
Krótka historia o próbie ubrania w słowa czegoś mocno ulotnego. Udanej.
Autor na dwudziestu stronach postanowił nam opowiedzieć o swojej miłości sprzed lat. Przed przyjazdem na studia poznał dziewczynę, gwałtownie złapali wspólny kontakt, spędzili ze sobą pewną ilość czasu. Ona następnie wyjechała do Hanoweru, on zaczął się komiksowo spełniać w Lublinie. Po paru miesiącach spotkali się, już jako przyjaciele i podsumowali to, co między nimi zaszło. Prosta historia, prawda? Diabeł tkwi w szczegółach, a adekwatnie w sposobie, w jakim została opowiedziana.
W tym zinie najważniejsze są trzy ostatnie kadry. Trzy zdania, które twórca chyba do końca będzie pielęgnował w sercu. Jest wiele wspaniałych opowieści o miłości, zwłaszcza tych pierwszych - romantycznych, tragicznych, płomiennych, kipiących od emocji. Nahajski przerabia swoją w sposób introwertyczny. Nie próbuje przedstawić ją w sztampowy sposób - żadne tam Tytaniki z Kate i Leo na dziobie statku, żadnych górnolotnych słów bądź wspomnień rodem z komedii romantycznych. adekwatnie to było zakochanie jakich wiele. Wspólne spacery, gadki-szmatki, kontemplowanie widoków z okna. Bartłomiej snuje swoją opowieść już bez emocji; w jego głosie nie czuć ani podniecenia gdy przywołuje te dobre chwile, ani żalu wspominając ostatnią rozmowę.
Ale te trzy ostatnie kadry.
Nie byłem przygotowany na ciężar emocjonalny, które wywołały. Gdyż w nich nie tylko chodzi o to, iż nadają one głębszego znaczenia całej historii. One sprawiły, iż mój mózg uruchomił własne wspomnienia a ja nagle zapragnąłem sprawdzić, czy któreś z nich mogłoby pasować to tego podsumowania. Niestety, znalazły się takie i na kilkanaście minut sam stałem się Nahajskim.
Eden a może raj utracony? Ironicznie, ani autor ani czytelnik gwałtownie (jeśli w ogóle) nie znajdzie odpowiedzi na to pytanie. Ale dzięki temu powstał słodko-smutny zin, ze śliczną okładką i emocjonalną pułapką w epilogu. Patyczaki atakują!
Niniejszy tekst powstał na podstawie recenzenckiego pdf. Autor nie miał wpływu na treść recenzji.









