Dobry Omen dobiegł końca. Po czekaniu na drugi sezon latami, krótko czekaliśmy na ten finałowy – tylko co z tego, skoro dostaliśmy mniej niż jedną trzecią zaplanowaną historii?
Trzeci, a zarazem finałowy sezon serialu Dobry Omen to dokładnie jeden odcinek, liczący niecałe dwie godziny czasu ekranowego. Bohaterów zastajemy z dala od siebie: Azirafel przeprowadza w Niebie misję ponownego zesłania Chrystusa, Crowley z kolei spędza czas na upijaniu się i spaniu w zaułkach na Ziemi. Na ostatnią akcję łączy ich fakt, iż Jezus znika z Nieba w tym samym czasie, co Księga Życia i garść aniołów. Anioł i były demon mają więc szansę na uporządkowanie swojej relacji.
Jako iż odpowiedzialny za serial Neil Gaiman miał ostatnio sporo problemów, trzeci sezon uległ znacznemu skróceniu i przepisaniu, kiedy oryginalny twórca został odsunięty od projektu. Zamiast pełnoprawnego sezonu mamy tutaj odpowiednich może półtora odcinka. Co tu dużo mówić? Widać, jak wiele wycięto z tego serialu i jak bardzo musiano skompresować cały pomysł na sezon, aby cokolwiek z tego wyszło. Biorąc pod uwagę możliwości zachowania tej produkcji, poradzili sobie tak, jak mogli. Niestety nie da się ukryć, iż nie jest to zasłużony finał.
Relacja Azirafela i Crowley’a przeszła ogromny kryzys i chociaż nie znika od zupełnie, ostatecznie traci na znaczeniu. Aniołowi brakuje refleksji nad swoimi wyborami, a w konsekwencji cierpi na tym także wątek wydarzeń w Niebie. Crowley wypada w tym sezonie nieco lepiej, ale jedynie dlatego, iż David Tennant pięknie pokazuje stratę i żal. Razem z Michaelem Sheenem nie mają tak wiele przestrzeni, aby pokazać chemię i dynamikę, którą znamy z poprzednich sezonów.
Fot. Kadr z serialuOgraniczony czas ekranowy tnie także wątek powrotu Jezusa na Ziemię, co jest zwyczajnie smutne. Lubię obserwować, jak kultura wykorzystuje biblijne motywy i blisko śledzę zaangażowane w tą zabawę seriale (mam magisterkę na dowód obeznania w temacie). Czekałam, aż Dobry Omen przedstawi Chrystusa – tym bardziej, iż tej postaci unika się jak ognia. Ale nie dzieje się z nim nic. Gubi się, szuka sensu, zaczyna nauczać – ale przypomina to trochę tanie wróżenie z kart, a sam wątek dramatycznie przypomina Gabriela z drugiego sezonu. Był to tak dobry, pełen potencjału i odwagi pomysł, który padł ofiarą skróconego metrażu.
Następny akapit zawiera spoilery.
Nie wszystko można jednak złożyć na karb czasu ekranowego. Punktem kulminacyjnym sezonu, jak i całego serialu, jest zdefiniowanie relacji Azirafela i Crowley’a. Dobry Omen kończy się słodko-gorzko (osobiście skłaniam się ku goryczy). Duet wybiera wszechświat wolnej woli, bez Nieba, Piekła i teologicznych rozpraw. W konsekwencji oni sami nie są już aniołem i demonem, ale zwykłymi ludźmi, którzy się odnajdują „w każdym życiu”. To mało satysfakcjonujące zakończenie, ponieważ relacja dotyczy adekwatnie kogoś zupełnie innego. Pada tutaj kilka wzruszających deklaracji, ale ostatecznie wszystko to jest płaskie, smutne i wymuszone tym nieszczęsnym krótkim metrażem. Jak wiadomo, dzieło a produkcja to rzeczy ściśle powiązane, a fani powinni się cieszyć, iż serial został jakkolwiek zakończony. Mimo wszystko zakończenie stanowi pewien fabularny wytrych – jak pokazać tę relację, a jednocześnie zburzyć cały porządek?
Nie wiem, czy można było zrobić to lepiej. Dobry Omen nigdy nie był serialem, który przyciągał rzesze fanów i przebijał szklany sufit. Miał jednak swoje grono fanów, którzy musieli się nasycić niewielką ilością treści. Dobiegł końca w jeszcze bardziej okrojonej wersji i zwyczajnie nie miał jak rozwinąć skrzydeł.
Fot. główna: Kadr z serialu.















