Prezent od losu
Dzisiaj znowu późno odwiedziłem mamę. Już się nie dziwi wie, jak to u mnie bywa po rozwodzie. Od tego czasu mieszkam sam, a mój syn Michałek został z matką.
Michałek na ciebie czekał, obiecałeś iść z nim na łyżwy. Niedawno zasnął, nie wybudzaj go. Ja ci podgrzeję obiad, zjesz i połóż się spać powiedziała mama, a ja jak zawsze czułem to znajome ciepło.
Zjadłem, a potem zajrzałem do pokoju Michałka. Położyłem się obok, choć sen jakoś nie przychodził. Przez chwilę wspominałem moją pierwszą żonę, Jagodę. Po niej były jeszcze dwie, ale to nie było to samo.
Jagody nigdy nie wyrzuciłem z pamięci. Dorastaliśmy razem, najpierw w przedszkolu, potem jako sąsiedzi. Przez całą podstawówkę, a potem w liceum ciągle razem. Naturalne było to, iż pobraliśmy się zaraz po studiach. Nasi rodzice byli szczęśliwi, widząc naszą bliskość. Wszyscy mówili, iż jesteśmy piękną parą takie polskie dzieci sąsiadów.
Żyliśmy nieźle mieliśmy mieszkanie po babci Jagody, brakowało nam tylko jednego: dziecka. Próbowaliśmy wszystkiego, byliśmy zdrowi a jednak nasze marzenie się nie spełniało.
Jagoda proponowała sanatorium nad Bałtykiem, leczenie, próbę odmiany losu, ale nie chciałem się zgodzić.
Jeszcze mi tylko dziecka od kogoś obcego przywieziesz rzuciłem żartem, choć widziałem, jak zabolało ją to zdanie.
Nie ufasz mi, Mikołaj? zapytała ze łzami w oczach.
Rodzice sugerowali adopcję z domu dziecka, ale ja choćby nie słuchałem.
Chcę mieć swoje dziecko, rozumiesz? Swoje.
Na dziesiątą rocznicę ślubu nasi bliscy usiedli przy stole, czekając na mnie. A ja się nie pojawiłem. Goście się rozeszli, niemal nie jedząc.
Z tamtej nocy nie wróciłem do domu. Jagoda płakała, była całkiem samotna. Wiedziała już, iż mój stosunek się zmienił, sama też się oddalała. Nad ranem wróciłem i powiedziałem coś, co jej świat przewróciło:
Byłem u innej. Ma już dwoje dzieci, a obiecała mi urodzić jeszcze jedno i oddać na wychowanie.
Mikołaj, jak mogłeś mi to zrobić? choćby nie zapytałeś mnie o zdanie To zdrada. Nie wybaczę ci, wyjdź. Ale zanim to zrobisz, pomóż mi przeprowadzić adopcję.
Żebyś dała dziecku moje nazwisko, a potem ściągała ode mnie alimenty? odpowiedziałem beznamietnie.
Jagoda długo cierpiała. Dobrze, iż wsparli ją przyjaciele, rodzina, znajomi z pracy. Tak bardzo chciała adoptować dziecko, ale samotnej kobiecie w Polsce jest to niezwykle trudno.
Zamknęła za mną mieszkanie już na zawsze. Dziesięć lat życia lata nadziei, tabletek, szpitale, zabiegi. Lata coraz gęstszej ciszy, która raziła jeszcze mocniej, gdy odszedłem. Powiedziałem jej tylko:
Wybacz, Jagodo. Jestem zmęczony.
Po pół roku usłyszała od wspólnych znajomych, iż urodził mi się syn. Nie zawalił się jej świat po prostu stał się bezbarwny, jak wypłowiałe zdjęcie.
Przez rok żyła mechanicznie: praca, dom, bezsenność. Pewnego dnia, gdy schowała się przed deszczem do kawiarni, zobaczyła Marcina dawnego przyjaciela, wesołka i duszę towarzystwa. Teraz był zmęczonym, zgaszonym mężczyzną.
Cześć, Marcinie podeszła do niego, bo nie dostrzegał nikogo wokół.
Podniósł wzrok, rozpoznał Jagodę i tylko smutno się uśmiechnął.
Jagoda?! Co za spotkanie Co u ciebie?
Zaczęli rozmawiać wszystko przelało się przez ich usta.
Z Rozalką już po wszystkim. Wiesz, zawsze liczyła się kasa, a mnie spalono warsztat, zostały tylko długi. Wyrzuciła mnie, bo nie przynoszę już pieniędzy. Rodziców nie mam od dawna, zostałem bez nikogo.
Chodź do mnie zaproponowała, nie wiedząc skąd wzięła się jej odwaga.
Nie było w niej litości tylko decyzja, by pomóc. Nie myślała o ratowaniu czy romantycznej historii. Po prostu w jej pustym mieszkaniu pojawił się człowiek, który był w jeszcze gorszym położeniu.
To nie kłopot? A Mikołaj?
Nie wiesz, rozstaliśmy się dawno. Nie mogłam mu dać dziecka. Wyszedł do tej, która mogła.
Marcin nie krył zaskoczenia.
Przepraszam, Jagodo, nie miałem pojęcia. Wiesz, tak nas poprzestawiał los.
Już się do tego zdążyłam przyzwyczaić.
Marcin zamieszkał na jej kanapie. Pierwsze dni egzystował jak cień, przepraszając za każdy kęs chleba. Z czasem wracał do życia: naprawił kran, poskładał regał, zrobił obiad. Okazał się troskliwy, spokojny. Wraz z nim cisza przestała być męcząca stała się kojąca.
Każdego wieczoru rozmawiali Jagoda załatwiła mu choćby pracę w swoim biurze. Przestali być tylko domownikami. Z czasem zostali dla siebie bliżsi, wzięli ślub.
Pewnego dnia spotkali dawną żonę Marcina, Rozalię. Omal nie zapałała jadem:
Ha, bierz, korzystaj, ile wlezie, mnie już nie potrzebny może tobie zrobi dziecko rzuciła złośliwie, jakby Marcina obok nie było.
Daj Boże odparła Jagoda spokojnie. Dzięki za miłe słowa.
Przy Marcinie znowu poczuła się szczęśliwa: ktoś o nią dbał, była potrzebna. Po latach znowu śmiała się szczerze, a poranki smakowały kawą i wspólnymi planami.
Kiedyś w końcu odbyli poważną rozmowę. Marcin dostrzegał jej cierpienie.
Jagoda, co myślisz o adopcji?
Nie mogła uwierzyć w te słowa patrzyła na niego z niedowierzaniem.
Tak, Jagódko. Dobrze słyszałaś. Nie możesz mówić? żartował.
Po chwili odzyskała głos.
To byłoby dla mnie ogromnym szczęściem, o tym marzę od dawna Marcin, choćby nie wiem, jak ci dziękować. Bałam się z tobą rozmawiać, myślałam, iż nie zaakceptujesz tego. Dziękuję, iż sam poczułeś
Ucieszył się, iż ją zaskoczył.
To co, zaczynamy działać. Jutro się wszystkim zainteresujemy. To nasza wspólna sprawa.
Jesteś niesamowity roześmiała się Jagoda. Wtedy naprawdę pomyślała, iż życie z Marcinem to cud.
Zebrali dokumenty, czekali na decyzję. Jeździli do domów dziecka, rozmawiali. W pewnym momencie Jagoda zorientowała się, iż od miesiąca żyje w rytmie, który zmienił jej życie. Nikomu nic nie powiedziała, poszła do apteki, zrobiła test. Dwie kreski. Dwie mocne, jakby z ironią mówiły: To twoja droga. Twoje, a nie cudze.
Jeszcze nie wierząc w szczęście, pobiegła do Marcina.
Marcin, nie uwierzysz podała mu test. Będziemy mieli dziecko.
Jagodo, naprawdę? Na pewno? Jutro idziemy do lekarza!
Lekarz potwierdził ciążę, Jagodę zapisano na badania.
Zaczął się najpiękniejszy czas ich życia. Marcin nosił ją na rękach dosłownie i w przenośni. Nic nie pozwalał jej podnosić, rozpieszczał pysznymi rzeczami, kupował, co tylko chciała.
W wyznaczonym terminie przyszła na świat Alicja, jasnooka, zdrowa dziewczynka. Marcin nie krył łez, gdy odbierał je ze szpitala:
W końcu wracamy do domu. Zaczyna się nasze prawdziwe, szczęśliwe życie. Nasz największy skarb nasza córeczka.
Ich dom dostał nowe życie. Krzyki, śmiech, zapach pudru, przytulne nieprzespane noce dzielili wszystko razem. Szczęście nie było idealne, ale solidne, jak polski dąb.
Pewnego letniego dnia, podczas spaceru z wózkiem w parku, prawie zderzyli się z Mikołajem. Był sam, postarzały, z matowym wzrokiem. Trzymał w dłoni butelkę piwa. Przez chwilę milczeli.
Cześć odezwał się w końcu Mikołaj.
Jego wzrok przesunął się po rozpromienionej Jagodzie, potem Marcinie i wózku.
Słyszałem, iż u was wszystko dobrze
Tak Jagoda odpowiedziała spokojnie. Jesteśmy bardzo szczęśliwi. A ty?
Machnął ręką, patrząc gdzieś w bok.
A tam Ożeniłem się jeszcze dwa razy. Nie wyszło. Syn mieszka z matką, odwiedzam go czasem. Sam jestem. Nie mam szczęścia, ot co.
W jego głosie nie było już złości, tylko smutna rezygnacja. Spojrzał na Marcina jakby przypominając sobie dawne czasy, westchnął i krótko skinął głową.
Nie zatrzymuję was. Trzymajcie się.
Odszedł, zgarbiony, samotny wśród zieleni, pełnej śmiechu parku.
Marcin objął Jagodę za ramiona.
Chodź, moje szczęście, mała zaraz się obudzi, pora do domu.
Jagoda złapała za rączkę wózka; wspólnie poszli tam, gdzie czekał prawdziwy dom nie idealny, ale zbudowany z codzienności, z odbudowy, po kawałku, na nowo. I w tym domu była ich prawdziwa siła i szczęście.
Dziękuję, iż przeczytałeś ten wpis. jeżeli masz ochotę, napisz mi coś miłego takich słów nigdy za wiele. Szczęścia i spokoju dla wszystkich!












