Dzień dobry, wszyscy umrzemy. Michał Kisielewski prezentuje „Zew nie zen!”

strefamusicart.pl 30 minut temu
Zdjęcie: unnamed(1173)


Można by pewnie, z dozą lenistwa, sprowadzić ten album do wytartego „to jest płyta o apetycie na życie”. Ale ona nie jest o apetycie. Jest o przeszywającym na wskroś głodzie. I paraliżującym lęku przed tym, iż w życiu zawsze jest później, niż myślisz. Dla Michała Kisielewskiego zdaje się to być równie przerażające, co potwornie śmieszne.

Niezdolny do poczucia tytułowego zen, Michał Kisielewski sięga po zew. Jego wybór prowadzi nas do opowieści o zatracaniu się w doznaniach maksymalistycznych, totalnych. Czasem niewybrednych, niekiedy perwersyjnych, momentami skrajnie romantycznych. Częściej niż rzadziej wieńczonych komiczną puentą. Teksty z wyczuwalną uciechą przełamują patos kolejnymi transgresjami. Uniesienie kończy się pyskatym żartem. Jest na to słowo: bathos – tu używany z autoironią i humorem, ale i bezwzględną premedytacją.

Zgodnie z motywem albumu nikt się tu nie ogranicza, chce się wszystkiego naraz. Obfite aranże są zagrane, nie poskładane; wylewają się z nich żywe instrumenty. Pośród numerów zamaszystych, momentami solennych, nie brakuje luzu i lekkości – co jest dość przekorną konstrukcją, biorąc pod uwagę powracające motywy: tęsknoty, współzależności, pożądania i niedającego się ugasić pragnienia kolejnych przeżyć.

I tu wychodzi najważniejszy twist tego albumu – przy cienko zawoalowanej powadze poruszanych tematów, „Zew nie zen!” jest płytą szybką, elektryzującą i często szczerze zabawną. Gra słów, zjadliwe punchline’y i kulturowe odniesienia są na niej narzędziami używanymi równie konsekwentnie co przekraczanie granic, a lekkoduszność jest postawą traktowaną nie mniej poważnie niż eksces. Jest w tej płycie też dużo słońca – figuratywnie i dosłownie – licznych odniesień do długich, ciepłych dni w mieście, które samo jest często równoprawnym, tkliwie opisywanym bohaterem. Jest tam też adresat – choć dla wszystkich z nas będzie to kto inny – a płyta robi się wtedy po prostu bardzo czuła.

Tracklista przedstawia się następująco:
  1. Bezpańskie psy
  2. Bezkres
  3. Śni mi się iż latam
  4. Przy czym dziewczyny lubią tańczyć
  5. Zew nie zen
  6. 2k19
  7. Ciało elektryczne
  8. Święte
  9. Już nie będzie takiego lata
  10. W podłogę gaz
  11. Filozofia
  12. Kto modli się za diabła?
„Zew nie zen!” opowiada o pokoleniu hedonistycznym, ale łaknącym sensu. Rozczarowanym zarówno własną, jak i wszechotaczającą pustką. Przebodźcowanym, więc tym bardziej próbującym za wszelką cenę coś poczuć. W końcu szukającym odpowiedzi tam, gdzie wydaje się to przez cały czas możliwe: w ostatnich, wciąż jeszcze namacalnych doświadczeniach. I traktującym miłość jako jedyne już dostępne zbawienie. Bo co począć, gdy na jego oczach upada fasada uniwersalnego porządku, w którym zostało wychowane? To, co robi się przy każdym końcu świata: pić wino, kochać się i tańczyć.
To mocny, nonszalancki a przy tym “piekielnie” emocjonalny debiut, któremu warto poświęcić uwagę!
Idź do oryginalnego materiału