Dziennik osobisty Warszawa, czerwiec
Mam 45 lat i czasem myślę, iż moje życie osypało się jak domek z kart. Mąż odszedł do innej, odwrócił mojego syna Adama przeciwko mnie. Zostałam sama, bez wsparcia, bez zrozumienia. Przestałam cieszyć się choćby drobiazgami wszystko stało się puste. Musiałam zadbać o szczątkową stabilizację, więc przyjęłam pracę jako sprzątaczka w podstawówce na Powiślu. To była ciężka robota, ale dzięki zarobionym złotówkom mogłam opłacić skromne mieszkanie i przetrwać kolejny miesiąc.
Niestety, napięcie związane z rozwodem i ciągnącymi się sprawami w sądzie zabierało mi resztki energii. Przestałam być wydajna i po paru miesiącach zwolniono mnie. Pamiętam, jak długo płakałam tamtej nocy. Wydawało mi się, iż zostałam sama na świecie.
Chodziłam ulicami Warszawy, czując się niepotrzebna. Często myślałam, iż jestem jak te śmieci, które codziennie zbierałam z korytarzy szkoły. Pewnego dnia, wracając zamyślona ulicą Solec, nagle oślepiły mnie światła i usłyszałam pisk opon. Auto zatrzymało się tuż przede mną, zaledwie o centymetry.
Z auta wysiadł wysoki mężczyzna w roboczym ubraniu, spojrzał na mnie ze zdziwieniem i troską: Pani wie, iż mogła pani zginąć?! Próbowałam przełknąć łzy, kiwnęłam tylko głową. On zobaczył mój stan i zaproponował, iż podwiezie mnie do domu. Podeszła wtedy do nas starsza kobieta z jamnikiem na smyczy, i cicho rzuciła do niego: Daj pan spokój, może pani naprawdę potrzebuje wsparcia.
Te słowa stały się dla mnie znakiem. Kilka dni później poznałam panią Barbarę nauczycielkę z osiedlowej podstawówki, kobietę, która umiała słuchać i nie oceniać. Opowiedziała mi, iż sama wyszła z trudnego rozwodu i zaproponowała, bym zaczęła pomagać w miejskim schronisku dla potrzebujących przy ul. Towarowej, gdzie była wolontariuszką. Tam poznałam pana Pawła byłego psychologa, który poświęcił życie niesieniu pomocy innym. Zachęcił mnie do udziału w grupie wsparcia i warsztatach z arteterapii.
Wśród innych kobiet po przejściach poczułam, iż nie jestem sama i iż mogę jeszcze zaufać ludziom. Powoli wracało do mnie poczucie własnej wartości. Przestałam wierzyć, iż jestem tylko swoją przeszłością. I choć nie wszystko od razu się ułożyło, to pojawił się światełko nadziei.
W tym czasie Adam także się zmieniał. Trafił do psychologa, a ja pierwszy raz od lat rozmawiałam z synem szczerze o błędach, o swoim cierpieniu, ale też o tym, co nas jeszcze łączy. Zaczął mnie dostrzegać. Nasza więź, poraniona i krucha, stawała się mocniejsza z każdym kolejnym spotkaniem.
Kilka miesięcy później zaczęłam pracę w bibliotece na Mokotowie. Tam poznałam kobiety, które, tak jak ja, przetrwały trudne chwile. Razem rozmawiałyśmy, wspierałyśmy się, uczyły nowych rzeczy. Książki i obecność tych wspaniałych osób dawały mi poczucie sensu.
Któregoś dnia poznałam Martę młodą aktywistkę walczącą o prawa kobiet. Zobaczyła we mnie siłę i zaprosiła do swojej inicjatywy pomagającej kobietom w kryzysie. Zrozumiałam, iż mam w sobie moc, o jakiej nie miałam pojęcia.
Studiowałam podstawy psychologii i pracy socjalnej, by móc wspierać innych. Tam zaprzyjaźniłam się z Dorotą starszą ode mnie wolontariuszką, która nauczyła mnie walczyć o swoje prawa i kochać siebie na nowo.
Z Adamem udało się zbudować bliskość. Stał się dojrzałym, odpowiedzialnym mężczyzną. Spędzaliśmy razem czas, rozmawialiśmy o planach, spacerowaliśmy po parku Skaryszewskim. Jego serdeczność i wiara we mnie były moją codzienną siłą.
Zgłosiłam się do wolontariatu w fundacji wspierającej dzieci z biednych rodzin. Gdy dzieliłam się swoją historią i doświadczeniem, odkryłam, jak wielu ludzi mogę wesprzeć. Z Martą i Dorotą stworzyłyśmy grupę wsparcia dla kobiet. Organizowałyśmy spotkania, wspólne warsztaty, motywowałyśmy do działania, by nie bać się zmian.
Zgłosił się do mnie młody chłopak, Wojtek, który chciał zostać nauczycielem i pracować z dziećmi dotkniętymi wykluczeniem. Stałam się dla niego przewodniczką. Ta rola pozwoliła mi z nową energią patrzeć na swoje życie.
Zaczęłam pisać artykuły do lokalnych czasopism, dzielić się przeżyciami podczas spotkań i konferencji. Wiedziałam, iż daję innym nadzieję, a to uskrzydlało mnie każdego dnia.
Mój syn Adam wybrał studia ekonomiczne na Uniwersytecie Warszawskim i nieustannie mnie wspierał. Razem snuliśmy plany na przyszłość, byliśmy dla siebie inspiracją. Otworzyłam się też na udział w projektach społecznych dla kobiet prowadziłam szkolenia, dawałam motywujące wykłady, pomagałam przełamać strach i niepewność.
Wkrótce zaproszono mnie do wystąpienia na dużym wydarzeniu poświęconym wsparciu osób w trudnych sytuacjach życiowych. Opowiadając swoją historię na scenie, poczułam dumę. Moje świadectwo trafiło do wielu i dodało im wiary w lepsze jutro.
Mimo intensywnej pracy dbałam o kontakt z synem. Organizowaliśmy rodzinne wyjazdy, np. do Krakowa czy nad morze. Teraz wiem, iż najważniejsze są troska, rodzina i umiejętność dzielenia się codzienną radością.
Z czasem wydałam kilka krótkich książek, by pokazać innym kobietom, iż choćby po ogromnych trudnościach da się zacząć od nowa. Moje teksty pomagały im odzyskać wiarę w siebie; słyszałam to na spotkaniach i w listach, które dostawałam.
Po latach doszłam do wniosku, iż choćby najtrudniejsze doświadczenie może stać się początkiem wzrostu, nadziei i miłości. Trzeba tylko uwierzyć, iż zmiany są możliwe, i być wdzięcznym za każdy kolejny dzień.
Mój los to nie pasmo nieszczęść, ale droga ku sile i mądrości, której nie oddałabym za żadne pieniądze. Dziękuję sobie za to, iż wytrzymałam, bo naprzeciw mnie są nowe przygody, możliwości i spotkania. Teraz wiem: żyć trzeba każdym dniem i mieć ufność, iż wszystko ma sens.





