Kolejna propozycja dla tych słuchaczy, którym nowy album Kreator nie do końca przypadł do gustu. Deathraiser to brazylijski zespół działający od 2009 roku, mający na swoim koncie dwa wydawnictwa. Na najnowszy album zatytułowany „Forged in Hatred” fani musieli czekać aż 15 lat. Ten długi okres zaowocował jednak materiałem znacznie bardziej dopracowanym i przemyślanym niż wcześniejsze dokonania grupy.
Zespół konsekwentnie stawia na klasyczny thrash metal rodem z lat 80. i 90. — wyraźnie słychać tu wpływy takich formacji jak Kreator, Warbringer czy Suicidal Angels. W tym przypadku cierpliwość się opłaciła, bo nowy album prezentuje bardzo solidny poziom i udowadnia, iż Deathraiser nie zapomniał, jak grać bezkompromisowy thrash.
Skład zespołu pozostał niezmieniony, podobnie jak obrana stylistyka. Skoro coś działa, nie ma sensu tego na siłę zmieniać. „Forged in Hatred” kipi energią i oferuje potężne riffy oraz klasyczne gitarowe motywy. Ogromną siłą zespołu jest duet gitarowy tworzony przez Thiago i Ramona. Muzycy sięgają po sprawdzone, oldschoolowe rozwiązania charakterystyczne dla starej szkoły thrash metalu. Nie próbują odkrywać gatunku na nowo — bazują na oklepanych schematach, ale robią to na tyle skutecznie, iż słuchanie sprawia autentyczną frajdę. Jest agresja, drapieżność i odpowiednia dynamika. Taki thrash metal zawsze będzie w cenie.
Thiago pełni również rolę wokalisty, a jego sposób śpiewania wyraźnie przywodzi na myśl Millego Petrozzę z pierwszych płyt Kreator. To kolejny atut Deathraiser, który dodatkowo wzmacnia oldschoolowy klimat albumu.
Materiał jest krótki, treściwy i mało wymagający — 35 minut czystego, bezkompromisowego thrash metalu w najlepszym wydaniu. Na otwarcie dostajemy „Severe Atrocity” — agresywny, klasyczny numer z bardzo dobrą pracą gitar, który od razu pokazuje, iż zespół doskonale wie, jak grać thrash metal. Następnie pojawia się rozpędzony „Primitive Medicine”, słusznie wybrany na singiel promujący album. To thrash metal w najczystszej postaci — Deathraiser nie bierze tu jeńców.
Ciekawie wypada nieco bardziej toporny i mroczny „Everything Dies”, w którym da się wyczuć wyraźniejsze wpływy heavy metalu. To znakomite urozmaicenie materiału, które potrafi na długo zapaść w pamięć. Z kolei w agresywnym „Corporation Parasite” można bez trudu wyłapać inspiracje Kreatorem i Exodusem. To esencja wszystkiego, co najlepsze w thrash metalu — prawdziwa petarda. W podobnym klimacie utrzymane są „Empire of Ignorance” oraz „Toxic Legacy”.
Nie brakuje również bardziej melodyjnych akcentów, co potwierdza instrumentalny „Symphony of Violence”. Końcówka płyty nie zaskakuje stylistycznie, ale trzyma wysoki poziom. Drapieżny „One Step to the Grave” ponownie odsyła nas do niemieckiej sceny thrashmetalowej, natomiast rytmiczny i bardzo bujający „Dead Generation” stanowi idealne podsumowanie całości.
Warto zwrócić szczególną uwagę na solówki i to, co wyprawiają gitarzyści — to naprawdę kawał bardzo dobrej roboty. Panowie zdecydowanie odrobili lekcję.
Po 15 latach przerwy brazylijski Deathraiser wraca z albumem, który zabiera słuchacza w sentymentalną podróż do lat 80. i 90., gdy na szczycie byli Sodom czy Kreator. Zespół garściami czerpie z dorobku starszych kolegów po fachu, oddając im jednocześnie należny hołd. Dobra zabawa gwarantowana — każdy fan thrash metalu powinien po ten album sięgnąć.
Ocena: 8/10












