Forza Horizon 6 – recenzja gry. Japonia zawsze działa cuda

moviesroom.pl 5 godzin temu

Seria Forza Horizon to w tej chwili jedna z najpopularniejszych franczyz traktujących o wyścigach. Może to być też, oczywiście, zasługa nikłej konkurencji, bo trudno jest mi przypomnieć sobie jakieś udane odsłony konkurencyjnych serii w ostatnich latach. Mimo wszystko studio Playground Games doskonale wie, czego oczekują gracze, i daje im to bez żadnych kompromisów. Czy nowa odsłona ponownie przyciągnie fanów motoryzacji z całego świata? Na to wygląda – w końcu „szóstka” zabiera nas do motoryzacyjnej mekki, czyli Japonii.

Forzę Horizon poznałem dopiero za sprawą piątej odsłony. Czy zrobiła na mnie wrażenie? Niekoniecznie. Trochę czasu w wirtualnym Meksyku spędziłem, poganiałem luksusowymi autami po pustyniach z kaktusami, ale ostatecznie nigdy w tej grze się nie zakochałem. Już sam świat nie trafiał w moje klimaty i nie oferował nic szczególnego – ot, dużo przestrzeni i kolorowe wyścigi. No i właśnie największy problem miałem z przyjętym tam stylem. Twórcy, chcąc przypodobać się młodszym odbiorcom, dostarczyli nam niezwykle infantylną i nietrafioną wizję, z którą raczej nie utożsamiłby się żaden nastolatek. Oczywiście to przez cały czas festiwal, ale jak dla mnie z tą pseudoziomalską fajnością trochę przesadzono.

Japonia – najlepsze, co mogło przytrafić się serii

Przyszła jednak pora na Forzę Horizon 6, w której tym razem zabrano nas do Japonii – kraju niezwykle mocno związanego z motoryzacją. Gracze już od bardzo dawna zabiegali o to, aby seria skierowała się właśnie do Kraju Kwitnącej Wiśni. No i w końcu się udało. A jak wyszło? Cóż, nie będę owijał w bawełnę – ta skoncentrowana esencja Japonii, z Tokio w samym centrum, to najlepsze, co mogło spotkać franczyzę Microsoftu. Mapa jest naprawdę duża, ale nie to jest tu najważniejsze. To przede wszystkim lokacja napakowana atrakcjami, których możemy się spodziewać na każdym kroku, a raczej na każdym przejechanym kilometrze.

Początek przygody to malownicza przejażdżka po Tokio, które zachwyca przede wszystkim gęsto zabudowaną przestrzenią. To potężna aglomeracja ze zróżnicowaną architekturą, nocnymi neonami, gigantycznymi arteriami oraz całą masą różnych smaczków dla fanów japońskiej kultury – od tradycyjnych świątyń po kombini (małe, całodobowe sklepy). Gdy już jednak zjedziemy z wylotówki ze stolicy, możemy udać się na malownicze tereny wiejskie, gdzie zobaczymy urokliwe domy w tradycyjnym stylu, albo na kręte górskie drogi, które idealnie nadają się do driftingu. A gdy będziemy przemierzać te piękne regiony, w tle zobaczymy rozciągającą się na cały horyzont, majestatyczną górę Fudzi. To połączenie tradycji, nowoczesności oraz zapierających dech w piersiach widoków wypada fenomenalnie. jeżeli chodzi o nową lokację, Playground Games odwaliło kawał dobrej roboty, oddając w nasze ręce olśniewającą piaskownicę. Mówię Wam, tu już samo zwiedzanie i podziwianie Japonii jest fantastyczną zabawą.

Jeszcze raz wkraczamy w festiwalowy szał

Forza Horizon 6 w ten krajobraz próbuje wpleść jakąś warstwę fabularną, która wprowadzi nas do znajomego festiwalu, tym razem odbywającego się na ziemi samurajów. Niestety słowo „próbuje” jest aż nadto odpowiednie. Na starcie tworzymy postać i wcielamy się w skórę świeżaka, który przybywa do Japonii, ale kompletnie nic nie wie o tutejszym środowisku wyścigowym. Na szczęście we wszystko wprowadza go Mei, która, zabierając nas na wycieczkę, z wielką pasją opowiada o całym regionie oraz o tutejszych zmaganiach. Potem płynnie przechodzimy do pierwszych kwalifikacji w ramach festiwalu Horizon. I to w sumie tyle. Mei oczywiście jeszcze gdzieś się przewija, zabierając nas na przykład do pewnej posiadłości na leśnym uboczu, którą możemy wykorzystać jako naszą bazę wypadową, czy proponując kolejne wspólne starty.

Niestety tego fabularnego wstępu nie można w żaden sposób uznać za wciągający. Dostajemy do bólu nudną ekspozycję, która ma nam po prostu wyłożyć co i jak. Postacie niestety tutaj nie istnieją. Czy oczekiwałem czegoś więcej? Nie. Ale jednak trochę szkoda, iż twórcy ponownie nie mieli w planach wprowadzenia czegoś głębszego niż tylko przegadane intro.

Wyścigowa piaskownica najwyższych lotów

Nowa Forza to przede wszystkim masa aktywności, na które spokojnie można przeznaczyć kilkadziesiąt godzin. Za „główne misje” robi tu tytułowy festiwal Horizon, w ramach którego musimy piąć się po szczeblach kariery. Zostało to przełożone na opaski, które zdobywamy w specjalnych wydarzeniach pokazowych. Aby się tam dostać, musimy jednak wcześniej wykonać serię wyzwań z danej klasy (zaczynamy od aut klasy C i powoli pniemy się w górę, ścigając się coraz lepszymi gablotami). Te festiwalowe wydarzenia to najbardziej widowiskowa część gry – dostajemy tu bowiem niezwykle pomysłowe akcje, jak na przykład jazda po ruchomych kontenerach czy wyścig z mechem. Dzięki temu skutecznie zapadają one w pamięć. Struktura samego festiwalu jest jednak dość przewidywalna i skupia się głównie na zaliczaniu kolejnych zawodów.

Na szczęście twórcy dali nam też szereg aktywności, które możemy wykonywać poza głównym wątkiem. Discover Japan to drugi rodzaj wyzwań, na który składa się między innymi odkrywanie kolejnych regionów czy dróg, fotografowanie ikonicznych miejsc, zbieranie regionalnych maskotek (chyba moje ulubione zajęcie), ulepszanie samochodów lub rozwijanie swojej rangi w specjalnych zadaniach kurierskich (coś w sam raz dla fanów Initial D). To naprawdę fajne rozwiązania. Do tego dochodzą zawody uliczne oraz Touge, czyli starcia na kultowych, górskich serpentynach. Całościowo przekłada się to na iście japońskie doznanie, na które bardzo liczyłem przed premierą – a Playground Games zrobiło to chyba choćby lepiej, niż mogłem przypuszczać. To właśnie dzięki tym pobocznym zadaniom Forza Horizon 6 zachęca, aby do gry wracać, odkrywać kolejne niespodzianki czy kompletować odznaki za osiągnięcia.

To stara, ale przez cały czas bardzo dobra Forza

Pozostałe elementy Forzy Horizon 6 można podsumować jedną frazą: „po staremu”. W grze ponownie dostajemy kilkaset aut – od dobrze znanych klasyków, przez często widoczne na ulicach przeciętniaki, po superauta warte niemałą fortunę. Tutaj jeszcze raz można ponarzekać, iż system progresji i zdobywania pojazdów praktycznie nie istnieje. Cztery kółka sypią się bowiem jak z rękawa już od pierwszych godzin gry – nie jest stawiane przed nami żadne wyzwanie, aby zdobyć choćby te ciekawsze maszyny. Od początku nową furę możemy otrzymać za drobne aktywności lub zwyczajnie wylosować ją na rulecie. Zakup również nie stanowi problemu, bo waluta w grze wpada nam praktycznie za wszystko. No cóż, zabawa jest tu priorytetem, a wyzwanie widocznie tylko by w tym przeszkadzało.

A jak się to prowadzi? System jazdy jeszcze raz sprawia masę frajdy. Nie jest to typowy styl arcade’owy, gdzie wystarczy odbić się od barierki, by jechać dalej bez zwalniania. Tytuł zdaje się idealnie balansować między przyjemnym prowadzeniem a wyzwaniem, które pojawia się przy wyższym poziomie trudności i wyłączonych asystach. Zaawansowane ustawienia dają możliwość dostosowania tego, czego chcemy doświadczyć, i to dla mnie jest naprawdę świetne. Osobiście upodobałem sobie styl „pół na pół” – czyli odrobinę asyst i oczywiście automatyczną skrzynię biegów, ale z bardziej zaawansowaną fizyką.

Oprawa audiowizualna przez cały czas prezentuje się olśniewająco. Można się spierać, czy „piątka” miała lepszą fizykę albo czy oferowała lepiej dopracowane modele aut. Ciężko mi to jednoznacznie stwierdzić, bo zwyczajnie Forza Horizon 6, tak jak i poprzednia odsłona, graficznie prezentuje się fenomenalnie. Tym razem może bardziej wykorzystano ray tracing, bo odbicia robią ogromne wrażenie, jeszcze mocniej podbijając fotorealizm.

Oprawa muzyczna również ma sporo do zaoferowania. W grze dostajemy kilka stacji radiowych, które dostarczają ponad 100 utworów. Jest też nowa stacja Gacha City Radio, skupiająca się na hitach J-popu – można tu usłyszeć utwory między innymi znane z anime, wykonywane np. przez Ado czy YOASOBI. Szkoda tylko, iż zabrakło miejsca na jakąś playlistę z eurobeatem, skoro możemy pojeździć Toyotą Trueno AE86.

Forza Horizon na szóstkę?

No i jak ostatecznie ocenić nową odsłonę? Czy tytułowa „szóstka” zasługuje na szkolną szóstkę? No prawie. Playground Games nie wymyśliło koła na nowo i jeżeli liczycie na rewolucję w samej rozgrywce, to zwyczajnie się rozczarujecie. To wciąż ta sama, sprawdzona formuła, która cierpi na te same bolączki – fabuła leży i kwiczy, a samochody dostajemy tak łatwo, iż aż ma się ich dość.

Gdy jednak przymkniemy na to oko i wyjedziemy na ulice Tokio czy zaczniemy driftować na górskich trasach, zapominamy o tych minusach. Przeniesienie festiwalu do Japonii to był strzał w dziesiątkę. Klimat tego miejsca po prostu wylewa się z ekranu, a audiowizualna strona po raz kolejny udowadnia, iż seria nie ma sobie równych. jeżeli po infantylnym Meksyku mieliście dość – dajcie szóstce szansę. Japonia naprawdę robi cuda i dla samego zwiedzania tego świata warto w tym tytule utonąć na kilkadziesiąt godzin. Dla mnie to mocna piątka z plusem, która zasługuje na wyróżnienie.

Inne gamingowe recenzje na Movies Room:

  • Tides of Tomorrow – recenzja gry. Inni gracze nie sortowali plastiku!

  • Pragmata – recenzja gry. Gdziekolwiek pójdziesz, ja tam będę!

  • Saros – recenzja gry. Taniec śmierci i czysta adrenalina

Ilustracja wprowadzająca: materiały prasowe

Idź do oryginalnego materiału