Czy Prus przewraca się w grobie?

gazetafenestra.pl 3 dni temu

Słynna „Lalka” Bolesława Prusa wciąż jest żywa. Jedna z najważniejszych polskich powieści doczekała się kolejnej ekranizacji. Stanisław znów się zakochał, ale czy współczesny widz zdoła pokochać Wokulskiego? Czy film w reżyserii Macieja Kawalskiego godnie oddaje ducha literackiej klasyki?

O „Lalce” nie sposób zapomnieć. W Polsce kilka jest utworów zakorzenionych w społecznej świadomości równie głęboko, co wydana pod koniec XIX wieku powieść Aleksandra Głowackiego. Napisana pod pseudonimem, przetrwała zmieniające się obyczaje oraz polityczne zawirowania. Dziś nie ma już rosyjskiego zaboru, elit o szlacheckich tytułach, a choćby znanej autorowi Warszawy. Jednakże nasze społeczeństwo przez cały czas wraca do świata bogatego kupca, zubożałej arystokratki i starego subiekta. Każdy licealista omawia tę powieść na lekcjach języka polskiego, a wielu dorosłych chętnie wraca do niej po latach. Chociaż od pierwszego wydania minął ponad wiek, ta historia nieszczęśliwej miłości i społecznych podziałów nie przestaje inspirować kolejnych twórców. Tym razem z „Lalką” zmierzył się Maciej Kawalski. Wynik tego starcia trudno jednak jednoznacznie ocenić.

Ile jest „Lalki” w „Lalce”?

Jednym z największych wyzwań, przed jakimi stanął reżyser, było sprostanie sprzecznym oczekiwaniom. To problem, z którym mierzy się każdy, kto decyduje się przenieść książkę z papieru na ekran. Miłośnicy literackiego pierwowzoru oczekują wierności, podczas gdy inna część widowni liczy na świeże spojrzenie i twórczą reinterpretację. Maciej Kawalski zdecydował się pójść trzecią drogą, szukając kompromisu pomiędzy tymi skrajnościami. Jego „Lalki” nie można nazwać całkowicie wierną ekranizacją, ale nie jest to też swobodna adaptacja w stylu tej od Netfliksa. Reżyser wybrał bezpieczny kierunek, który powinien zadowolić większość odbiorców.

Powieść rozpoczyna się rozmową kupców na temat Wokulskiego, podczas gdy film bezpośrednio pokazuje, jak bohater walczy o życie, próbując dorobić się na wojnie. To dobrze działa jako uzasadnienie jego późniejszego zwycięstwa w pojedynku z baronem. Ponadto zmiana ta pomaga w przedstawianiu filmowej narracji, która rządzi się nieco innymi prawami niż literatura. Zwłaszcza ta klasyczna. Emocjonujące otwarcie łatwiej przyciąga uwagę widza, co jest niezwykle ważne w czasach, gdy tak wiele rzeczy walczy o nasze zainteresowanie. Nie mam zresztą wątpliwości, iż „Lalka” w reżyserii Macieja Kawalskiego prędzej czy później trafi na jedną z wielu platform VOD. Szczególnie tam pierwsze kilka minut jest najważniejsze dla sukcesu produkcji. Spokojny początek mógłby zniechęcić wielu widzów, którzy dzięki kilku kliknięć mogą przełączyć się na inną produkcję.

Niestety nie wszystkie odejścia od oryginału oceniam pozytywnie. Film trwa prawie trzy godziny, a mimo to zabrakło w nim miejsca dla tak ważnego wątku jak proces o lalkę. To o tyle istotne, iż to właśnie ten epizod stał się jednym z najczęściej przywoływanych tropów dotyczących znaczenia tytułu powieści. Co gorsza, jego pominięcie wiąże się też z nieobecnością Heleny Stawskiej. Jest to bohaterka, której losy stanowią istotne uzupełnienie opowieści, rozwijając wątki społecznych nierówności oraz wartości pozytywistycznych. W dodatku Stawska w przeciwieństwie do Izabeli jest znacznie bliżej codzienności Wokulskiego. Jej wątek mógłby wybrzmieć jako wyraźny kontrast dla arystokratki, w której zakochał się główny bohater.

Warto jednak zauważyć, iż pomimo pewnych zmian i pominiętych wątków „Lalka” od Kawalskiego pozostaje dość bliska tej oryginalnej. Film przechodzi przez najważniejsze wydarzenia w sposób bezpieczny. Pokazany zostaje wyścig konny, pojedynek Wokulskiego z baronem Krzeszowskim, zakup kamienicy, wyjazd do Paryża… Długo można wymieniać. Z pewnością seans tej wersji byłby dobrym przypomnieniem przed maturą, ale zdecydowanie nie wystarczyłby jako jedyne przygotowanie do egzaminu. Nie mógłbym z czystym sumieniem winić za to reżysera. Powieść jest zwyczajnie zbyt obszerna i pełna niuansów, by można było przenieść ją w całości na ekran w ramach jednego filmu. Fabuła musi więc pędzić przed siebie.

Z drugiej jednak strony niektóre próby zbliżenia się do oryginału również nie wypadają najlepiej. Momentami czułem się jak na lekcji języka polskiego. Już na samym początku Wokulski został wprost określony jako człowiek łączący w sobie cechy pozytywisty oraz romantyka. Pomimo tej bezpośredniości, przywodzącej na myśl szkolne omawianie „Lalki”, ta pierwsza część tożsamości bohatera słabo wybrzmiewa. Wartości charakterystyczne dla tej epoki, jak dobroczynność, zainteresowanie nauką czy asymilacja Żydów, są oczywiście obecne, jednak znikają w cieniu wątku zakochania Wokulskiego w Łęckiej. Romantyzm niemal w całości przejmuje czas ekranowy.

Podobna sytuacja występuje mniej więcej w połowie filmu, gdy równie bezpośrednio przedstawiona jest przeszłość bohatera. Wokulski zostaje nazwany byłym powstańcem zesłanym na Syberię. Szkoda tylko, iż później wątek ten nie zostaje w pełni wykorzystany do pogłębienia postaci Stanisława. W powieści jego doświadczenia z zesłania mają odzwierciedlenie choćby w jego wyglądzie. Dłonie bohatera są duże i zaczerwienione od odmrożenia, co wzbudza w Izabeli Łęckiej odrazę. Ten szczegół, choć pozornie nieistotny, dobrze uzupełnia relację pomiędzy postaciami. Znów więc wracam do tego, iż „Lalka” jest zbyt złożona na jeden film.

Piękno na ekranie

Niewątpliwie najmocniejszym aspektem tego filmu jest jego strona wizualna. Wysoki budżet wyraźnie widać, szczególnie w przedstawieniu Warszawy XIX wieku. Nie zabrakło starannie odtworzonych miejsc, takich jak sklep Wokulskiego czy dom państwa Łęckich. Nie ograniczono się jedynie do wnętrz: pojawiają się również ulice, place oraz Łazienki Królewskie. Filmowa Warszawa dobrze oddaje ducha tej znanej z powieści. Świat przedstawiony żyje, a w tle nieustannie pojawiają się statyści. choćby oni, podobnie jak pierwszoplanowi bohaterowie, otrzymali starannie przygotowane kostiumy i charakteryzację.

Na szczególną uwagę zasługuje również warstwa techniczna. Praca kamery często jest dynamiczna, twórcy chętnie sięgają po efekty rozmycia, a także eksperymentują ze światłem. Dobrze prezentuje się też wynalazek profesora Geista czy lot balonem nad Paryżem.

Aktorsko film również stoi na wysokim poziomie. To kwestia mocno subiektywna, ale już sam wybór aktorów dobrze pasuje mi do postaci z książki. Marek Dorociński jako Stanisław Wokulski udźwignął swoją rolę, co zdecydowanie nie było łatwe. Czuć w nim tego doświadczonego życiem kupca, który najlepiej jak potrafi próbuje odnaleźć się w obcym dla siebie środowisku arystokracji. Kamila Urzędowska, wcielająca się w Izabelę Łęcką, jest piękna, ale jednocześnie nieco sztywna. Tego drugiego nie postrzegam jednak jako wady, ponieważ pasuje to do jej książkowego pierwowzoru. Natomiast Marek Kondrat odgrywający rolę Ignacego Rzeckiego nie mógłby być lepszy. Miło zobaczyć, iż tak świetny aktor, znany chociażby z „Dnia świra”, wrócił do zawodu po latach przerwy.

Dobrze, ale…

Ostatecznie „Lalka” w reżyserii Macieja Kawalskiego jest produkcją dobrą, ale nie wybitną. Ma swoje zalety i interesujące rozwiązania, ale jednocześnie cierpi na kilka problemów. Godnie oddaje hołd książkowemu oryginałowi, choć zdecydowanie lepiej taka wierność zadziałałaby w serialu, który miałby więcej czasu w rozwinięcie wszystkich wątków. Może kiedyś doczekamy się wersji reżyserskiej?

W takim razie czy Bolesław Prus przewraca się w grobie? Otóż nie, a przynajmniej nie z powodu tej konkretnej adaptacji. Jest ona wystarczająco dobra zarówno dla miłośnika książki, jak i przeciętnego widza. Zobaczyć warto, ale z pewnością nie jest to najważniejsza premiera tego roku.

Jakub SARNOWSKI

Idź do oryginalnego materiału