Wieczorem podjechali do domu na skraju wsi, kiedy niebo już zaczynało nabierać szarego odcienia, ale jeszcze nie było zupełnie ciemne. Samochód zaskrzyniał, zgasł i zrobiło się niepokojąco ciche. Jedynie wiatr hulał po podwórzu, roznosząc suche liście i szeleszcząc w wysokiej trawie.
Ależ piękny, powiedział Szymon, wyciągając plecak z bagażnika. To prawdziwy kurort dla ludzi o mocnej psychice.
Dla ludzi po czterdziestce, którym nie stać na normalny ośrodek wypoczynkowy, dorzuciła Bronisława, przymrużając oczy na dom. Zobacz tylko.
Dom wydawał się przechylony, choć po bliższym przyjrzeniu się ściany stały prosto. Dach w niektórych miejscach był porośnięty mchem, poddaszowe okno było zaklinowane od wewnątrz, a w jednym z okien parteru brakowało szyby; kiedyś zasłoniął je plastikowy foliowy worek, który teraz pękał i trzaskał na wietrze.
To dopiero nostalgia, zauważył Dawid, zamykając drzwi samochodu. Pamiętasz, jak w szkole biegaliśmy tutaj? Dzień się bało podejść, a wieczorem wydawało się, iż ktoś stoi przy oknie.
To ty się bałaś, odparła Jadwiga, poprawiając szalik. Ja tu nie chodziłam. Mama przyganiała mnie do domu po zmroku.
Szymon uśmiechnął się. Miał czterdzieści dwa lata. Plecy bolały od jazdy, w uszach pulsował ból, a myślą prześlizgiwał się obraz, iż kiedyś szli tutaj pieszo od końca wsi, niosąc ze sobą pestki słonecznika i tanie napoje, i nikt nie skarżył się na kręgosłup.
No to co, pstryknął w dłonie, zwiedzamy teren. Kto jest naszym głównym jasnowcicielem?
Ty, odpowiedziała Bronisława. To ty wpadłeś na ten pomysł.
Rzeczywiście, to on. Gdy w ogólnym czacie pojawiła się rozmowa o weekendowym wypadzie, rzucił w żart zdjęcie starego domu z podpisem: Jedziemy na polowanie na duchy. Fotografię znalazł w grupie mieszkańców, gdzie ktoś wspominał, iż budynek stoi pusty od lat. Żart podobał się wszystkim, a potem okazał się jedyną realną opcją. Ośrodki wypoczynkowe były drogie, działki zajęte, a kuzyn Dawida, słysząc o bezwartościowej własności, powiedział, iż dom jest prawnie nie zajęty, opuszczony i nikt nie ma nic przeciwko, by przespali noc.
Zbliżyli się. Z drzwi dochodził zapach wilgoci i starego drewna. Nie było kluczy, zamek był wyłamany dawno temu. Szymon popchnął drzwi ramieniem, one niechętnie się otworzyły, a z wnętrza spadł kurz.
Boże, mruknęła cicho Jadwiga. Czujemy się, jakbyśmy wkraczali w czyjeś życie.
Wewnątrz panował chłód, a powietrze wypełniała stęchły zapach drewna, kurzu i starej zaprawy. Szymon wciągnął powietrze głęboko, poczuł, jak gardło ściska się ze zdziwienia. Podłoga uginała się pod stopami, ale trzymała. W holu na gwoździu wisiał podniszczony płaszcz, pod nim leżały zardzewiałe klucze i para niepasujących butów.
To już klimat, zauważył Dawid.
Przeszli do dużego pokoju. Ściany były odłuszczone, miejscami wystawały stare, kolorowe tapety. W rogu stał kanapa z wgniecionym materacem, przykryta szarym, zakurzonym prześcieradłem. Obok leżał stolik z pożółkłymi, pomieszanymi kartkami.
Bronisława podeszła do okna i dotknęła ramy. Drewno było szorstkie, farba odłuszczona.
jeżeli wszyscy tutaj zachorujemy, zabiję cię, powiedziała Szymonowi, jej głos drżał ironią.
Mam apteczkę, odparł on. No i nie śpiemy pod namiotem.
Stara chata wydawała się przytłaczać, ale Szymon czuł, iż to jedynie opuszczony dom, a nie żaden tajemniczy wróg. Mimo to, ponieważ stał na skraju ich dziecięcych wspomnień, wydawało się to bardziej osobiste.
Rozłożyli się. Dawid z Jadwigą wyciągnęli śpiwory i dmuchane materace, Bronisława wyciągnęła plastikowe naczynia, termos z zupą i kanapki z serem. Szymon sprawdził, czy w domu są gniazdka, i z ulgą odkrył jedno działające. Włączył przenośną lampkę, a żarówka przy suficie rozbłysła słabym, żółtym światłem.
O, cywilizacja, zachwyciła Jadwiga.
Jedząc przy stole, rozmowa niedługo zeszła na codzienne tematy: praca, dzieci, kredyty, wiadomości. Śmiech brzmiał nieco głośniej niż trzeba, jakby próbowali zagłuszyć szelest domu.
Kto tu mieszkał? zapytała Bronisława, gryząc kanapkę. Pamiętam, iż mówiono nam o jakimś maniaku.
Nie maniak, odpowiedział Dawid. Pewien facet mieszkał tu sam. Żona zmarła, syn zniknął, a potem on oszalał.
To twoja wymyślona historia, czy oficjalna wersja? dopytał Szymon.
Mój ojciec opowiadał, iż nie wchodźcie, właściciel jest zły i wszystkich pożre. Potem podobno go znaleźli zmarszczył brwi Dawid. Albo sam się zabił. Krótko mówiąc, kiepska opowieść.
Jadwiga spuściła wzrok. Niedawno straciła matkę, a pogrzeby były trudne. Rozmawiali o tym na prywatnym czacie, a ona trzymała się każdej drobnej rzeczy, by nie rozpaść się na kawałki.
Dobra, rzekł Szymon, otwieram nasz własny festiwal horroru. Po jedzeniu zwiedzanie domu. Znajdziemy strych, piwnicę, pokój z krwawymi napisami. Kto pierwszy krzyknie, ten myje naczynia.
Bronisława zadzwoniła noskiem.
Oczywiście, wymyśliłeś to, żeby się wymigać.
Po posiłku i nieco rozgrzaniu się wzięli latarki i ruszyli po domu. Szymon szedł pierwszy. Korytarz był ciemniejszy, żarówka nie dosięgała. Ściany z odpadkiem farby, krzywe lustro, w którym widzieli swoje cienie. Na podłodze leżał stary dywan, miejscami podarty.
To miejsce nadaje się na film, szepnęła Jadwiga.
Już kręcimy, odparł Dawid, podnosząc telefon.
Pokój po pokoju natrafiali na puste szafy, gołe ściany, porozrzucane stare gazety i połamane talerze. W jednej z izb na ścianie wisił wyblakły kalendarz z widokiem morza, datowany dwadzieścia lat wstecz.
Wyobraź sobie, iż co dzień patrzył w to morze i nie wyjechał nigdzie, powiedział Szymon. My też tak.
Bronisława przyjrzała się mu uważniej.
Jak my, dodała.
Szymon wzruszył ramionami. Kiedyś marzył wyjechać z wsi, potem z miasta, potem z kraju, ale ostatecznie został w powiecie, pracując w urzędzie, licząc cudze pieniądze. Czuł, iż jego życie jest jak ten kalendarz, którego nikt nie odwraca.
Strych znaleźli nie od razu. Drabina była schowana za drzwiami w wąskim korytarzu. Drewniane szczeble skrzypiały, ale trzymały. Na górze panował mrok, zapach kurzu i wilgoci.
Ostrożnie, ostrzegł Szymon, wchodząc. jeżeli coś spadnie, nie wina mnie.
Strych okazał się niski, ze skośnym dachem. Między belkami wieszały pajęczyny, a przy ścianach stały kartony, stare walizki i deski.
To cmentarz cudzych rzeczy, zauważył Dawid.
Bronisława podeszła do najbliższego kartonu i pochyliła się.
Są tu książki, powiedziała. I zeszyty.
Szymon oświetlił wnętrze latarką. W kartonie leżały podniszczone książki, szkolne zeszyty i gruba zeszyt w kratkę, przewiązana sznurkiem.
Skarb, rzekł. Znaleźliśmy skarb.
Wyciągnął zeszyt, sznurek łatwo się rozwiązał. Na okładce, długopisem, napisano: Dziennik. 1998. Pismo było nieporządne, lekko dziecinne, ale litery duże.
Teraz zacznie się, powiedziała Jadwiga.
Co się boisz, to tylko zeszyt, odparł Szymon, choć w środku coś mu się skurczyło.
Zeszli ze strychu do dużego pokoju, przy stole, gdzie żarówka rzucała żółtą poświatę, a poza nią panowała ciemność. Na zewnątrz już zapadła noc, wiatr wzmocnił się, a gdzieś trzaskała nieprzymocowana deska.
Szymon otworzył zeszyt. Na pierwszej stronie widniało imię: Sergiusz. Nazwisko było rozmazane od wilgoci.
Czytaj, zachęcił Dawid.
Szymon przełknął ślinę i przeczytał na głos:
10 marca. Dziś znowu kłócę się z ojcem. Mówi, iż jestem bezrobotny i nic nie osiągnę. Powiedziałem mu, iż wyjadę z domu, gdy skończę osiemnaście lat. On się roześmiał. Powiedział, iż nie będę miał dokąd pójść. Nie wiem, co robić. Czasem wydaje mi się, iż utknąłem na zawsze.
Pokój ucichła. choćby wiatr zdawał się na moment przestać.
Co za przeżycie, odparł Dawid. Prosto z lat 90.
Dalej, mruknęła Jadwiga.
Na kolejnej stronie pismo było zniekształcone, niektóre litery rozmazywały się, jakby autor pisał bez przerwy.
15 marca. Mama znów płakała w nocy. Słyszałem ją przez ścianę. Chciałem wejść, ale nie mogłem. Potem zapewniła, iż wszystko w porządku, a ja wiem, iż nie tak jest. Ojciec wrócił pijany, krzyczał, rzucał przedmiotami. Dziś rozbił kubek o ścianę. Okruchy wciąż leżą na podłodze.
Bronisława zadrżała. Szymon zauważył, iż zacisnęła dłonie wokół krawędzi stołu. Przypomniał sobie, iż jej ojciec też wracał pod wpływem alkoholu i krzyczał. Rzadko o tym mówiła, ale od czasu do czasu wpadły jej wspomnienia.
Może już wystarczy? zaproponowała. Nie przyjechaliśmy tu na terapię.
Poczekaj, wtrąciła się Jadwiga. Czytam jeszcze trochę.
Szymon wahał się między ciekawością a poczuciem winy, jakby czytając cudze listy. ale zeszyt leżał przed nim, a słowa przyciągały.
Kolejne wpisy opowiadały o szkole, przyjaciołach i marzeniach Sergiusza o wyjeździe do miasta, studiach i zawodzie programisty. Ojciec szydził, iż w ich rodzinie wszyscy pracują w fabryce, a on sam pójdzie tam. Matka milczała, a nocą płakała. Sergiusz pisał o młodszym bracie, który ciągle chorował i leżał w szpitalu, a ojciec uważał to za karę.
To wygląda jak nasze historie, przerwał Dawid. Nie dosłownie, ale…
Szymon skinął głową. Każdy z nich nosił w sercu podobne wspomnienia: rodzice, którzy przenosili własne urazy, dzieci, które marzyły o ucieczce, a potem zostawały.
Wiatr przy oknie wzmocnił się. W korytarzu drzwi głośno się zamknęły. Jadwiga wydała się zaniepokojona, a potem nerwowo się roześmiała.
To dom mówi, żartował Dawid. Nie podoba mu się, iż czytamy jego tajemnice.
Bardzo zabawne, mruknęła Bronisława.
W kolejnej stronę pojawił się większy pismo, jakby autor się pospieszył.
24 kwietnia. Dziś lekarze powiedzieli, iż bratu nie będzie lepiej. Mama weszła do łazienki i nie wychodziła dwadzieścia minut.Mimo iż nie możemy zmienić przeszłości, możemy wybrać, jak będziemy żyć dalej.





