Na ekranie widzimy różowy font w dziewczyńskim stylu i różową torebkę z napisem „Elle”, prowadzącą nas do naszej bohaterki przez wielki, różowy dom. Elle z czasów licealnych co prawda nie ma twarzy Reese Witherspoon, ale nie mogłaby być bardziej Legalną Blondynką (brawa za casting). I chyba właśnie dlatego odpaliłam pierwszy odcinek „Elle” – szukałam komfortu w nostalgii.
Ostatni czas to prawdziwy wysyp produkcji grających na naszej tęsknocie za latami dziewięćdziesiątymi i wczesnymi dwutysięcznymi. Sequele, prequele, remake’i, rebooty – do wyboru, do koloru. Odświeżony „Scooby-doo”, nowy „Shrek”, kontynuacja „Seksu w Wielkim Mieście”, „Hannah Montanna: 20 lat później”. Generalnie: żyjemy nostalgią, by… nie żyć teraźniejszością?
Nostalgia paliwem marketingu
Kiedy widzę w kinie kolejny maraton „Władcy Pierścieni” albo odsłuchuję podcastu z omówieniem „Kochanych kłopotów”, zastanawiam się, dlaczego adekwatnie po raz kolejny wracamy do starych produkcji, zamiast skupić się na czymś świeżym? Czemu wolimy piąty raz obejrzeć „Zmierzch”, a nie dać szansę czemuś nowemu?
Częściowo na pewno odpowiadają za to streamingi i firmy producenckie, które nie od dziś wiedzą, iż nostalgia sprzedaje. Jest jeden szkopuł: dany tytuł musi nieco zarosnąć pajęczyną, by w ogóle nam ten sentyment zdążył się wytworzyć. Dlatego od kilku lat fala produkcji nawiązujących do kultowych hitów z dzieciństwa i dorastania Millenialsów jest tak mocno zauważalna. Im więcej czasu mija, tym bardziej idealizujemy w głowie dane czasy – a tym samym i oglądane wtedy filmy czy seriale.
A Ty którą bohaterką z „Seksu w Wielkim Mieście” jesteś?

Być może jesteśmy zagubieni w dorosłości i lawirujemy między trudnymi do pogodzenia rolami społecznymi, szukając swojej tożsamości, ale potrafimy łatwo określić się jako ultrafana którejś z ikonicznych produkcji i zbudować wokół tego chociaż jakiś element wizerunku. To spełnia też naszą potrzebę przynależności do grupy – która w obliczu częstej pracy zdalnej czy alienacji odczuwalnej w dużych miastach bywa niezaspokojona.
Zaskakująco łatwo poczuć nam więź, gdy okazuje się, iż na pub quizie wszyscy kochają „The Office”, a my dumnie wypełniamy popkulturą swoją osobowość. Łatwo wykorzystują to producenci – i choćby jak mało które odświeżenie kultowego tytułu zyskuje aprobatę fanów, to i tak po nie sięgamy. Z nostalgii.
Ciepły kocyk, pod którym chowamy się przed światem

Ale też ze strachu. Niekoniecznie tylko przed tym, iż coś nas ominie, a takiego głębszego, pierwotnego. Żyjemy w czasach kryzysu. I tak adekwatnie było od zawsze, ale dopiero w XXI wieku jesteśmy tak dobrze poinformowani o jego skali. Gdy tylko rano otworzymy aplikację Instagrama, to do pierwszej kawy dostajemy kolejny konflikt zbrojny, rozszalałego przywódcę, bombardowania cywilów. W obliczu tej nieustannej niepewności i negatywnych wiadomości, coraz bardziej szukamy w kulturze poczucia bezpieczeństwa.
Zapewnia nam ono to, co już znamy – bohaterowie, pomieszczenia, piosenka z czołówki. A gdy rozczarujemy się już kolejną nieudaną kontynuacją dawnego hitu, chętniej sięgamy po pierwowzór (co też jest przecież na korzyść streamingów, które mają prawa do danego tytułu). Bo być może świat wokół się zmienia, ale w odcinku ulubionego serialu od 20 lat wszystko pozostaje na swoim miejscu, dając nam chociaż chwilowe ukojenie. A do tego – to, co znamy, może być raczej codziennym towarzyszem, niż pochłaniać całą naszą uwagę. Dobrze znane seriale oglądamy więc często w tle, do sprzątania, a choćby do pracy.
Dbaniem o komfort psychiczny czy eskapizm?

Nie wydaje się to niczym zaskakującym, iż wolimy przespacerować się po Nowym Jorku z Carrie i Bigiem, niż oglądać dokumentalną bądź fabularną relację z bombardowań, pandemii czy toksycznej manosfery. To też właśnie z tego powodu filmy i seriale przyjemne najłatwiej odświeżyć i namówić ich fanów do rewatchu bądź dania szansy sequelowi. Komedie romantyczne, pogodne bajki czy perypetie zżytej grupy przyjaciół dają nam poczucie komfortu, bo pozwalają na chwilową ucieczkę. Nie tylko od wielkich tematów, ale i bardziej przyziemnych oczekiwań.
Gdy okazuje się, iż nie każda dorosłość to zarabianie 20 tysięcy na rękę, 3 własne mieszkania i wakacje w Tadżykistanie, mentalny powrót do czasów dzieciństwa i nastoletniości zapewnia nam upragnione poczucie beztroski. I właśnie dlatego diabeł znowu ubiera się u Prady, Harry Potter wraca do Hogwartu, Shrek na swoje bagno, a my tak chętnie sięgamy wtedy po pilota.
















