Czy dobre teksty piosenek to już tylko wspomnienie lat 90., czy raczej zmienił się sposób, w jaki dziś opowiadamy o sobie i świecie? W rozmowie o pisaniu z miejsca głębszego niż emocjonalny monolog, pracy z wnętrzem i cenie autentyczności Patrycja Kosiarkiewicz opowiada o ewolucji słowa w muzyce, duchowości twórczego procesu i drodze, która – niezależnie od czasów – zawsze prowadzi do prawdy.
Agnieszka Grün-Kierzkowska: Spotykam się często z opinią, i sama się do niej przychylam, iż kiedyś pisano dobre teksty, a w tej chwili trudno znaleźć tekst, który by przykuł uwagę, który można zanucić, zacytować, który na długo zostaje w pamięci i coś wnosi…Jak się do tego odniesiesz?
Patrycja Kosiarkiewicz: Teksty, o których mówisz, miały jedną cechę wspólną: ciążyły ku uniwersalnym tematom. Były o czymś większym niż chwilowy nastrój. Dziś pisze się inaczej, ale nie powiedziałabym, iż dawny sposób odszedł do lamusa. To trochę jak z literaturą: wciąż są autorzy, którzy prowadzą czytelnika za rękę i dopowiadają sensy. Większość jednak zostawia dużo pustej przestrzeni – impresję, urwany kadr, poszatkowaną anatomię traumy – czyli mniej opowiada historię, a bardziej pokazuje ci stan, żebyś sama go przeżyła.
Mainstream przejął podobną estetykę. Tekściarstwo stało się takim raportem z wnętrza głowy. Jest to bardziej wiwisekcja stanu, emocjonalny monolog, czasem wręcz egzaltacja chwilą. Kiedyś to „ja” było początkiem historii, dziś bywa jej końcem. Do tego same melodie zmieniły konstrukcję – krótsze frazy, inne napięcia, inny rytm, kalkowanie piosenek referencyjnych po angielsku – tekst musi w tym osiąść.
Zwróć również uwagę, iż „wspólnych hymnów” jest mniej, bo mniej jest wspólnych przestrzeni. Żyjemy w kulturze rozproszenia, nie tak jak dawniej, kiedy wiele pokoleń śpiewało jedną piosenkę. Muzyka funkcjonuje dziś w bańkach. A bańki mają własny język, własne kody i własny sposób opowiadania świata. Hip-hop ma swoją kulturę słowa, indie rock swoją, elektronika swoją – i często jedno z drugim w ogóle się nie linkuje. Co w jednej bańce jest cytatem życia, w innej brzmi jak niezrozumiały dialekt.
Jesteś edukatorką w pisaniu tekstów piosenek. Zgodzisz się ze stwierdzeniem, iż można się tego nauczyć a nie, iż „z tym trzeba się urodzić”?
Nie wiem czy tak bym to ujęła. Wszystko zaczyna się od naturalnej predyspozycji – wrażliwości na język, rytm, emocje, skojarzenia. Od tego trzeba wyjść i na tym budować. Potem wchodzi warsztat, czyli rzemiosło: konstrukcja, puenta, obrazowanie, praca z melodią.
Ale pozostało trzeci element, o którym rzadko się mówi: praca do środka. To tam odbywa się prawdziwy skok jakościowy. Oczywiście można pisać i bez tego, ale z tym tworzymy rzeczy zupełnie innego kalibru. Tu ważna uwaga: oczywiście, nie każdy mistrz tekstu jest „duchowy” w tym sensie, iż o tym mówi albo w ogóle to czuje. Czasem ktoś po prostu ma talent, tzw. iskrę bożą, ma ucho, nerw – i do tego zrobił tysiąc dupogodzin pisząc. I to działa. Ale to są wyjątki. Poza tym, ilu tych mistrzów? W pracy z większością twórców widzę jedno: gdy człowiek zaczyna odkrywać swoje połączenie z tym, co głębsze – nazwijmy to duchem, Polem, źródłem – jakość tekstów wyraźnie rośnie. Nie dlatego, iż jest to jedyna droga, ale dlatego, iż dla większości to brakujący element układanki.
Piszesz teksty na zamówienie dla innych pod muzykę czy muzyka powstaje później?
Zawsze pod muzykę.
Pamiętam lata 90-te i twój przebój „Jak ja wierzę”, wydawnictwo „Bajeczki” widniało na każdej półce sklepu płytowego, okładkę płyty przez cały czas mam pod powiekami. Jak wspominasz tamte czasy, emocje towarzyszące młodej dziewczynie, której piosenek słuchała cała Polska, dziewczynie, która weszła na szczyt ówczesnego show-biznesu?
Jak przez mgłę. Tak samo jak przeszłość. Zostawiam ją za sobą. Serio, nie mam wspomnień i zawsze jak mam o tym opowiadać, muszę się gimnastykować i coś wymyślać. Żałuję, iż nie praktykowałam wówczas pisania pamiętnika, tak jak dziś. Mogłabym wiele się o sobie dowiedzieć… Albo lepiej nie, bo jak cofam się do zapisków sprzed np. 8 lat, to widzę, iż już wtedy miałam podobne wglądy, jak dziś i zastanawiam się czemu wciąż odkrywam tę Amerykę na nowo. Czy nie mogłabym w końcu mieć tego z głowy? (śmiech)
Gdybyś spotkała siebie sprzed trzydziestu paru lat, miałabyś jakieś rady dla tamtej Patrycji?
Ech, wiesz, jak jest. I tak bym ich nie wzięła pod uwagę. Uważam, iż człowiek jest gotowy wtedy, kiedy jest. Nic szybciej nie będzie, jak mawia kierowca Tira jadący lewym pasem i wkurwiający ludzi ciągnących się za nim.
Inspirujesz innych. Podczas zagłębiania sztuki pisania tekstów – doświadczają wnikliwego poznawania własnego wnętrza – to cytat jednej z wielu opinii. Opowiesz o tym?
Doświadczają. Sama doświadczam, więc choćby im wierzę. Kiedy pisałam ten program, wchodziłam na dziewiczy teren, bo nie ma tego typu materiałów w Polsce, więc nie było od kogo zrzynać. Trochę jest szkół songwritingu na świecie, ale pisanie po angielsku to zupełnie inna bajka. Poza tym, mi naprawdę zależało, żeby to było o duszy bardziej niż o składaniu słów. A tym, to już w ogóle mało kto się zajmuje w kontekście twórczym. Musiałam wszystko sama powymyślać, stworzyć strukturę, ćwiczenia. Przerobić je po kolei – żeby sprawdzić, czy to działa. Okazało się, iż tak. Przekonałam się o tym po jakimś czasie, podczas pisania – szło mi lepiej, lżej warsztatowo, żadnego krążenia jak satelita wokół własnych emocji. Lądujesz i piszesz, inspiracja przychodzi w trakcie. Natomiast, rzeczywiście, ludzie mówią, iż „Pisz lepiej” pomaga im popatrzeć do środka. Bo tak jak ci powiedziałam wcześniej – wierzę w proces, w pisanie z Pola – a do tego potrzeba kontaktu, pogłębienia, nauczenia się metafizyki, translacji języka duszy.
W czym tkwi sedno prawdziwej autentyczności, której również można poszukiwać w twoim towarzystwie?
Ogromny temat. Żeby być autentycznym, trzeba najpierw autentycznie się poznać. A to oznacza podróż w głąb siebie i zderzenie z tym, co spotka się po drodze. Spoiler alert – nic fajnego. Jung powiedział, iż ten proces jest tak mało popularny, bo jest mało przyjemny. Dlatego zawsze mówię o dwóch zmiennych. Odwadze i gotowości. Odwaga oznacza: zejść pod powierzchnię i nie uciec. Gotowość to consumatum est. Ten moment, w którym coś się domyka. Szklanka, która w końcu się przelewa. Dopóki się nie przeleje – czekasz. Nie da się tego przyspieszyć. I to jest akurat ta zła wiadomość. Dobra jest taka, iż w trakcie tego wszystkiego, można próbować opisać świat i dotrzeć w ten sposób do jakiejś warstwy autentyczności. Ja lubię takie ćwiczenie, które roboczo nazywam „a jeszcze bardziej?”. Pytasz siebie np. czemu tak ci trudno z tym i owym. Masz odpowiedź, np. bo nie umiem puścić. Wtedy pytasz, czemu nie umiesz puścić, masz odpowiedź np. bo boję się, iż stracę. Wtedy pytasz, czemu boisz się, iż stracisz. Masz odpowiedź, np. bo zostanę bez niczego – i tak dalej, po nitce do kłębka. Idziemy do miejsca pierwszej przyczyny – do tego, co schowane najgłębiej. I trzeba odważnie stanąć do tego, co się tam zobaczy.
Jesteś z pokolenia wychowanego na rocku. Lata osiemdziesiąte to boom muzyki rockowej w Polsce, następnie w dziewięćdziesiątych rock znów się odrodził w postaci grunge. Okres buntu i niezgody, poszukiwań, jak wspominasz tamten czas i swoje w nim uczestnictwo?
Jestem dość radykalna. Duchowość jest radykalna. Droga ducha taka jest. Tak patrzę na muzykę. Rock to pojęcie szerokie. Rock to tygiel: od sponiewierania się alkoholem, narkotykami, bezmyślnego hałasu, testosteronowej fanfaronady, po muzykę, która jest jak rytuał – wgląd w psyche, kosmologię i to, co w człowieku najciemniejsze i najjaśniejsze. Wybieram to drugie.
Rock’n’roll przez cały czas jest w Tobie?
No ba!
– Czy Zielona Góra, skąd pochodzisz, była ważna w twoim rozwoju artystycznym? Wszak to miasto ma w sobie jakiś artystyczny genius loci, iż wspomnę tylko Raz, Dwa Trzy, Piotra Bukartyka czy całą plejadę kabaretów?
Miałam w nim swój pierwszy zespół. Do dziś sentyment, wiadomo.
Czego słucha Patrycja Kosiarkiewicz?
Najczęściej grają mi: Villagers of Ioannina City, Eivør, Chris Stapleton, Wardruna, Thrice.
Piszesz dla innych, ale piszesz też dla siebie, nagrywasz płyty. W maju ubiegłego roku wyszedł krążek „Wyjaśni się”. Jakie są najbliższe twoje plany, czego możemy oczekiwać w 2026 roku?
Piszę książkę, sagę. Jestem gdzieś w połowie I tomu. Bardzo mnie wciągnęło. Tak bardzo, iż jak ostatnio zadzwoniła telewizja z propozycją występu w śniadaniówce z nowym singlem, to sobie przypomniałam, iż miałam napisać do niego tekst i go nagrać (śmiech). Przebywam w odległych światach i wcale mi się nie chce stamtąd wracać. Ale tak, w końcu się za to wezmę. Co też daje fajny workflow, takie bhp – jak się znużę jednym, mogę zawsze wziąć się za drugie. Bo ja kocham być na stand by’u weny. To mój sens.
Będę też kibicować utalentowanemu Stasiowi Kukulskiemu, który startuje do Eurowizji. Napisałam mu już dwa teksty. Pierwszy zdobył nagrodę publiczności na Festiwalu w Opolu w ubiegłym roku. Drugi powalczy o Wiedeń – w tym. Zobaczymy. Świetny chłopak, lśniący talent.
Posłużę się frazą z twej piosenki: „Są rzeczy takie co zawsze/Na zawsze będą…” co dla Ciebie na zawsze będzie…?
Droga. Dusza. Pisanie. Spokój.



