się na dwóch głównych aktorach. Jestem szczerze wdzięczna twórcom, iż nie poszli w znane nazwiska, tylko podjęli trud znalezienia nowych talentów. I znaleźli je – w sposób spektakularny.
Connor Storrie i Hudson Williams, 25-letni Amerykanin i 24-letni Kanadyjczyk, mają chemię, którą naprawdę rzadko widuje się na ekranie. Wręcz kosmiczną. Z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, iż dawno nie widziałam, by między aktorami aż tak iskrzyło. Od pierwszych wspólnych scen wierzysz w ich wzajemne przyciąganie, a od końca pierwszego odcinka kibicujesz im całym sercem i krzyczysz do ekranu, gdy zaczynają grać ze sobą w emocjonalnego kotka i myszkę.
Ta chemia – obecna również poza ekranem – to jedno. Ale obaj są po prostu wybitnie utalentowani.
Connor Storrie to aktorski kameleon i zwierzę intensywności, którego styl gry przywodzi na myśl młodego Heatha Ledgera. Krytycy i widzowie wróżą mu wielką karierę i trudno się z nimi nie zgodzić. Jego Ilya jest jednocześnie twardy i miękki, agresywny i odsłonięty, pełen sprzeczności. choćby gdy bohater trzyma emocjonalną gardę, na twarzy Storriego dokładnie widać moment, w którym maska zaczyna pękać. W ostatnich odcinkach daje prawdziwy aktorski popis.
Nie sposób pominąć również imponujących rosyjskich kwestii Ilyi. Oglądając "Heated Rivalry" po raz pierwszy, byłam przekonana, iż Storrie ma rosyjskie korzenie albo uczył się języka od dziecka. Nic bardziej mylnego – pracował z trenerką dialektu i osiągnął efekt tak przekonujący, iż część rosyjskojęzycznych widzów była pewna, iż mają do czynienia z native speakerem albo przynajmniej kimś, kto przez lata mieszał w Rosji.
Hudson Williams gra zupełnie inny typ roli i przez niektórych bywa niedoceniany – zupełnie niesłusznie. Intensywne, widowiskowe kreacje, takie jak ta Storriego, paradoksalnie łatwiej przyciągają uwagę. Znacznie trudniej zagrać postać introwertyczną, cichą, zamkniętą w sobie i sprawić, by widz nie mógł od niej oderwać wzroku.
Williams, podobnie jak Storrie, też wspina się tu na aktorskie wyżyny. Jako Shane, osoba w spektrum, prezentuje mistrzowską, kameralną grę opartą na spojrzeniu, mikrogestach i pracy ciałem. Wszystko, co czuje jego bohater, odbija się w oczach. Minimalne ruchy brwi, łzy, zmiana postawy – w ciągu kilku sekund potrafi całkowicie zmienić emocjonalny ciężar sceny. To najwyższa szkoła "cichego" aktorstwa.
Storrie i Williams są sercem tej historii. Trzymam kciuki za ich dalsze kariery i mam ogromną nadzieję, iż nie zostaną zaszufladkowani. Mają potencjał, by stać się jednymi z najbardziej rozchwytywanych i najlepszych aktorów swojego pokolenia. Obaj zasługują na nagrody Emmy – i naprawdę szkoda, iż "Gorąca rywalizacja" nie może o nie rywalizować.
Czy warto obejrzeć "Gorącą rywalizację" na HBO Max? Zdecydowanie tak, ale...
Po długim oczekiwaniu HBO Max w końcu udostępniło serial w Europie, w tym Polsce – pierwszy odcinek 6 lutego, kolejne co tydzień. Ci, którzy nie widzieli go wcześniej, wreszcie przekonają się, o co ten cały szum.
To nie tylko piękna, emocjonalna opowieść z ogromnym sercem i rzadką wrażliwością, ale też znakomicie zrealizowany serial, który dzięki konsekwentnemu storytellingowi i wybitnemu aktorstwu wyrósł na jeden z najlepszych tytułów 2025 roku – i ostatnich lat. Bez cienia przesady.
To także serial naprawdę ważny. Nie tylko ze względu na realistyczne i bezkompromisowe przedstawienie queerowych bohaterów oraz jednopłciowych relacji, ale również jako wyraźny głos sprzeciwu wobec homofobii w męskim sporcie.
Wyoutowanych sportowców wciąż jest garstka, a wielu z nich doskonale zdaje sobie sprawę, iż ujawnienie prawdy o sobie może kosztować ich karierę i sympatię fanów. "Gorąca rywalizacja" już teraz robi realną różnicę – publicznego coming outu dokonał m.in. były hokeista Jesse Kortuem. Serial zawiera też przepiękną scenę z matką Shane'a (Christina Chang) tuż po jego coming oucie – moment niezwykle istotny i wzmacniający dla młodych osób LGBTQ+.
Ale czy "Heated Rivalry" jest dla wszystkich? Nie. Nie jest dla widzów, którzy nie lubią romansów, mają problem ze scenami bliskości i są homofobami. Nie jest też dla tych, którzy szukają serialu stricte o hokeju. Kochani, to nie jest serial o hokeju – choćby jeżeli mimochodem zrobił więcej dla popularyzacji tego sportu poza USA i Kanadą niż niejeden dokument.
Globalna obsesja pokazuje tylko jedno: jesteśmy zmęczeni cynizmem, chaosem i brutalnością świata. Potrzebujemy "Heated Rivalry". I nigdy, przenigdy nie chcemy opuszczać the cottage.














