Ostatnio obejrzałam 2 filmy, potwierdzające tezę, iż dobra obsada to gwarancja sukcesu, a przede wszystkim jakości.
Oczywiście pragnę was uspokoić, tezę stosowaną z kwantyfikatorem „wtedy i tylko wtedy” uważam za chybioną kompletnie i absolutnie się z nią nie zgadzam, jednak gdy dodamy „zdarza się” czy coś w tym rodzaju – to wtedy jak najbardziej.
No i ostatnio właśnie mi się zdarzyło i to w idealnym momencie, czyli w chwili rozpaczy „jezuuu, nic nie ma na tym Netflixie sensownego, na Maxie podobnie i co ja biedna pocznę teraz, helpunku, co ja mam zrobić ze swoim życiem????„
Najpierw trafiłam na „Łup”, kryminał policyjny, gatunek generalnie lubię, ale ostatnio co wybór to chała, jakieś pościgi, jakieś strzelanki, nuda.
Temat wydawał się wyeksploatowany, jest cynk o dziupli i nielegalnej kasie, policja znajduje wielokrotnie więcej, niż się spodziewano – ale tu się zaczyna.
Kto gra uczciwie a kto niekoniecznie, kasa jest przeogromna i chęć jej zdobycia łamie życiowe priorytety i zasady, a dawni przyjaciele mierzą do siebie i strzelają bez skrupułów. Jest klimat, jest napięcie, jest suspens.
Obsada palce lizać: Matt Damon, Ben Affleck, Steven Yeun ( kochałam go w „The Walking Dead„) Kyle Chandler.
Natomiast najdoskonalszym potwierdzeniem tej niedoskonałej tezy ze wstępu jest „Jedna bitwa po drugiej”,
Opis na HBO Max tak idiotyczny, iż długo się wahałam, ale praktycznie od pierwszego kadru wiedziałam, iż to jest to.
Dramat z mnóstwem momentów do śmiechu, czarna komedia – chuj z tym, w jaką szufladkę film wsadzimy.
Podczas projekcji co chwilę atakowała mnie myśl „no wreszcie, kurna, coś naprawdę dobrego„, idealny film na zatkanie pysków wszystkim narzekaczom, iż „kiedyś to były filmy, tera takich już nie robiom„.
No właśnie robiom, robiom, i super im to wychodzi.
Niemal 3 godziny super majstersztyku, mniam.
Nie napiszę o czym to, sami obejrzyjcie, a najlepiej jak ja – 2 razy pod rząd, bo po wczorajszej projekcji zakończonej o 5 rano pragnę powtórki zaraz teraz, czyli pewnie po powrocie z dzisiejszej Toxikowej imprezy.
A obsada?
Pyszota 🙂
Już te 3 nazwiska starczą: Laonardo Di Caprio, Sean Penn i Benicio del Toro.
Szarżujący Sean Pean, z tą kretyńską siwą grzywką, kroczący pokracznie i sztywno, jakby kij połknął… i sensei del Toro – ojaniemogę 😛
I Di Caprio we flanelowym usyfionym szlafroku, najbardziej ofermowaty rewolucjonista, jakiego widziałam w życiu.
A ta dość długa scena, w której nie może przypomnieć sobie odzewu na hasło „która godzina?” – sory, zaraz się posikam ze śmiechu 😛
Smaczki z tego filmu planuję sobie wywoływać z pamięci za każdym razem, kiedy ogarnie mnie jesienna nostalgia i pewnie do końca życia ich wspomnienie będzie mnie bawić do łez.
Obie pozycje polecam z całego mojego marudnego ostatnio serca 🙂
więcej w tej kategorii: https://drzoanna.wordpress.com/category/filmy-spis-tresci/






![Konkurs drużynowy na MŚ w lotach. Gdzie i o której oglądać? [TRANSMISJA]](https://i.iplsc.com/-/000M8FGMII3U0IKC-C461.jpg)





