Gdy jesienny sweter przestaje grzać: O kłamstwie komedii romantycznych i wojnie płci, w której nikt nie wygrywa
Kiedy jesienny chłód po raz pierwszy zmusza Cię do wyciągnięcia z szafy swetrów, włącza Ci się mechanizm, który doskonale znasz. Sięgasz po klasykę: Masz wiadomość, Kiedy Harry poznał Sally, pierwszą część Totalnej magii.
Oglądasz to z kubkiem gorącej herbaty i nagle łapiesz się na tym, iż nostalgia nie dotyczy wyłącznie opadających liści w nowojorskim Central Parku. Tęsknisz za czymś zupełnie innym. Za światem, w którym technologia służyła do budowania bliskości, a nie do jej powierzchownego spłaszczania.
Nostalgia za czasem, gdy słowo miało wagę
Pamiętasz ten dźwięk? Pisk modemu dial-up, po którym następowała bolesna, ale jakże cenna cierpliwość. Czekanie na wiadomość na gadu-gadu i ciary na plecach, kiedy było słychać TEN DŹWIĘK. Każde słowo ważyło więcej, bo nie dało się go wyrzucić z siebie w sekundy, nakładając piętnaście filtrów i wysyłając jako ulotny obrazek. I wtedy miałeś/łaś to wrażenie, iż życie jest O CZYMŚ, a nie, iż po prostu się zdarza.
Wymiana wiadomości w Masz wiadomość to coś więcej, niż wymiana lajków - wszystko się dzieje, gdzieś pomiędzy, a równocześnie ma swoje praktyczne uzewnętrznienie. Bo oczywiście można wzdychać do siebie nawzajem gdzieś pomiędzy wierszami, ale na dłuższą metę, jeżeli nie idzie za tym wymiar około-praktyczno-codzienno-życiowy, to rzeczywiście jest to wzdychanie tak samo pozbawione sensu, jak pusta wymiana zdjęć i lajków. Wzdychanie też gdzieś ma swój koniec, bo na litość boską, ile można wzdychać, znając jeszcze swoje własne wady i niedoskonałości?
Dygresja: to jest to miejsce, w którym mam problem z nowoczesną okołoromantyczną literaturą, która w większości przypadków wygląda jak pornografia łączona z psychoanalizą. Czytam ostatnio książkę, której tytułu nie pamiętam, ale też nie warto go przekazywać w świat. Wszystkie postaci prowadzą jakąś bardzo szczegółową psychoanalizę, nad każdym ruchem w prawo, czy w lewo. A równocześnie opowieść jest tak przeładowana seksem, iż nie wiesz, czy to jeszcze relacja, czy już jednak masturbacja. Tak, czy inaczej, gdyby życie miało tak wyglądać, iż pytasz: zrobić ci kawy? A w odpowiedzi słyszysz psychoanalizę, to jest to (moim zdaniem) jakaś absolutnie dramatyczna wizja.
Kiedy Harry poznał Sally...
Rozmowa tocząca się w filmie Kiedy Harry poznał Sally, ma swój niepowtarzalny rytm nie dlatego, iż scenarzysta miał lepszy dzień, ale dlatego, iż ludzie naprawdę dawniej ze sobą rozmawiali. Błyskotliwie, cięty język, pełne zestrojenie — dialog był sztuką, a nie wymianą lajków. I nie było nic złego w tym, iż ktoś ma zupełnie inne zdanie od Ciebie. Rozmów, nie toczyło się po to, żeby ktoś Ci przybił piątkę, bo masz takie świetne poglądy, ale dlatego, iż z każdej rozmowy może wyniknąć coś niespodziewanego.
Rozmowa to puszczenie kontroli. Monolog - to kwintesencja kontroli i braku wzajemności w komunikacji. Rozmowa wymaga czasu, mierzonego choćby czasami w latach. Komunikat tak naprawdę nie wymaga choćby odbiorcy; możesz wpuścić do sieci zdjęcie swojego śniadania, ale to nie znaczy, iż Cię to obchodzi, czy ktoś to w ogóle zobaczył, albo czy miał jakieś myśli na ten temat.
Popkulturowe oszustwo "i żyją długo i szczęśliwie"
Tyle iż popkultura serwuje nam w tym miejscu potężne kłamstwo. I to jest dokładnie to, za co krytykuję Masz wiadomość, czy Kiedy Harry poznał Sally, czy inne filmy, które lubię, ale które opowiadają historię tylko do pewnego momentu.
Wszystkie te opowieści kończą się w punkcie kulminacyjnym. Pocałunek w deszczu, wyznanie miłości na imprezie sylwestrowej i cięcie. I żyli długo i szczęśliwie. A gdzie proza dnia codziennego? Gdzie docieranie się przy zmywarce, przepracowywanie kryzysów po pięciu latach związku i znoje wspólnej codzienności? Tworzy się iluzja, iż najtrudniejsze jest znalezienie partnera. Tymczasem prawdziwa praca zaczyna się wtedy, gdy gasną reflektory. I wbrew pozorom, mam nadzieję, iż moje koleżanki nie rzucą się na mnie z widłami za to stwierdzenie - znalezienie partnera jest naprawdę łatwe. I mam wrażenie, iż kobietom jest o niebo łatwiej znaleźć faceta, niż facetom znaleźć kobietę. To, co jest trudne, to wspólne życie, bo wymaga większego zaangażowania niż okejka na aparycję.
Algorytmy na wojennej ścieżce: Kto nam ukradł relacje?
Żyjemy w epoce natychmiastowej gratyfikacji, która ograbiła nas z niuansów. Ale to nie jest najgorsze. Najgorsze jest to, co zrobiliśmy z samą ideą relacji. W sieci trwa cicha, ale wykończająca wojna płci. Z jednej strony mizoandryczny przekaz wylewający się z kobiecych kręgów, z drugiej — antyfeministyczna frakcja sprzedająca mężczyznom receptę na bycie "samcem alfa". Efekt? Facet boi się odezwać, by nie zostać uznanym za oprawcę, kobieta patrzy na każdego partnera z głęboką nieufnością, a oboje uciekają w wybór psa do adopcji zamiast budowania rodziny.
Słuchałam niedawno takiej historii... Dziewczyna miała całkiem dobry, stabilny związek. A potem wsiąknęła w internetowe narracje o "toksycznej męskości", "czerwonych flagach" i podprogowej przemocy. Zaczęła dopasowywać kalkę z durnych rolek do własnego męża. Każde jego zmęczenie było "wycofaniem emocjonalnym", każdy brak domyślności – celową manipulacją. Doprowadziła do rozwodu. Dziś żałuje, bo zrozumiała, iż rozwaliła własne życie pod wpływem rad niewyżytych ekspertek z sieci, które w imię "walki o siebie" zdemolowały jej realny świat. Daliśmy się nastawić przeciwko sobie. Zamiast szukać porozumienia, doszukujemy się wrogich intencji tam, gdzie jest po prostu zwykła, ludzka niedoskonałość.
Popkultura pomaga z jednej strony odetchnąć od codzienności, a z drugiej - ładuje w Ciebie nierealistyczne wizje, z którymi potem musisz się szarpać. I nagle pijąc poranną kawę, uświadamiasz sobie, iż musisz udowadniać komuś, iż nie jesteś pegazem.


















