Są albumy, które definiują swoją epokę. Są też takie, które z czasem zaczynają istnieć poza nią. „Endtroducing…” należy do tej drugiej kategorii.
Kiedy ukazał się w 1996 roku, nie przypominał niczego, co pojawiło się wcześniej. Był zbudowany wyłącznie z sampli, ale nie imponował jedynie techniką. Zamiast traktować sampling jako efektowną sztuczkę produkcyjną, Josh Davis uczynił z niego język opowiadania historii. Powstała płyta pełna beatów, piękna i chaosu — jednocześnie zakorzeniona w historii muzyki i całkowicie od niej oderwana.
Do dziś trudno znaleźć album, który w równie naturalny sposób łączyłby hip-hop, funk, jazz, ambient, psychodelię i muzykę filmową. Shadow nie cytuje cudzych nagrań dla samej przyjemności rozpoznawania sampli. Wszystkie zapożyczone dźwięki zostają wchłonięte przez nową całość. Słuchając jej nie myślimy o ich źródłach. Myślimy o emocjach, które w nas wywołują.
Paradoks polega na tym, iż album brzmi monumentalnie, choć powstawał przy użyciu sprzętu, który z dzisiejszej perspektywy wydaje się niemal prymitywny. Shadow dysponował samplerem Akai MPC60, pozwalającym przechowywać zaledwie kilkanaście sekund materiału dźwiękowego. Beaty budował fragment po fragmencie, a kolejne elementy przenosił do studia, gdzie składano je przy użyciu wielośladowego systemu opartego na kasetach VHS. Kiedy do utworu „Stem” potrzebował próbki z filmu „Heat„, po prostu wypożyczył kasetę z wypożyczalni i zsamplował odpowiedni fragment.
To był świat sprzed internetu, baz sampli i cyfrowych bibliotek. Każdy dźwięk trzeba było odnaleźć samemu, dlatego „Endtroducing…” jest nie tylko albumem o samplingu, ale także o poszukiwaniu… Josh Davis spędził lata w zakurzonych sklepach z używanymi płytami, przekopując się przez tysiące zapomnianych winyli. W filmie „Scratch” nazwał takie miejsca swoją „małą nirwaną”.
„Przeglądasz te wszystkie płyty i masz wrażenie, jakbyś patrzył na wielką stertę niespełnionych marzeń.”
To zdanie doskonale tłumaczy jego sposób myślenia. Dla większości ludzi były to niepotrzebne, zapomniane nagrania. Dla Shadowa — dźwięki czekające na drugie życie. Właśnie dlatego „Endtroducing…” zmieniło sposób myślenia o samplingu. Hip-hop od dawna korzystał z cudzych nagrań. Paul’s Boutique Beastie Boys pozostaje jednym z największych osiągnięć tej sztuki. Shadow poszedł jednak o krok dalej. Sample przestały być cytatami. Stały się materiałem konstrukcyjnym całego albumu. Nie słyszymy Björk, Metalliki czy Marleny Shaw. Słyszymy po prostu „Endtroducing…„. Najbardziej niezwykłe jest jednak to, iż album zbudowany z cudzych fragmentów brzmi niezwykle osobiście. Mimo melancholijnej atmosfery nie jest pesymistyczny. Sam Shadow powiedział kiedyś:
„Gdybym miał wskazać jedno słowo, które najlepiej opisuje „Endtroducing…”, byłaby to nadzieja.„
Może właśnie dlatego ta płyta nie potrafi się zestarzeć i pomimo upływu 30 lat wciąż brzmi świeżo. Wracam do niej regularnie i za każdym razem odkrywam w jej brzmieniach coś nowego.















