Dżihad Waititiański

filmweb.pl 1 tydzień temu
Zdjęcie: plakat


Premiera "Klary i słońca" to była duża rzecz. Pierwsza ponoblowska książka Kazuo Ishigury – brytyjskiego pisarza o japońskich korzeniach – wyszła na początku marca 2021 roku, kiedy w większości europejskich państw trwał lockdown. Z premedytacją lub nie, autor stworzył paralelę między ówczesnym kryzysem epidemicznym a fikcyjną dystopią technologiczną. W świecie coraz wyraźniej podzielonym już nie na klasy, ale zamknięte stany społeczne, zmodyfikowane genetycznie nastolatki doświadczają – zupełnie jak u nas – samotności, alienacji i depresji. Edukację pobierają zdalnie, a rówieśników widzą głównie na "spotkaniach interakcyjnych", które służą trenowaniu kompetencji grupowych, nauce samodzielności i przyswajaniu etykiety adekwatnej dla kręgów "pracowników biurowych wysokiej rangi".

W podobnych celach zdziczałej młodzieży kupuje się humanoidalne roboty zwane Sztucznymi Przyjaciółmi. Mechaniczne lalki nie tylko redukują stres związany z izolacją oraz wykonują całodobową pracę opiekuńczą (część nastolatków, w tym główna bohaterka, cierpi na śmiertelne choroby, czyli "skutki uboczne" manipulacji genami), ale też ułatwiają i kontrolują proces socjalizacji, zbierając i analizując potężne ilości danych na temat swoich podopiecznych. U Ishigury – w powściągliwej, melancholijnej i stylizowanej trochę na bajkę, a trochę na powieść pensjonarską narracji – reguły rządzące dystopijnym systemem społecznym poznajemy właśnie za pośrednictwem jednej z SP, Klary. I jest to perspektywa pod wieloma względami szczególna, ale o tym za chwilę.

Na razie zajrzyjmy do Hollywoodu. Korporacja Sony kupiła prawa do ekranizacji nowej powieści Ishigury w ciemno, rok przed premierą, na fali noblowskiego hype’u. Scenariusz napisała Dahvi Waller, twórczyni serialu "Mrs. America", a w 2023 roku za reżyserskimi sterami stanął Taika Waititi. I tutaj pierwsza zagwozdka – gdyby ktoś ogłosił konkurs na najdziwniejszy mezalians roku, duet Ishiguro i Waiti z dużym prawdopodobieństwem znalazłby się na podium. Wyobraźcie sobie dwóch kumpli – jeden to dystyngowany intelektualista, który odzywa się rzadko, ale kiedy już coś powie, to reszta sali milknie; drugi nosi szarawary, koraliki i rzuca sto pomysłów na godzinę – i choć większość nie ma sensu, czasami trafi się prawdziwa bomba energetyczna. Ci goście mogą się oczywiście lubić, ale czy na pewno dobrze się rozumieją? Ishiguro to szarość, minimalizm i podskórny smutek. Waititi przeciwnie — jest fanem groteskowych stylizacji, a jego przebodźccowane, ultrakolorowe filmy łączą ekscentryczny humor z dosłownym sentymentalizmem. To dwa odmienne światy, choć wiadomo – różne plus różne często daje oryginalne. Tylko czy w przypadku adaptacji "Klary i słońca" rzeczywiście chodziło o znalezienie dynamicznej formuły dla oszczędnej przypowieści, czy raczej o przerobienie subtelnej literatury w atrakcyjny produkt? Jest to zresztą pytanie z kategorii retorycznych, bo w obu przypadkach problem byłby ten sam – niewłaściwy człowiek.

To, iż propozycja Waititiego jest zakalcem, wyczuwa się w zasadzie od pierwszej sceny. Do inspirowanej latami 60., retrofuturystycznej metropolii zaprasza nas wyciskająca łzy muzyka Michaela Giacchino – równie pastelowa i sztuczna, co dekoracje sklepu, w którym korpo arystokracja kupuje sobie święty spokój, a jej potomstwo – namiastkę przyjaźni. U Ishigury ta przestrzeń była podszyta opresją, coś jak szkoła dla służących, targ niewolników i luksusowy butik w jednym, z "czującymi" humanoidami przesuwanymi z miejsca w miejsce, w zależności od ich aktualnej wartości rynkowej. Waititi całkowicie zrezygnował z tej niejednoznaczności i zamienił sklep w obóz harcerski, gdzie zwariowana Menadżerka (Natasha Lyonne) co wieczór siada przed makietą płonącego ogniska i czyta replikantom historyjki na dobranoc. W ciagu dnia roboty prężą się w witrynach, robią sobie ze wszystkiego jaja i ogólnie zachowują jak małe, niezdarne dzieci. Pierwsze spotkanie Josie (Mia Tharia) z Klarą (Jenna Ortega) wygląda tak, iż SP z wrażenia przewraca się na podłogę, potrącając kolejne przedmioty i wywołując efekt domina. Jest to zresztą całkiem trafna metafora filmu, który pozostaje niezborny adekwatnie na każdym poziomie: od konstrukcji świata przez dramaturgię aż po kwestię najważniejszą – budowę przekonującej relacji nastolatki z czymś, co w jej świecie uchodzi za wyposażenie gospodarstwa domowego.

Jenna Ortega
  • Piki Films
  • Heyday Films
  • Spyglass Media Group
  • Columbia Pictures
  • Sony
  • Defender Films
  • 3000 Pictures

Decyzja, żeby zniuansowane, podszyte uprzedmiotowieniem i okrucieństwem interakcje Klary i Josie przerobić na kolorowe przygody dwóch najlepszych przyjaciółek, można rozumieć w kategoriach sprzedażowych – lekkość i optymizm dobrze pasują do stremingowych coming-of-age’ów. Skoro jednak relacje nastolatki i robota kilka się różnią od konwencjonalnych nastoletnich relacji, pojawia się pytanie, po co w ogóle było się męczyć i opatrywać tę historię metką made by Ishiguro? Rozumiem prawa adaptacji, ale Waititi choćby nie otarł się o potencjał materiału źródłowego. W powieści bardzo istotną rolę odgrywa figura niewiarygodnej narratorki. Wbrew pozorom nie chodzi wcale o to, iż Klara mataczy i kłamie, ale iż możliwości poznawcze robotki są ograniczane przez rodzaj oprogramowania.

Czytelnicy wiedzą i rozumieją więcej od Klary, a SF dopiera uczy się świata na zasadzie maszynowej – z linii, kątów i figur geometrycznych składa obraz otoczenia; chaotyczne zachowania integruje w całość i na tej podstawie przygotowuje najlepiej dopasowaną odpowiedź. Działa na podobnej zasadzie, co duże modele językowe (AI), tyle iż specjalizuje się w pracy emocjonalnej – ma w pierwszej kolejności identyfikować i reagować na złożone ludzkie stany. To klucz do fundamentalnego dla fabuły błędu poznawczego Klary – w Słońcu widzi boską istotę nie dlatego, iż jest po dziecięcemu naiwna. Chodzi raczej o specyfikę tego konkretnego modelu – tam, gdzie SF ma za mało informacji, zaczyna przypisywać elementom otoczenia cechy istot czujących. A ponieważ jej bateria "żywi" się energią słoneczną, wędrująca po niebie kula gorącej materii musi być "żywicielem" – czuć i rozumieć więcej od innych – który uzdrowi śmiertelnie chorą Josie.

Tymczasem ekranizacja choćby nie tyle podąża drogą na skróty, ile w ogóle nie interesuje jej żadne podążanie. Filmowa Klara jest dokładnie tym, czym nie jest Klara książkowa – naiwnym dzieckiem. Podobno Jenna Ortega – aktorka o wielkich, zawsze szeroko otwartych oczach – zbudowała tę rolę, obserwując zachowania swoich małoletnich bratanków i siostrzenic. Na liście inspiracji są też, choć to już moje domysły, aktorzy z komedii slapstickowych, bo praktycznie cała różnica między maszyną a człowiekiem sprowadza się tutaj do kwestii ruchu. Kiedy bohaterka trafia w jakieś nowe miejsce, musi się "skalibrować", co oznacza kilka minut z choreografią rodem z ministerstwa głupich kroków. Niepewny chód oraz rozpikselowane ujęcia POV to zasadniczo jedyne przejawy robotycznej percepcji. Ale jest też inne "podobno" – żeby nadać opowieści "adekwatny, poważny ton", Waititi miał poświęcić blisko dwa lata na montaż nakręconego materiału. Gdyby brać to na serio, wyszłaby z tego smutna konstatacja, iż reżyser rozróżnia tylko dwie tonacje – albo odjechany humor, albo wywołujący mdłości sentymentalizm. W "Klarze i słońcu" każda, choćby najbardziej czytelna emocja musi zostać zilustrowana generyczną muzyką, a następnie zamordowana promieniotwórczym anielskim światłem. Nie ma zmiłuj, za rękę trzeba prowadzić nie tylko rozkalibrowane automaty, ale też widzów ewidentnie pozbawionych umysłowej kalibracji.

Waititi robi tu coś jeszcze: przekłada powieść na język, który sam zna najlepiej, a który pozostaje fundamentalnie obcy prozie Ishigury – język popkulturowych cytatów. Ważnym punktem odniesienia jest tu na przykład "Diuna", ale taka sprowadzona do najprostszych ułamków. Mamy więc zdelegalizowany i "wyłączony" internet – przedmiot nostalgii jednej z bohaterek – oraz całkowity brak urządzeń posiadających ekrany. Z kolei filmowe "spotkanie interakcyjne" przypomina zjazd rodziny Harkonnenów: nastolatkom po korekcji genetycznej pobielono twarze, udrapowano barokowe fryzury i poprzebierano w czarne stroje, larwalne kombinezony, skórzane trykoty a la "Hellraiser". Są to jednak puste, czysto popisowe gesty, które nie budują żadnej sensownej warstwy znaczeń, a co najwyżej ujawniają brak wiary w inteligencję człowieka – no bo czy naprawdę stać nas tylko na rozwiązywanie takich najprostszych"łamigłówek"? jeżeli fimowe "maszyny empatii" widzą w ludziach zlepek kiczowatych sentymentów, pensjonarskich emocji i samozadowolenia, to chyba rzeczywiście powinien je zmieść Dżihad Butleriański. Może w końcu przestaną nas męczyć swoją fałszywą czułością.
Idź do oryginalnego materiału