Garść słów, wielka treść

gazetafenestra.pl 21 godzin temu

Clint Eastwood w filmie „Dobry, zły i brzydki.” / Źródło: flickr

By przejść do historii wystarczyły mu słynne dwie miny – w kapeluszu i bez kapelusza. Clint Eastwood wykreował aktorskie emploi, konkretnie zorientowane na dany typ bohatera. Trudno nazwać go aktorem wybitnym, jeszcze trudniej wyobrazić sobie kogoś innego w rolach Bezimiennego z „Dolarowej Trylogii” czy Harry’ego Callahana. Podobnie jednak jak w przypadku Mela Gibsona – mimo kultowych kreacji przed kamerą, najważniejszym wkładem Eastwooda w dziedzictwo X Muzy pozostaje dorobek reżyserski.

Cynik o kamiennym spojrzeniu. Oszczędny ale dosadny w słowach. Outsider o niezachwianym kodeksie honorowym, nie zawsze zgodnym z normami społecznymi. Wybranym odkrywający zaledwie strzępy swojej historii. Archetyp eastwoodowski zdefiniował karierę aktora. Nie trudno odnaleźć paralele do jego publicznego wizerunku, co tworzy podatny grunt pod mitologizację – libertariańskie poglądy, cięty język, nieoglądanie się na trendy, wyrażanie opinii bez ogródek. Clint jawi się dla wielu fanów jako człowiek nieugięty i niepokorny indywidualista. Z drugiej strony – obraz jaki wyłania się chociażby z nieautoryzowanej biografii „Clint. Życie i legenda” Patricka McGilligana to niewierny kobieciarz i manipulator. W tym ujęciu Eastwood ekranowy byłby raczej wyidealizowanym alter-ego. Niezależnie jak blisko jest ono prawdy – w filmach charakteryzuje je konkret i dosadność, u których źródeł leży wielowymiarowa historia. Podobnie jak filmy reżyserowane przez Clinta – przyziemnie surowe i artystycznie wyrafinowane.

Kapelusz i odznaka

Eastwood swoje opus magnum „Bez Przebaczenia” zadedykował Sergiowi Leone i Donowi Siegelowi – reżyserom, którym zawdzięcza karierę. Leone zapewnił aktorowi pierwsze znaczące role, trwale przy tym wiążąc go z westernem. Najbardziej udane filmy Włocha to świadectwo wybitnego opanowania języka filmowego. W tym idealnie zgranym mechanizmie, Eastwood stanowił istotny element. Zburzył on dotychczasowe schematy gatunków. Manichejską dialektykę szeryfa i bandytów zastąpiły moralną ambiwalencją świata, w którym „dzikość” oznaczała niepewność własnego losu, moralne zepsucie i fasadowe instytucje, z prawem dyktowanym wystrzałami z rewolwerów. Człowiek Bez Imienia pozbawiony jest nie tylko nazwiska, ale i historii, przemawia raczej czynami niż słowami, samotnie przemierza prerię. W „Dobrym, złym i brzydkim” jemu przypadł tytuł „dobrego”, a adekwatnie najbliższego temu pojęciu. Jest łowcą nagród, który odebrał niejedno życie, ale w kontekście jego towarzyszy wypada moralnie najkorzystniej. Aktorsko Eastwood dał pokaz znakomitego minimalizmu – jego mimika jest ograniczona, niemniej udało mu się zakodować wewnętrzną głębię postaci. Nie robi wrażenia bezosobowego manekina, a człowieka, który miałby wiele do powiedzenia, ale nie zamierza się tym dzielić tak z bohaterami, jak i z widzem.

Podobnie zaprezentował się w „Brudnym Harrym”. Kluczem do sukcesu była nie tylko charyzma i magnetyzm aktora, ale i nadanie wyrazistości powściągliwymi środkami. Szorstki outsider pozostaje postacią niejednoznaczną. Harry Callahan kieruje się tym co uważa za słuszne, choćby o ile stawia go to w konflikcie z respektowaniem praw oskarżonych. Zatrzymanie Skorpiona (filmowego zbrodniarza) zostaje unieważnione, po tym jak dowody zostały zgromadzone bez nakazu rewizji, a zeznania wymuszone brutalnością oraz odmową pomocy medycznej i prawnej. Trudno odpowiedzieć, czy Harry faktycznie myślał wówczas o uratowaniu porwanej dziewczyny, czy wymierzeniu kary przestępcy. Przeciwnicy filmu dopatrywali się w nim agitacji takich metod. Także w świetle późniejszych dyskusji na temat obrazu niepełnosprawności w „Za wszelką cenę” warto przypomnieć, iż podejściem tak Eastwooda, jak i Siegela było opowiedzenie historii konkretnych bohaterów. Reżyser otwarcie określał swojego protagonistę jako złego, Eastwood, mimo iż bardziej dla niego wyrozumiały, także stwierdzał, iż niekoniecznie zgadza się z bezwzględnością Harry’ego. Dyskusje na temat filmu potwierdzają choćby jego wagę, nie jako deklaracji światopoglądowej, a inicjacji debaty na temat procedur jednocześnie chroniących niewinnych przed nadużyciami, jak i mogących stanąć na drodze w ukaraniu winnego.

Z drugiej strony kamery

Te odcienie szarości w pozornie czarno-białej rzeczywistości wraz z tragicznymi dylematami i surowością świata przeniknęły do reżyserskiej działalności Eastwooda. Nie dziwi wyróżnienie nazwiska Siegela obok Leone przy „Bez Przebaczenia”. Film z 1992 roku sprawia wrażenie dzieła zakorzenionego w tradycji, jak i naznaczonego upływem czasu. Jednym z najważniejszych jego wyróżników pozostaje pochylenie się nad tym, co tak często w westernach stanowi gatunkowy paradygmat – zabijania. Odebranie życia bandycie to ostateczny akt tak dla ofiary, jak i oprawcy. Odbrązowiony zostaje nie tylko sadystyczny szeryf, ale i wyjęty spod prawa protagonista. Will Munny nie jest romantycznym antybohaterem, który efektownie rozprawia się z zastępami przeciwników. To morderca, przekonujący samego siebie, iż małżeństwo go zmieniło. Jego towarzysz Ned, faktycznie doznał przemiany, nie będąc w stanie zastrzelić człowieka. Will nawiedzany wyrzutami sumienia, walczy ze swoją naturą, do momentu kulminacji. Znakomicie zrealizowana strzelanina w barze nie pozostawia z poczuciem wymierzenia sprawiedliwości, a potwierdzenia zdeprawowanego i nihilistycznego stanu rzeczywistości. „Bez Przebaczenia” to historia zemsty, która nie przynosi ukojenia, pociąga jej egzekutorów na dno, a protagonista puentowany jest tym samym zdaniem tak w prologu, jak i epilogu.

Wraz z upływem lat Eastwood przeszedł od aktywnego twórcy mitu do jego doświadczonego demaskatora. Munny reprezentuje rewolwerowca, który doświadczył prawa siły jako zasady Dzikiego Zachodu. Kontrastuje z młodym Schofield Kidem, którego fikcyjne przechwałki zostają brutalnie zderzone z rzeczywistością. Podobnie szeryf Daggett demaskujący Anglika Boba jako szubrawca przed piszącym jego legendę biografem. Mentorską rolę Eastwood przyjmował także w „Za wszelką cenę” i „Gran Torino”. Pierwszy z tych filmów w przyziemnym anturażu snuje bardziej złożoną fabułę.

W „Grant Torino” Eastwood akcentuje konserwatywny, tradycyjny model męskości, eksponując w nim to co szlachetne i odcedzając to co toksyczne. Walt Kowalski nie jest przy tym ideałem. Zgryźliwy, aspołeczny, nie wolny od rasistowskich uprzedzeń. Jednocześnie żyje w zgodzie z własnymi poczuciem uczciwości i zasadami, nie zwlekając bierze naglące sprawy w swoje ręce, stając się dla młodego Thao ojcowską figurą. Traktowany przez własną rodzinę jako relikt, odnajduje więź z sąsiadami, przełamując swój rasizm. Symbiotyczna relacja i jemu pozwala poczuć się potrzebnym, i Thao odnaleźć adekwatną życiową ścieżkę. Walt to swoista antyteza Munny’ego. Służba wojskowa przyniosła mu odznaczenia, ale z Korei przywiózł przede wszystkim wyrzuty sumienia za odbierane życia. Munny od przeszłości nie mógł się uwolnić. Walt najwyższego aktu heroizmu dokonuje poprzez rezygnację z broni i przemocy – płacąc najwyższą cenę,doznając pokuty, przekazując Thao cenne wartości i sprawiedliwie karząc gangsterów.

Chociaż na hasło „Clint Eastwood” przychodzi obraz Magnuma.44 Harry’ego Callahana, w twórczości reżysera przemoc ma narracyjne uzasadnienie i doniosłą wagę, daleką od bezrefleksyjnej estetyzacji. Jego filmografia jest gatunkowo zróżnicowana, a to co łączy jego najlepsze obrazy – oprócz wspomnianych wcześniej są to m.in. western „Wyjęty spod prawa Josey Wales”, thriller „Rzeka Tajemnic” czy oparta na faktach „Oszukana” – to mistrzowskie artystycznie, ale i surowe historie bohaterów tragicznych – okrutnie potraktowanych przez los i postaci okrutnie kształtujących los innych.

Aleksander GRĘDA

Idź do oryginalnego materiału