Koncert Foo Fighters w Warszawie był z jednej strony absolutnym dowodem na to, iż Dave Grohl i spółka to wciąż najwyższa rockowa liga, a z drugiej – gorzkim przypomnieniem, dlaczego PGE Narodowy bywa tak trudnym miejscem dla muzyki na żywo. Zacznijmy jednak od tego, co najważniejsze: od tego, co działo się na scenie, bo muzycznie był to wieczór absolutnie wybitny. o ile ktoś obawiał się, iż zespół będzie oszczędzał siły, wczorajszy występ gwałtownie rozwiał te wątpliwości. Koncert trwał blisko trzy godziny, w trakcie których muzycy zaprezentowali potężną dawkę energii. Otrzymaliśmy wspaniały, 29-utworowy maraton. Na osobną pochwałę zasługuje niesamowita wszechstronność i multiinstrumentalizm całego składu. Foo Fighters to nie tylko frontman; to zespół z krwi i kości, co wczoraj dobitnie udowodnili. Moment, w którym muzycy zaczęli zamieniać się instrumentami – na czele z Dave’em Grohlem, który z euforią powrócił za bębny na czas „Tap Dancing in a Minefield” (oddając gitarę Ilanowi) – pokazał, iż oni przez cały czas czerpią z tego grania czystą, garażową frajdę.
Szybki rzut oka na setliste potwierdza to, co wczoraj czuło się pod sceną: dostaliśmy fenomenalny, nieoczywisty zestaw utworów. Zamiast ograniczać się do bezpiecznego odgrywania największych radiowych hitów, zespół sięgnął po prawdziwe perełki z dawnego reprtuaru. Mocnym punktem było wplecenie w występ utworów macierzystych i byłych kapel poszczególnych muzyków w trakcie ich przedstawiania.
Do tego w „No Son of Mine” świetnie wkomponowano riff z „Ace of Spades” Motörhead. Nie zabrakło też powrotów do najgłębszych korzeni: „Marigold”– zagrane w pełnej, akustycznej aranżacji (co w Europie nie zdarzyło się chyba od kilkunastu lat), będące ukłonem w stronę solowego projektu Grohla jeszcze z czasów Nirvany. „Exhausted”– odkurzone i zagrane na sam koniec podstawowego setu, co dla fanów debiutanckiego krążka było momentem wręcz magicznym. Cały ten fenomenalny ładunek muzyczny musiał jednak zmierzyć się z surową rzeczywistością PGE Narodowego.
Przede wszystkim w oczy rzucała się mała ilość ludzi, bo jak na obiekt tej skali, trybuny świeciły wieloma pustymi miejscami, dodatkowo z wyłączonymi trybunami górnymi. Niepełny stadion zawsze negatywnie wpływa na odbiór wydarzenia, a na Narodowym dodatkowo potęguje problemy akustyczne – energia uciekała w wolną przestrzeń. W porównaniu do ostatniego koncertu w krakowskiej Tauron Arenie, gdzie świetna, zwarta akustyka pozwalała bez problemu wyłapać każdy niuans i każdą solówkę gitarową, Warszawa niestety znowu obnażyła swoje wady.
Odbijające się echo i rozmyty dźwięk sprawiały, iż aż prosiło się, by tak dopracowany, długi i pełen niuansów koncert odbył się w hali o lepszych parametrach dźwiękowych. Mimo tego żalu do miejsca, ogólny wydźwięk wieczoru jest niezwykle pozytywny. Zespół stanął na wysokości zadania, dostarczając świetnie przemyślany i zagrany z sercem koncert. Foo Fighters udowodnili, iż potrafią zdominować każdą przestrzeń – choćby jeżeli ta przestrzeń próbuje im w tym przeszkodzić.
Relacja : Rafał Cyrny















