Po dwóch latach do oferty Netfliksa powracają „Dżentelmeni” prosto od uwielbianego Guya Ritchiego. Czy 2. sezon utrzymuje dobrą formę swojego poprzednika? Odpowiedź znajdziecie w naszej recenzji.
Jeśli debiutancka odsłona serialu „Dżentelmeni” filtrowała motywy z „Ojca chrzestnego” przez twórczość Guya Ritchiego, to naturalnym krokiem – dostępnego od wczoraj na Netfliksie – 2. sezonu jest kontynuacja obranej ścieżki. Powracający hit na postawie głośnego filmu twórcy „Przekrętu” spełnia tę obietnicę, ale robi to jedynie częściowo. Nowi „Dżentelmeni” są bowiem jak „Ojciec chrzestny II”, tylko po drodze zaginął gdzieś w tym wszystkim stary dobry Guy Ritchie.
Dżentelmeni sezon 2, czyli Guy Ritchie wraca na Netfliksa
Na początek dżentelmeńskie przypomnienie: gdy dwa lata temu serial debiutował na Netfliksie, Edward (Theo James) – zupełnie jak Michael Corleone – zamienił wojsko na rodzinny interes kryminalny. Na przestrzeni tamtej serii świeżo mianowany książę Halstead rozgaszczał się w podpałacowym biznesie narkotykowym, by w finale oficjalnie przejąć nad nim stery wraz z Susie Glass (Kaya Scodelario) pod bacznym okiem jej ojca (Ray Winstone).
„Dżentelmeni” (Fot. Netflix)Liczący osiem odcinków sezon 2 rozpoczyna się w momencie, gdy interes ma się świetnie. Eddie i Susie poszerzyli rynek o nowe – poza wyspiarskie – terytoria, utracona pozycja rodzinnego dworu zaczęła odzyskiwać dawny blask, a na horyzoncie widnieje choćby cieplutka posada w Izbie Lordów. Słowem: rozwój. jeżeli znacie fabułę drugiego „Ojca chrzestnego”, to pewnie pamiętacie, iż rozkwit imperium współgrał z upadkiem człowieka. Czy tutaj będzie podobnie?
Ja wam tego nie zdradzę, niemniej przyznam, iż Ritchie i spółka naprawdę wzięli sobie do serca najważniejsze elementy słynnej „dwójki”, by postawić Eddiego przed fabularnym wyzwaniem, jak zarządzać kryminalnym imperium i nie zwariować. Zresztą sygnalizuje to już sam początek 2. sezonu, w którym Halstead Manor odwiedzają zagraniczni partnerzy biznesowi dżentelmenów. Skala przedsięwzięcia regularnie się powiększa, a pułapek przybywa z odcinka na odcinek.
Dżentelmeni sezon 2 – duże zmiany i nowe podejście
W 2. sezonie „Dżentelmeni” zestawiają komediową gangsterkę z polityką – i nie chodzi tu wyłącznie o próbę przepchnięcia ustawy o legalizacji marihuany w parlamencie, która wywołuje wewnętrzny spór w organizacji. Na każdym kroku nasi bohaterowie zmuszeni są wchodzić w układy, zawiązywać partnerstwa, świadczyć wątpliwie moralnie przysługi czy wreszcie tłumić wewnętrzne bunty pracowników, by kierować biznesem, wiodąc go na sam szczyt.
„Dżentelmeni” (Fot. Netflix)Do gry – w której każdy nieustannie trzyma nóż za plecami – wkraczają arabscy szejkowie, wyspecjalizowani w koksie Latynosi czy włoscy mafiozi na czele z wiecznie napalonym Cico o twarzy Michelle Morrone („365 dni”). Interesem sięgającym tylu punktów odniesienia zarządzać jest niezwykle trudno, tym bardziej iż potrzebne jest wsparcie pewnego rozhasanego i wysoko postawionego lorda (Hugh Bonneville, „Downton Abbey”), by część marihuany sprzedawać… zupełnie legalnie.
Podczas gdy motywem przewodnim 2. sezonu pozostaje rozwój/upadek, fabuła „Dżentelmenów” to tak naprawdę liczne „misje poboczne”. Strukturę nowej serii najlepiej porównać do gry wideo, w której bohater nie wykona głównego celu bez uprzedniego ogarnięcia rozsianych po mapie questów mniejszych. Przykłady? Eddie nie dopnie deala z Włochami, jeżeli nie wyeliminuje pewnego księgowego. Nie kupi głosu w parlamencie, jeżeli nie spłaci długu pewnego syna. Nie przekona lorda do wsparcia, jeżeli nie załatwi mu wymarzonego kochanka. I tak w koło Macieju.
Jasne, debiutancka odsłona rozkręcała się pod tym względem podobnie, ale kawalkada atrakcji jest o tyle zasadna, ile faktycznie… zapewnia atrakcje. Tymczasem z niezrozumiałych powodów w 2. sezonie „Dżentelmeni” stracili większość ze swojego swagu. Każda kolejna postać, którą scenariusz stawia na drodze ekipy Eddiego jest mniej interesująca od poprzedniej, żywiołowy język filmowy Ritchiego ogranicza się do powtarzalnych trików, a ci, którzy stanowili o walorach serii pierwszej, tym razem majaczą gdzieś tam w tle.
Dżentelmeni sezon 2 – jak wypadają nowe odcinki?
Największą bolączką nowej serii jest bowiem brak Freddiego (doskonały jak zwykle Daniel Ings), którego awanturniczy i nieprzewidywalny charakter od samego początku serialu stanowił świetną przeciwwagę dla stoickiego Edwarda. Choć ten starszy (przynajmniej według metryki) brat odegra bardzo istotną rolę w fabule, przechodzący duchowe odrodzenie Frederick pojawia się raptem co kilka odcinków – zaledwie na kilka scen. To trochę tak jakby wraz z nim Ritchie stracił podporę dla ekscesów, z których przecież zasłynął.
„Dżentelmeni” (Fot. Netflix)2. sezon „Dżentelmenów” to zatem propozycja znacznie bardziej poważna – a czasem wręcz sheridanowsko-napuszona – niż jej poprzednia odsłona. Językowe żarty czy gagi obracające przemoc w filmową fantazję pojawiają się zdecydowanie rzadziej, brytyjska posh groteska – którą do perfekcji opanował film o tym samym tytule – ustępuje gangsterce kosmopolitycznej, a przy tym zupełnie nijakiej; z kolei komediowy absurd zostaje niemal w całości poświęcony na rzecz rodzinnego dramatu.
Serial wciąż ogląda się zupełnie nieźle, ale ma się przy tym poczucie utraty charakterystycznego stylu, który sprawił, iż „Dżentelmeni” w ogóle wyróżnili się na tle marnej konkurencji. Do tej pory swego rodzaju mrocznym bratem serialu Netfliksa była świetnie przyjęta „Strefa gangsterów” z Tomem Hardym (Ritchie jest jednym z reżyserów i producentów wykonawczych). Po 2. sezonie tytuły niepokojące zbliżyły się do siebie pod względem tonu i jest w tym jakaś smutna prawda o aktualnej ofercie streamingu.
Jeśli brytyjskich gangusów od twórcy „Porachunków” wciąż wam jednak mało, to zostawię was z (chyba) dobrymi wieściami. Netflix zdążył już zamówić 3. sezon „Dżentelmenów”, a ekipa z niedoszłym Jamesem Bondem na czele ma zameldować się na planie już niebawem. Może tym razem Ritchie wyjmie z szafy ten charakterystyczny kraciasty dres i przypomni sobie, czym byli jego „dżentelmeni”.















