Ciężko jest mi wskazać innego reżysera o tak wielkim potencjale do wielokrotnego odkrywania niż Steven Spielberg. Od wczesnego dzieciństwa towarzyszyły mi produkowane przez niego kreskówki, później zachwycił mnie kosmicznymi spotkaniami, w latach młodzieńczych zabrał na przygody z dzielnym archeologiem, w straszny rejs rybackim kutrem i do parku pełnego dinozaurów. Z biegiem lat pokazał mi też grozę wojny i realne zagrożenie płynące z politycznych intryg i niemal za każdym razem pozwolił mi zachwycić się swoim warsztatem. Możecie zatem domniemywać, jak ważne miejsce w moim pełnym kosmicznego zachwytu i społecznego sceptycyzmu zajął Dzień objawienia, jeszcze przed swoją premierą. A po powrocie z sali kinowej przekonanie to tylko się umocniło, choć Spielberg stał się dla mnie właśnie kimś, kim nie był nigdy wcześniej.
Spielberg to bajarz. Na naszych oczach stwarza kolejne postaci, umieszcza je pośród niezwykłych wydarzeń, każąc pokonywać kolejne trudy. Tym razem powołał do życia Margaret i Daniela, których obdarzył twarzami Emily Blunt i Josha O’Connora, aby ludzkim obliczem stanęli oko w oko z prawdą. Od dekad rządy tego świata ukrywały ją przed społeczeństwem, ale oto nadchodzi tytułowy Dzień Objawienia, kiedy wszystko stanie się… jakie? Ciężko mówić tu o jasności, bo choć prawdopodobnie doskonale wiemy, co wydarzyło się w Roswell, Phoenix, czy choćby Przyrownicy, nie mamy gwarancji, czy będzie nam dane to zrozumieć. Od tego jednak są bajki, aby znane mam okoliczności uniezwyklić i pozwolić odnaleźć w nich morał. Sposób na radzenie sobie z tym, co pozostało poza zasięgiem naszego ciekawskiego umysłu. Reżyser właśnie opowiedział nam kolejną bajkę, która musi zaciekawić wszystkie zebrane na sali dzieciaki. Także te, które pokręcą kilkukrotnie nosem, iż za mało pościgów, a za dużo gadania. Spokojnie, walki dobra ze złem też nie zabraknie.
fot. „Dzień objawienia” / materiały dystrybucyjne UIPSpielberg to prestidigitator. dzięki środków, które my z poziomu widowni uznamy za czarodziejskie, w mgnieniu oka pokaże nam niestworzone rzeczy. Gra światłem w zamieszkanych przez wspomnienia mieszkaniach, adekwatne skupienie naszego wzroku pośród wielu komunikatów na ekranach złej korporacji, niezobowiązujący dialog między tropicielami prawdy, kilka ciekawych rekwizytów nie z tego świata i oto jest – magia. choćby nie zauważyliśmy, gdy stworzono coś z niczego. Dobrze jest widzieć, iż choć iluzjonista nie jest już w wieku pozwalającym na ekstrawaganckie akrobacje, to przez cały czas w swoich przepisanych rękawach chowa niejednego asa. Widzieliście już te sztuczki? Pewnie tak. To w końcu z nich słynie jeden z najwspanialszych magików naszych czasów, którego kolejny występ znowu przyniósł mi tyle euforii co za pierwszym, drugim, dziesiątym razem. Wspaniale jest znów siedzieć na widowni.
Spielberg to wyrobnik. Człowiek z ogromnym fachem w ręku, który po wielu dekadach pracy jest w stanie dostarczać produkt wysokiej jakości. Nie inaczej jest tutaj, jednak kwestią sporną pozostaje wścibska potrzeba raportu jego wydajności. Pośród konkurencyjnych filmów sensacyjnych, Dzień objawienia jest wyłącznie jednym z wielu, niewyróżniających się względem siebie. Zobaczymy kilka pościgów czy widowiskową scenę z pociągiem, jednak większość czasu spędzimy na rozmowach o Ważnych Rzeczach, czy to w tajnej kryjówce, studiu telewizyjnym czy siedzibie zlej korporacji. Ciężko to nazwać wadą, bo pod czujnym okiem reżysera choćby ekspozycje podaje się tutaj bez krytycznego nudzenia widza, ale od strony medium stricte wizualnego, brakuje tu czegoś więcej. Gdyby potraktować ten film wyłącznie jako wariację na temat realnych wydarzeń i sposobu ich medialnego przedstawienia, choć przez cały czas rozczarowujące, byłoby to zrozumiałe. Jednak Spielberg zamierza otworzyć przed nami portal do innej rzeczywistości, który chyba nie powinien wyglądać jak zwykła dziura w ekranie. Co za kuriozalny paradoks, iż w filmie tak przezroczystym, czuję obecność autora tak wyraźnie. Jakim cudem? Pewnie dlatego, iż nie chce go wyłącznie widzieć, ale tez zrozumieć.
Spielberg to maestro. Oczywiście realną batutę dzierży tu sam John Williams, który w sekwencji dźwięków potrafi skondensować całe spektrum ludzkich emocji. To jednak dyrygentura Stevena tworzy z osobnych partii wybitną całość. Bo jak inaczej wyjaśnić, iż szpiegowski thriller łączy się tu z baśnią? Jakim cudem religijna przypowieść i kino akcji mogą współistnieć? Jak do tego doszło, iż pod płaszczykiem historii o kontakcie z kosmitami, opowieść przez cały czas odwołuje się do dziecięcych marzeń? Po raz kolejny stworzone zostało dzieło, które tworzy niewidzialny pomost między czteroletnią dziewczynką a starszym dżentelmenem, którzy siedzieli na tej samej sali, kilka rzędów przede mną. choćby jeżeli brak nam jeszcze teoretycznego podłoża, znajomości biografii twórcy czy wielogodzinnego eseju analizującego każde ujęcie, Spielberg udowodnił, iż tworzy dzieło zrozumiałe dla wszystkich, bez względu na to gdzie i kiedy będą go doświadczać. Sięga bowiem do fundamentalnych elementów człowieczeństwa, o których powinniśmy wyraźniej pamiętać po skończonym seansie.
Spielberg to kronikarz. Z dziennikarskim zapałem zbiera materiały o obecnym i minionym stanie rzeczywistości, aby po raz kolejny pokazać odbiorcy, jakie miejsce zajmuje pośród systemu. Rozpędzona machina wojenna i przyciemnione gabinety medialnych gigantów nie różnią się od siebie znacząco, bo w obu przypadkach walka toczy się o wpływ na resztę świata. I jak to było już poprzednio, tym razem obawy o zachowanie statusu quo są tak samo realne, co przygnębiające. choćby jeżeli nie śledziliście demonstracji na schodach Kapitolu, nie przeglądaliście odtajnionych dokumentów, nie wzdrygaliście się na samą myśl o tym, w czyich rękach są najcenniejsze informacje w historii ludzkości, domyślacie się pewnie, iż prawda gdzieś tam jest. Z resztą, gdyby nie przesłuchania Podkomisji ds. Bezpieczeństwa Narodowego Izby Reprezentantów, reżyser nie opowiedziałby nam kolejnej historii, na którą znów nie zwróciliśmy uwagi. Patrzyliśmy nie tam, gdzie trzeba.
fot. „Dzień objawienia” / materiały dystrybucyjne UIPSpielberg to sentymentalista. W najlepszym tego słowa znaczeniu, bo prowadzenie pamiętnika nie różni się tutaj bardzo od przytoczonego wyżej kronikarskiego wyczucia. Choć wielką część Dnia Objawienia przyjdzie nam spędzić w biegu lub kryjąc się po opuszczonych budynkach, to kluczowa dla historii całej rzeczywistości scena rozegra się w zupełnie innym, przyjemniejszym wnętrzu. Niemal 80-letni reżyser ma w sobie wciąż tę samą dziecięcą iskrę ciekawości, która wiele lat temu kazała mi uwierzyć, iż mamy coś wspólnego. Oboje spoglądamy w gwiazdy, snując kolejne opowieści o tym, kto odwzajemnia spojrzenie w kosmicznym bezkresie. Ale mamy też w sobie na tyle dużo agnostycznego uporu, iż dopóki nie zetkniemy się twarzą w twarz z nieznanym, nie będziemy się go lękać ani bezkrytycznie wielbić. Na szczęście obie te filozofie można połączyć.
Spielberg to misjonarz. Nie znałem swojego filmowego przyjaciela od tej strony. Choć nieraz dzieliliśmy się ze sobą rozważaniami na temat ludzkiej natury, wizji przyszłości czy siły wspomnień o rodzinnym domu, tym razem Steven pokazał mi się jako głęboko wierzący. I choć religijnie nie było nam nigdy po drodze, tak wsłuchując się w kolejne słowa jego bezpretensjonalnej Ewangelii, popartej latami badań, rozmów i zdrowego sceptycyzmu, ciężko nie poczuć się częścią wspólnoty. Cytując za klasykiem, nie lękajcie się, ponieważ religijne doświadczenie Dnia objawienia wykracza daleko poza mury dowolnej świątyni i naiwne próby personifikacji Absolutu. Tak jak powiedział sam ewangelista: „Jestem teraz gotów zrewidować swoje stanowisko, ponieważ poszlaki i dowody pośrednie są przytłaczające”. Amen!
Spielberg to artysta totalny. Na nic mi wścibskie szukanie subiektywnej dziury w filmowym całym, bo którejkolwiek sceny, sekwencji, wątku czy decyzji reżyserskiej bym nie zakwestionował, bledną one przy nadrzędnej cesze omawianego twórcy – potrzebie zachwycania. Wiara w to, iż ruchomy obraz na ekranie kinowym, telewizyjnym czy komputerowym jest w stanie sprowokować widza do współtworzenia spektaklu. Weźmy zatem w nim udział, mówiąc nie tylko o faktycznych UAP, ale i filmach na ich temat. Czerpiąc z przeszłości, mówmy o współczesności. Wątpiąc, dajmy wiarę. Bo ja chcę wierzyć.
Korekta: Magda Wołowska















