
Galaktyka bez humoru. Recenzja: Star Wars. Przymierze
Po małym wtrąceniu, jakim była recenzja Tygodnia Jaskiniowca, czas wrócić na normalne tory pracy. Lektury czekają! Przerabialiśmy Moon Knighta, opisaliśmy Thrawna.... i zostajemy w klimacie Odległej Galaktyki. Zapraszam do lektury.Informacje/Pierwsze Wrażenia:

Star Wars. Przymierze to pojedynczy album w uniwersum Gwiezdnych Wojen, który stanowi wstęp do filmu Skywalker. Odrodzenie. Czy jestem historią zainteresowany? W umiarkowanym stopniu. W każdym razie staram się nie być negatywnie nastawionym do tego, co przedstawią komiksowi twórcy...

Autorem albumu jest Ethan Sacks, którego kojarzyć możemy z popularną podserią Łowcy Nagród. Ilustracje stworzył Luke Ross. Jego prace mogliśmy podziwiać niedawno przy okazji Thrawna (w tym miesiącu) i Bitwy o Jakku (majowa recenzja). Komiks wydany został w Polsce przez Egmont i klub Świat Komiksu.
Zarys fabularny:

"Ruch Oporu, ścigany przez Najwyższy Porządek, rozpaczliwie potrzebuje statków, broni i rekrutów, aby stoczyć ostatni bój z siłami Kylo Rena. Desperacja wiedzie delegację pod dowództwem generał Lei Organy i Rey do pertraktacji z dawnymi kalamariańskimi sojusznikami rebelianckiej weteranki. Przedstawiciele Ruchu Oporu próbują ich namówić do przyłączenia się do walki, ale minęły dziesiątki lat po imperialnej okupacji, która zniewoliła ich planetę, i teraz niektórzy nie cofną się przed niczym, żeby zapobiec kolejnej wojnie i rozlewowi krwi na wodach Mon Cali. W sąsiednim układzie Poe Dameron i Finn wykonują własną misję – mają znaleźć zapas broni na odległym księżycu Avedot, nieświadomi, iż tropi ich najgroźniejszy gang przestępczy w galaktyce."
Wrażenia:

No, nie. Jednak nie. Niby krótka historia, niby Gwiezdne Wojny, ale... nie mogłem doczekać się jej końca. Nie dlatego, iż była ciekawa. Po prostu strasznie się dłużyła. Trochę liczyłem, iż Leia dźwignie całość- początkowe kadry choćby dały taką nadzieję. Jej zbolała mina po stracie planety, która udzieliła krótkotrwałego schronienia Ruchowi Oporu, była doskonała. Wręcz słyszało się smutne wzruszenie i empatię...

Niestety. Głośniej od tego krzyczała Rey. Przyznaję, iż w komiksie jest jazgotliwa i nawołuje do bitki. Nosi w sobie gniew, frustrację, spore pokłady agresji... jeżeli ma być "ostatnim" przedstawicielem Zakonu, to licho wybrali. Komiks uświadomił mi jedno- nie jestem obojętny w stosunku do jej postaci. Po prostu jej nie lubię. Podobnie jak Finna. Ich wątki mógłbym wyciąć. Co za tym idzie- usunąłbym całą fabułę z recenzowanej pozycji. Sporo to mówi o recenzowanym albumie, prawda?

Ostatecznie oba wątki dążą do jednego celu- próby uzbrojenia Ruchu Oporu. Finn wyrusza na poszukiwanie zaginionego magazynu broni. Jak zwykle- przypadkowo rzuca się w oczy- i staje się celem dla łowców nagród. Eh. Tutaj przynajmniej jest jakieś napięcie i akcja. W przeciwieństwie do historii Lei, Rey i ich ekipy, która udaje się na Mon Calamari. Księżniczka- odwołując się do dawnych sojuszów- próbuje przekonać króla, by wyposażył Ruch w okręty. Oczywiście polityczne spory, niezabliźnione urazy i stołowe intrygi to nie klimat Rey. Dziewczynka czuje się zagubiona... Cóż. Opowieść nie jest o niej (chyba ją to irytuje), ma potencjał- ale trzeba być zaznajomionym z historią planety (Wojnami Klonów itp.). Dla odbiorcy, który siada do komiksu, by wzbogacić wiedzę o "nowych" filmach, wątek może być za trudny. Dlaczego tak skrajne emocje wywołuje przybycie księżniczki? Czemu dwie frakcje podpowiadają zupełnie co innego, a postępowanie Quarenów jest niejasne? Dość mętnie przybliżono motywację mieszkańców. Szkoda- bo jeszcze większe zgłębienie kultury planety mogło być deską ratunkową dla tytułu.

















