Ssibal. Słowo, które zaczyna i kończy adekwatnie każdy dialog w „Hope”. jeżeli Koreańczycy i Polacy mają coś wspólnego – a mają wiele – to zamiłowanie do klnięcia jest jedną z tych rzeczy. W świecie Na Hong-jina człowiek odnajduje się więc jak w domu. Jego powrót po genialnym „Lamencie” należy do tych absolutnie nieoczekiwanych: „Hope” dosłownie wjeżdża w canneńską stawkę i po drodze demoluje wszelkie oczekiwania oraz konkursowe średniaki. Po posępnych kryminałach i szamańskich horrorach przyszła pora na maksymalistyczne monster movie – takie, jakiego nie było od czasu „The Host”. Mam też wrażenie, iż Na przy okazji ustanowił nowy rekord ekranowych przekleństw w koreańskim kinie.
Sto sześćdziesiąt minut filmowego ekstremum. Bez chwili wytchnienia, ale bez zadyszki, a wszystko na jednym wdechu. Intensywność „Hope” jest wręcz fizyczna – podobno jeden z krytyków oglądał film na stojąco w Bazin, bo nie był w stanie wysiedzieć tego tempa. I coś w tym jest, bo po seansie sam czułem się, jakbym przez kilka godzin biegał w VR-owym headsecie, a żeby wrócić z canneńskiego pałacu do mieszkania, potrzebowałem GPS-a. Najlepsza wiadomość tegorocznego Cannes? Na Hong-jin is back.
Przez pierwsze czterdzieści minut jesteśmy w znakomitym tropicielskim thrillerze. W samym środku fikcyjnego portu Hopeu, który leży przy koreańskiej strefie zdemilitaryzowanej. Najpierw biegniemy tropem tajemniczego monstrum, które demoluje wszystko na swojej drodze, a chwilę później sami zaczynamy przed nim uciekać. Tak wygląda pierwsza godzina filmu – nieustanny sprint, podczas którego cały czas czuć na karku oddech ludzi desperacko próbujących obronić Hopeu. Trochę jak w najlepszym survival horrorze, tylko iż wszystkim steruje Na Hong-jin w swojej absolutnie najwyższej formie.
Po raz kolejny Na opowiada też o przestrzeni. Hopeu to miejsce zawieszone między codziennością, która zastygła przed najściem intruza a permanentnym stanem zagrożenia. Granica jest tu nie tylko polityczna, ale też psychologiczna. W tle wiszą proporce ostrzegające przed infiltracją z Północy, więc lokalna społeczność dobrze zna życie w napięciu i niepewności. Dlatego gdy miasto zaczynają rozsadzać odgłosy rodem z „Godzilli”, nikt nie zastanawia się nad sensem działania – po prostu trzeba bronić domu.
W ogóle Na Hong-jin zawsze genialnie pracował z lokalizacją. Seul w jego “W pogoni” był duszny i klaustrofobiczny – postacie również biegały po przestrzeni jak szalone; w „Żółtym morzu” przestrzeń stawała się niemal piekielną przeprawą przez tożsamościowe granice; a „Lament” zamieniał koreańską prowincję w teren metafizycznego skażenia. To pierwszy raz, gdy Na Hong-jin tak mocno wchodzi w pełnoprawne science fiction, ale przez cały czas najbardziej interesuje go przestrzeń: izolowana, zawieszona pomiędzy cywilizacją a czymś pierwotnym, a jednocześnie głęboko zakorzeniona w lokalności. Gdy nie znajdujemy się w samym środku piekła destrukcji, trafiamy do mrocznego lasu, w którym czai się tajemnicza obecność. Integralną częścią tej przestrzeni są oczywiście mieszkańcy Hopeu – z monstrualnym bytem nie walczy tu wojsko, tylko lokalsi z krwi i kości, ludzie, którzy znają się na wylot i od lat tkwią w tym samym porcie. Dzięki temu „Hope” pozostaje dziwnie swojskie, podszyte rubasznym humorem miejscowej starszyzny – jakby do brutalnego monster movie zaproszono nieporadność rodem z „Rancza”.
To zresztą autorska sygnatura Na: mieszanie gatunków. Każdy z jego filmów czerpie z kina gatunkowego – horroru, kryminału, zombie movie, momentami choćby noir czy slapstickowej komedii – ale w samym centrum zawsze stoją nieudolni mężczyźni próbujący sprostać złu. W połączeniu z lokalnością daje to wręcz smolistą komedię pomyłek: grupę średnio kompetentnych facetów desperacko próbujących przetrwać koniec świata. Na ich tle najbardziej wykwalifikowana wydaje się młoda funkcjonariuszka Sung-ae, której wejście jest chyba najbardziej badass momentem całego festiwalu. Wpada na ekran z energią Kim Ye-ji z igrzysk w Paryżu – z lodowatym opanowaniem, spojrzeniem, które mogłoby zabić, i aurą kogoś, kto jako jedyny w tym chaosie naprawdę wie, co robi. Kradnie film za każdym razem, gdy się pojawia, a jej intro wywołało chyba największy aplauz całego konkursu.
„Hope” jako science fiction działa jednocześnie jako komedia i maksymalistyczny spektakl o uniwersalnym konflikcie dobra ze złem – albo po prostu konflikt ludzkości z czymś obcym. I na jakimś etapie pojawia się pytanie: kto adekwatnie jest tutaj potworem, a kto po prostu idiotą? U Na moralna ambiwalencja zawsze odgrywała istotną rolę, a mieszkańcy Hopeu są tak przesiąknięci zgorzknieniem i agresją, iż trudno mówić o kimkolwiek jak o niewinnym bohaterze. Mam szczerą nadzieję, iż ktoś kiedyś zrobi wideoesej zbierający wszystkie obelgi rzucane w tym filmie, bo maestria, z jaką klnie tutaj praktycznie każda postać, jest najpiękniejszym soundtrackiem, jaki można sobie do „Hope” wyobrazić.
Monstrualność „Hope” sama w sobie zasługuje zresztą na osobną analizę. W pierwszym segmencie filmu Na Hong-jin długo rezygnuje z bezpośredniego pokazywania potwora – przez dobre czterdzieści minut buduje jego obecność wyłącznie poprzez ślady zniszczenia rozsiane po każdym kadrze. Podsyca napięcie przerażającym sound designem, narastającą muzyką i kolejnymi tropami porozrzucanymi po coraz bardziej zdewastowanym mieście. Przez długi czas obcujemy adekwatnie tylko z tym: z ruinami i zbiorczą narracją tych, którzy jakimś cudem uszli z potworem żywo.
A kiedy monstrum wreszcie wychodzi z ciemności, film wpada w pełną spiralę doliny niesamowitości. Pojawia się dysonans – zarówno poznawczy, jak i czysto wizualny. Trudno ocenić, czy nierówny klatkaż kreatur jest efektem przypadku, czy może faktycznie – jak głoszą festiwalowe plotki – „Hope” nie doczekało się jeszcze finalnego montażu. Paradoks polega jednak na tym, iż niedoskonałość CGI daje tutaj coś zaskakująco świeżego. Potwory prawie iż się glitchują, suną po ekranie, momentami tracą płynność obrazu. Perfekcja ukryta w skrajnej niedoskonałości. Być może to szczęśliwy przypadek, a być może kolejny dowód na to, iż Na Hong-jin po prostu ma łeb na karku.
I jasne – pojawia się pytanie, czy taki gatunkowiec pasuje do konkursu w Cannes. Bo pod podszewką tego intensywnego spektaklu prawdopodobnie nie kryje się żadna wielka podprogowa rozprawa o świecie. To nie jest film, który zmieni czyjeś życie albo rozrysuje mapę globalnych problemów wymagających natychmiastowej reakcji. Tutaj liczy się przede wszystkim przyjemność płynąca z samej prędkości kina, prostackiego nieraz dowcipu i dziwna satysfakcja z obserwowania, jak przestrzeń Hopeu coraz efektowniej rozpada się na kawałki. Ogląda się to z euforią dziecka, które pierwszy raz dostało do ręki pada od konsoli. I może właśnie dlatego takie filmy są Cannes absolutnie potrzebne – zwłaszcza dziś, kiedy blockbusterowa wyobraźnia Hollywood od lat tkwi w głębokim kryzysie.
Ach, ssibal, to było piękne.
Sto sześćdziesiąt minut filmowego ekstremum. Bez chwili wytchnienia, ale bez zadyszki, a wszystko na jednym wdechu. Intensywność „Hope” jest wręcz fizyczna – podobno jeden z krytyków oglądał film na stojąco w Bazin, bo nie był w stanie wysiedzieć tego tempa. I coś w tym jest, bo po seansie sam czułem się, jakbym przez kilka godzin biegał w VR-owym headsecie, a żeby wrócić z canneńskiego pałacu do mieszkania, potrzebowałem GPS-a. Najlepsza wiadomość tegorocznego Cannes? Na Hong-jin is back.
Przez pierwsze czterdzieści minut jesteśmy w znakomitym tropicielskim thrillerze. W samym środku fikcyjnego portu Hopeu, który leży przy koreańskiej strefie zdemilitaryzowanej. Najpierw biegniemy tropem tajemniczego monstrum, które demoluje wszystko na swojej drodze, a chwilę później sami zaczynamy przed nim uciekać. Tak wygląda pierwsza godzina filmu – nieustanny sprint, podczas którego cały czas czuć na karku oddech ludzi desperacko próbujących obronić Hopeu. Trochę jak w najlepszym survival horrorze, tylko iż wszystkim steruje Na Hong-jin w swojej absolutnie najwyższej formie.
Po raz kolejny Na opowiada też o przestrzeni. Hopeu to miejsce zawieszone między codziennością, która zastygła przed najściem intruza a permanentnym stanem zagrożenia. Granica jest tu nie tylko polityczna, ale też psychologiczna. W tle wiszą proporce ostrzegające przed infiltracją z Północy, więc lokalna społeczność dobrze zna życie w napięciu i niepewności. Dlatego gdy miasto zaczynają rozsadzać odgłosy rodem z „Godzilli”, nikt nie zastanawia się nad sensem działania – po prostu trzeba bronić domu.
W ogóle Na Hong-jin zawsze genialnie pracował z lokalizacją. Seul w jego “W pogoni” był duszny i klaustrofobiczny – postacie również biegały po przestrzeni jak szalone; w „Żółtym morzu” przestrzeń stawała się niemal piekielną przeprawą przez tożsamościowe granice; a „Lament” zamieniał koreańską prowincję w teren metafizycznego skażenia. To pierwszy raz, gdy Na Hong-jin tak mocno wchodzi w pełnoprawne science fiction, ale przez cały czas najbardziej interesuje go przestrzeń: izolowana, zawieszona pomiędzy cywilizacją a czymś pierwotnym, a jednocześnie głęboko zakorzeniona w lokalności. Gdy nie znajdujemy się w samym środku piekła destrukcji, trafiamy do mrocznego lasu, w którym czai się tajemnicza obecność. Integralną częścią tej przestrzeni są oczywiście mieszkańcy Hopeu – z monstrualnym bytem nie walczy tu wojsko, tylko lokalsi z krwi i kości, ludzie, którzy znają się na wylot i od lat tkwią w tym samym porcie. Dzięki temu „Hope” pozostaje dziwnie swojskie, podszyte rubasznym humorem miejscowej starszyzny – jakby do brutalnego monster movie zaproszono nieporadność rodem z „Rancza”.
To zresztą autorska sygnatura Na: mieszanie gatunków. Każdy z jego filmów czerpie z kina gatunkowego – horroru, kryminału, zombie movie, momentami choćby noir czy slapstickowej komedii – ale w samym centrum zawsze stoją nieudolni mężczyźni próbujący sprostać złu. W połączeniu z lokalnością daje to wręcz smolistą komedię pomyłek: grupę średnio kompetentnych facetów desperacko próbujących przetrwać koniec świata. Na ich tle najbardziej wykwalifikowana wydaje się młoda funkcjonariuszka Sung-ae, której wejście jest chyba najbardziej badass momentem całego festiwalu. Wpada na ekran z energią Kim Ye-ji z igrzysk w Paryżu – z lodowatym opanowaniem, spojrzeniem, które mogłoby zabić, i aurą kogoś, kto jako jedyny w tym chaosie naprawdę wie, co robi. Kradnie film za każdym razem, gdy się pojawia, a jej intro wywołało chyba największy aplauz całego konkursu.
„Hope” jako science fiction działa jednocześnie jako komedia i maksymalistyczny spektakl o uniwersalnym konflikcie dobra ze złem – albo po prostu konflikt ludzkości z czymś obcym. I na jakimś etapie pojawia się pytanie: kto adekwatnie jest tutaj potworem, a kto po prostu idiotą? U Na moralna ambiwalencja zawsze odgrywała istotną rolę, a mieszkańcy Hopeu są tak przesiąknięci zgorzknieniem i agresją, iż trudno mówić o kimkolwiek jak o niewinnym bohaterze. Mam szczerą nadzieję, iż ktoś kiedyś zrobi wideoesej zbierający wszystkie obelgi rzucane w tym filmie, bo maestria, z jaką klnie tutaj praktycznie każda postać, jest najpiękniejszym soundtrackiem, jaki można sobie do „Hope” wyobrazić.
Monstrualność „Hope” sama w sobie zasługuje zresztą na osobną analizę. W pierwszym segmencie filmu Na Hong-jin długo rezygnuje z bezpośredniego pokazywania potwora – przez dobre czterdzieści minut buduje jego obecność wyłącznie poprzez ślady zniszczenia rozsiane po każdym kadrze. Podsyca napięcie przerażającym sound designem, narastającą muzyką i kolejnymi tropami porozrzucanymi po coraz bardziej zdewastowanym mieście. Przez długi czas obcujemy adekwatnie tylko z tym: z ruinami i zbiorczą narracją tych, którzy jakimś cudem uszli z potworem żywo.
A kiedy monstrum wreszcie wychodzi z ciemności, film wpada w pełną spiralę doliny niesamowitości. Pojawia się dysonans – zarówno poznawczy, jak i czysto wizualny. Trudno ocenić, czy nierówny klatkaż kreatur jest efektem przypadku, czy może faktycznie – jak głoszą festiwalowe plotki – „Hope” nie doczekało się jeszcze finalnego montażu. Paradoks polega jednak na tym, iż niedoskonałość CGI daje tutaj coś zaskakująco świeżego. Potwory prawie iż się glitchują, suną po ekranie, momentami tracą płynność obrazu. Perfekcja ukryta w skrajnej niedoskonałości. Być może to szczęśliwy przypadek, a być może kolejny dowód na to, iż Na Hong-jin po prostu ma łeb na karku.
I jasne – pojawia się pytanie, czy taki gatunkowiec pasuje do konkursu w Cannes. Bo pod podszewką tego intensywnego spektaklu prawdopodobnie nie kryje się żadna wielka podprogowa rozprawa o świecie. To nie jest film, który zmieni czyjeś życie albo rozrysuje mapę globalnych problemów wymagających natychmiastowej reakcji. Tutaj liczy się przede wszystkim przyjemność płynąca z samej prędkości kina, prostackiego nieraz dowcipu i dziwna satysfakcja z obserwowania, jak przestrzeń Hopeu coraz efektowniej rozpada się na kawałki. Ogląda się to z euforią dziecka, które pierwszy raz dostało do ręki pada od konsoli. I może właśnie dlatego takie filmy są Cannes absolutnie potrzebne – zwłaszcza dziś, kiedy blockbusterowa wyobraźnia Hollywood od lat tkwi w głębokim kryzysie.
Ach, ssibal, to było piękne.














