Mam na imię Jerzy. Siedemdziesiąt dwa lata, Kraków, mieszkanie na trzecim piętrze w kamienicy przy ulicy Długiej. Z okna w kuchni widać dach bazyliki, a jak się wychylić w lewo — kawałek Plant. Moja żona, Halina, ma sześćdziesiąt dziewięć lat. Jesteśmy małżeństwem od czterdziestu trzech lat. I przez czterdzieści dwa z nich wydawało mi się, iż wiem o niej wszystko.
Ostatni rok wywrócił to do góry nogami.
Zawsze mieliśmy inne rytmy. Ja należę do tych, co potrafią siedzieć do pierwszej w nocy przed telewizorem. Halina przez całe życie wstawała o szóstej, choćby w sobotę. Ale wieczory spędzaliśmy razem. Kolacja o siódmej, potem herbata, jakieś głupie programy, wiadomości. Ona robiła na drutach, ja czytałem gazetę. Tak wyglądał nasz spokój.
A potem coś się przesunęło.
Najpierw zaczęła znikać o wpół do jedenastej. „Idę się położyć, coś mnie głowa boli.” Potem o dziesiątej. Potem — o wpół do dziesiątej, ledwo zdążyła dopić herbatę. Myślałem: zmęczenie. Wiek. Ciśnienie. Może te tabletki nowe, które jej przepisała doktor Wolska z przychodni na Batorego. Nie drążyłem.
Któregoś wieczoru wszedłem do sypialni po ładowarkę do telefonu. Było ciemno, tylko mała lampka przy jej stronie łóżka. Halina nie spała. Leżała z książką, okulary zsunięte na czubek nosa. „Myślałem, iż już śpisz.” — powiedziałem.
„Nie.”
Zabrałem ładowarkę i wróciłem do salonu. Mecz akurat trwał, Legia grała z Rakowem, więc nie zastanawiałem się dłużej.
Ale to się powtórzyło. Któregoś dnia wszedłem po coś innego — znów nie spała. Czytała. Potem trzeci raz. Czwarty. Zacząłem liczyć te wieczory na palcach, jakby to miało coś wyjaśnić. Nie chodziła spać wcześniej, bo była senna. Wychodziła z pokoju. Uciekała.
Zapytałem wprost przy niedzielnym obiedzie. Rosół już wystygł, Halina odłożyła łyżkę i zamknęła książkę, którą trzymała obok talerza — od jakiegoś czasu choćby przy jedzeniu czytała.
„Słuchaj” — powiedziała. — „Mam dość oglądania co wieczór tego, co ty chcesz oglądać.”
Zamarłem. „Przecież mamy dwa telewizory. Możesz iść do sypialni i włączyć sobie cokolwiek.”
„Właśnie o to chodzi. Że ja bym poszła do jednego pokoju, ty do drugiego. I tak wyglądałby cały wieczór.”
Nie zrozumiałem. Naprawdę nie zrozumiałem. Przecież nigdy nie było między nami awantur. Nie było cichych dni, nie było trzaskania drzwiami. Było — jak mi się zdawało — dobrze.
Halina mówiła dalej. Że od kiedy przeszedłem na emeryturę, nasze życie skurczyło się do kilku rytuałów. Zakupy w Biedronce we wtorki. Obiad. Telewizor. Spacer w niedzielę, jeżeli nie pada. Że ona siadała obok mnie na kanapie, chociaż piłka nożna ją nudzi, talk-showy irytują, a dokumenty o drugiej wojnie oglądała już chyba wszystkie. Że z czasem przestała proponować cokolwiek innego, bo zawsze słyszała to samo: „Może jutro”, „Daj obejrzeć do końca”, „A co chcesz, przecież jest dobrze”.
„Od ponad roku nie porozmawialiśmy dłużej niż dwadzieścia minut” — powiedziała. — „I to nie o zakupach, nie o tym, do którego lekarza iść. Naprawdę porozmawialiśmy.”
Chciałem zaprzeczyć. Otworzyłem usta i… nic. Nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio rozmawialiśmy o czymś, co nie dotyczyło terminu wizyty, rachunku za prąd albo tego, iż wnuczka znów nie zadzwoniła.
Siedziałem i milczałem jak głupi.
„Nie jestem tobą zmęczona” — dodała. — „Jestem zmęczona tym, jak wygląda nasze życie.”
To nie było to samo, choć brzmiało podobnie. Z jednej strony poczułem ulgę. Z drugiej — złość. Jak to tak? Czterdzieści trzy lata, żadnych zdrad, żadnych długów, dzieci wychowane, mieszkanie wykupione. I nagle okazuje się, iż to wszystko za mało?
Przez kilka dni chodziłem naburmuszony. Halina zresztą też nie wyglądała na zadowoloną. Pewnego wieczoru, gdy znów siedziałem sam przed telewizorem, usłyszałem ją w kuchni. Nie poszła do sypialni. Nalała wody do czajnika, wyjęła kubek, potem drugi.
Wszedłem do kuchni. „Zrobić ci herbaty?” — zapytała, nie odwracając się.
„Zrób.”
I wtedy pierwszy raz od dawna usiedliśmy przy kuchennym stole we dwoje, bez telewizora w tle. Rozmawialiśmy o niczym. O sąsiadce spod czwórki, której pies znów nasikał na wycieraczkę. O tym, iż na rogu otworzyli nową piekarnię i chleb kosztuje dziewięć złotych. O wnuczce, która zdała egzamin na prawo jazdy i teraz boi się parkować.
Trwało to może pół godziny. Ale gdy wstałem od stołu, powietrze w mieszkaniu wydawało się jakby lżejsze.
Od tamtego wieczoru wprowadziliśmy małą zmianę. Dwa razy w tygodniu, we wtorki i czwartki, po kolacji wyłączamy telewizor. Czasem rozmawiamy. Czasem gramy w remika — Halina wygrała chyba ze czterdzieści partii z rzędu, ale to szczegół. Czasem po prostu siedzimy na balkonie i patrzymy na dach bazyliki, póki nie zrobi się chłodno.
Czasem też robimy rzeczy osobno. Ja przez cały czas oglądam mecze — w końcu Legia nie poczeka. Halina zapisała się do klubu czytelniczego przy bibliotece na Rajskiej. Wraca stamtąd ożywiona, opowiada o książkach, o kobietach, które tam poznała.
Zaczęliśmy za sobą tęsknić. Trochę. Po czterdziestu trzech latach. Dziwne uczucie, którego się nie spodziewałem.
W zeszły czwartek Halina powiedziała, iż idzie się położyć o dziewiątej. Odłożyłem gazetę. Serce mi przyspieszyło. „Coś się stało?”
Roześmiała się. „Nie. Dzisiaj naprawdę jestem zmęczona. Cały dzień sprzątałam szafki w kuchni.”
„Aha.”
Wzięła z półki książkę — nową, z biblioteki na Rajskiej, okładka była jeszcze sztywna, nieprzełamana. „Nie siedź za długo.”
„Dobrze.”
Poszła do sypialni. Zostałem sam w salonie. Telewizor był wyłączony. Przez chwilę patrzyłem na ciemny ekran, w którym odbijała się stojąca na parapecie fotografia naszych rodziców — już dawno nieżyjących. Potem wstałem, nalałem sobie szklankę wody z kranu i wyszedłem na balkon.
Wieczór był chłodny. Pachniało deszczem, chociaż nie padało. Na Długiej było pusto, tylko tramwaj przejechał z szumem. Dopiłem wodę, postawiłem pustą szklankę na balustradzie i wróciłem do środka.
Na stoliku leżał pilot od telewizora. Odłożyłem go do szuflady, wsunąłem ją do końca, aż kliknęła. Poszedłem do sypialni.
Halina już spała. Naprawdę spała — książka leżała otwarta na kołdrze, okulary wciąż na nosie. Delikatnie zdjąłem jej okulary i położyłem na nocnym stoliku, obok szklanki z wodą, którą zawsze tam stawiała. Książkę zamknąłem palcem na tej samej stronie i odłożyłem na moją stronę łóżka. Sam bym ją jutro przejrzał — z ciekawości, o czym tym razem będzie.
Zgasiłem lampkę.
Leżałem w ciemności i słuchałem jej oddechu. Równy, spokojny. Za oknem znów przejechał tramwaj, tym razem dalej, w stronę Kleparza. Wyciągnąłem rękę i odnalazłem jej dłoń pod kołdrą. Nie obudziła się. Zostałem tak, aż sen zabrał i mnie.







