6 czerwca
Dzisiaj był kolejny zwykły dzień aż do chwili, kiedy wróciłem do mieszkania w Warszawie i nie zastałem Felka. Odkąd rodzice pomogli mi na urodziny zebrać na wkład własny i przez to dostałem swoje pierwsze cztery kąty, życie nabrało nowego rytmu. Nie jestem typem imprezowicza wolę ciszę niż zgiełk, a praca programisty daje mi stabilność. Trochę samotności mi doskwierało, więc podjąłem decyzję, by zaopiekować się kotem. Tak trafił do mnie Felek bury, z nie do końca sprawnymi przednimi łapkami, którego o mało co nie spotkał smutny los. Ludzie, u których matka Felka się okociła, chcieli go od razu oddać do uśpienia. Nie mogłem na to pozwolić.
Felek gwałtownie stał się nieodłącznym elementem mojego codziennego życia. Czekał zawsze na mnie, aż wrócę z biura leżał na wycieraczce, jakby pilnował domu. Szczerze mówiąc, to dzięki niemu powroty zawsze były lżejsze choć i tak rzadko miałem z kim porozmawiać poza komputerem.
Wszystko się zmieniło, gdy Kasia dziewczyna z pracy, dość przebojowa i konkretna zaczęła się ze mną umawiać. gwałtownie się między nami ułożyło po niecałym miesiącu spakowała walizkę i wprowadziła się do mnie. Niestety, od początku nie mogła znieść Felka. Prosiła mnie, żebym go komuś oddał; tłumaczyła, iż goście nie mogą patrzeć na jego łapki, iż kot psuje atmosferę w domu. Nie zgadzałem się przecież Felek był moim przyjacielem.
Mama od razu zauważyła napięcie mówiła, żebym się nie spieszył z formalizowaniem związku z Kasią, żeby nie był to przypadkowy wybór. Tata także miał swoje zdanie. Uznali, iż Kasia jest zbyt wymagająca i zbyt szorstka.
Prawdziwy przełom nastąpił, gdy jej rodzice przyjechali do nas w odwiedziny. Jej ojciec już w drzwiach wybuchnął śmiechem widząc Felka, nazwał go dziwadłem. Próbowałem kota bronić, ale przez cały wieczór Kasia i jej rodzina robili sobie z niego żarty, wymyślali, gdzie by go upchnęli a mama Kasi chichotała równie wesoło. Czułem się podle, zupełnie jakby ktoś wyśmiewał członka rodziny.
Następnego dnia wróciłem z pracy i Felka nie było. Zapytałem Kasię bez śladów emocji powiedziała mi, iż oddała go do lecznicy weterynaryjnej na Mokotowie. Bez słowa pojechałem tam, szukałem Felka z zawziętością. Po kilku godzinach znalazłem go skulonego, trochę przestraszonego, ale jakby wdzięcznego, iż po niego przyszedłem. Wziąłem Felka na ręce, a on zaczął cicho mruczeć.
Po powrocie do mieszkania powiedziałem Kasi, żeby się wyprowadziła. Nie chciałem jej już oglądać. Stała się dla mnie kimś obcym, wręcz odpychającym.
Rano spakowała walizki i wyszła choćby bez słowa pożegnania, obrażona. Nigdy by nie przypuszczała, iż kot będzie znaczył dla mnie więcej niż ona.
Teraz jesteśmy znów sami ja i Felek. Pracuję, a on czeka na mnie i obydwaj cieszymy się, gdy wracam do domu. W sumie nie potrzebuję niczego więcej.




