W ostatnim czasie na czeskim rynku pojawił się tom zbierający historie
stworzone przez Černego - Kačeři Dana Černého, 116-stronicowy tomik z wyborem historyjek z ostatnich lat. Gdyby ktoś był
nim zainteresowany, to da się go też łatwo
kupić z terenu Polski.
KAI: Jakie były twoje pierwsze kontakty z komiksami ze świata Kaczora Donalda i Myszki Miki?
Dan Černý: Tego już nie pamiętam. Być może pierwsze disnejowskie komiksy,
jakie do mnie trafiły, pochodziły ze… starych gum do żucia. Były to takie
krótkie paski komiksowe drukowane na woskowanym papierze. W dzieciństwie
postrzegałem Kaczora Donalda i Myszkę Miki przede wszystkim jako bohaterów
filmowych i ikony animacji, a nie jako postacie z komiksowych
historii.
Dorastałem w latach osiemdziesiątych w komunistycznej
Czechosłowacji i w tamtych czasach komiksy oraz amerykańskie kreskówki
znajdowały się na czarnej liście. Na szczęście nie wszystko dało się
całkowicie zatrzymać, więc miałem szansę zakochać się w świecie Disneya dzięki
pirackim kopiom animowanych krótkometrażówek na kasetach VHS, które od czasu
do czasu oglądałem u wujka.
Potem w 1989 roku przyszła aksamitna
rewolucja, a rok później zaczęto wydawać magazyn „Mickey Mouse” i to było coś
niesamowitego! Rodzice nie chcieli mi go kupować, bo był bardzo drogi, ale ja
strasznie go pragnąłem. Jeden z kolegów z klasy miał pierwszy numer, więc
wziąłem kilka swoich zabawek i zrobiliśmy wymianę.
W domu
oczywiście wybuchła awantura, bo te zabawki miały znacznie większą wartość niż
jeden magazyn, ale z mojej perspektywy był to świetny interes! Potem całymi
dniami siedziałem nad tym czasopismem i przeczytałem je chyba z tysiąc
razy.
KAI: Kiedy zdecydowałeś, iż zostaniesz autorem komiksów?
DC: Myślę, iż urodziłem się jako twórca komiksów. Dorastałem na komiksach i je
kochałem. Oczywiście animacje były lepsze, ale wtedy w telewizji pokazywano
ich niewiele, a magnetowidu prawie nikt nie miał, więc komiksy były świetną
alternatywą.
Nie było ich wtedy zbyt wiele, ale w przeciwieństwie
do filmów mogłem wejść do ich przygodowego świata w każdej chwili. Wystarczyło
tylko otworzyć książkę albo czasopismo.
A ponieważ każde dziecko lubi
rysować rzeczy, które kocha, ja rysowałem komiksy i próbowałem opowiadać
własne małe historie. Rysowałem w przedszkolu, w szkole podstawowej, w liceum,
na studiach i rysuję do dziś. W zasadzie po prostu narysowałem sobie drogę
przez całe życie.
KAI: Jakie czeskie komiksy i inne dzieła kultury są dla ciebie największą inspiracją?
DC: Kiedy miałem pięć lat, uczyłem się czytać na serii „Sek i Zula” autorstwa
scenarzysty Miloslava Švandrlíka i rysownika Jiříego Wintera Neprakty. To
komiks o rodzinie jaskiniowców, który z prehistorii wybrał wszystko, co
najlepsze, więc mamy tam mamuty obok dinozaurów i innych wymarłych stworów, z
którymi dwójka rodzeństwa, Sek i Zula, normalnie rozmawia, czasem choćby się
przyjaźni, a przy okazji z niecierpliwością czeka, aż ktoś kiedyś wynajdzie to
czy tamto. Tacy czescy „Flintstonowie”.
A potem oczywiście „Čtyřlístek” i
komiksy Karela Saudka. Te dwa popularne tytuły wpłynęły na wszystkich
rysowników mojego pokolenia. Pamiętam też świetną groteskę „Čolák a Doláč”
autorstwa Jana Tatarki z początku lat dziewięćdziesiątych. To byli z kolei
tacy czescy Mortadelo i Filemon. „Čolák i Doláč” bardzo mnie ukształtowali,
szczególnie jeżeli chodzi o poczucie humoru.
KAI: Lubisz jakieś polskie komiksy albo inne dzieła kultury?
DC: No jasne! Od dzieciństwa uwielbiam „Thorgala” Jeana Van Hamme’a
i Grzegorza Rosińskiego! To było dla mnie absolutne objawienie: fantastyczne
historie połączone z genialnym rysunkiem. Czego więcej można chcieć?
A
potem oczywiście animacje. „Bolek i Lolek” albo „Pampalini łowca zwierząt” to
absolutna klasyka! Pampaliniego uwielbia teraz również moja córka, więc próba
czasu wypadła dla niego wyjątkowo dobrze.
KAI: Którzy czescy autorzy mogliby według ciebie tworzyć komiksy Disneya?
DC: Myślę, iż prawie wszyscy. Disney to ogromny wszechświat, w którym może
odnaleźć się setki różnych stylów graficznych. Wystarczy spojrzeć na
francuskie albumy, takie jak „Horrifikland”, „Miki i zaginiony ocean” albo
„Kawa Zombo”, stworzone przez artystów o tak wyrazistym i indywidualnym stylu
jak Lewis Trondheim, Silvio Camboni czy Régis Loisel. To nie są żadni
rzemieślnicy od rysowania, tacy jak ja. To artyści, którzy rysują po swojemu,
a mimo to Disney powierzył im swoje najsłynniejsze postacie.
Poza tym
Disney to nie tylko Myszka Miki i Kaczor Donald. Licencji jest mnóstwo: od
„Gwiezdnych wojen”, przez „Obcego kontra Predatora”, „Indianę Jonesa”, aż po
„Simpsonów”. Wszystkim tym światom towarzyszą oczywiście także serie
komiksowe, które potrzebują całych rzesz utalentowanych rysowników. Dlatego
uważam, iż każdy dobry artysta znajdzie u Disneya swoje miejsce.
Dzisiaj
coraz mniej patrzy się też na jednolity, „firmowy” styl rysunku. Żyjemy w
czasach, kiedy czytelnicy, a więc również wydawcy, doceniają oryginalne
podejście graficzne. Dzięki temu możemy znaleźć bardzo różniące się style
poszczególnych rysowników w głównonurtowych seriach komiksowych, takich jak
„Simpsonowie”, „SpongeBob”, a także we włoskich seriach „Topolino” i
„Paperino”.
Problem polega na tym, iż czescy twórcy nie chcą albo boją
się wychodzić za granicę. Nie wiem dlaczego, ale z jakiegoś powodu wolą
rysować dla czeskiego rynku, który jest malutki i słabo płatny. Uważam, iż to
szkoda, ponieważ mamy wielu bardzo utalentowanych autorów.
KAI: Którzy scenarzyści i rysownicy disnejowskich komiksów należą do twoich ulubionych?
DC: Carl Barks! Bez dwóch zdań! I prawdopodobnie będzie to nazwisko, które
usłyszysz od zdecydowanej większości rysowników komiksów ze świata Kaczogrodu.
To on stworzył ten wszechświat i wszyscy wywodzą się z jego stylu rysunkowego.
Oczywiście każdy zaczerpnął z niego coś innego: jakiś konkretny element
graficzny, na którym później zbudował własny styl, rozwijając go i oddalając
się od Barksa. Jednak korzenie stylów wszystkich słynnych rysowników kaczych
komiksów mają swoje źródło właśnie w jego twórczości.
Kiedy patrzysz na
style graficzne Marco Roty, Dona Rosy, Daniela Branki, Williama Van Horna,
Ulricha Schrödera albo Daana Jippesa, od razu widzisz, na czym u Barksa się
skupili i co później rozwinęli. Wyjątkiem jest Daan Jippes, ponieważ to
prawdziwy artystyczny kameleon i potrafi naśladować niemal każdy styl. Swoją
drogą wszyscy wymienieni twórcy są świetni i bardzo ich lubię.
KAI: Jak udało ci się zostać oficjalnym disnejowskim rysownikiem?
DC: Od zawsze chciałem rysować komiksy z Kaczorem Donaldem, ale zanim się do
tego zabrałem, minęło naprawdę sporo czasu. W 2019 roku pomyślałem, iż nie ma
już sensu dłużej czekać, więc narysowałem według własnego scenariusza
sześciostronicową historię. Potem odkryłem, iż adekwatnie nie wiem, gdzie ją
wysłać.
Europejskie wydawnictwa produkujące nowe historie są
ogromnymi, niemal niezdobytymi twierdzami, a wysłanie bezpośredniego maila do
adekwatnej osoby graniczy z cudem. Spróbowałem więc przez już działających
rysowników. Znalazłem kontakt do duńskiego artysty Flemminga Andersena i on
odpowiedział! I nie tylko to! Przesłał mi adresy mailowe trzech redaktorów
naczelnych z różnych krajów.
Odpisał mi tylko Frans Hasselaar, redaktor
artystyczny holenderskiego tygodnika „Donald Duck”. Moje rysunki w ogóle mu
się nie spodobały. Dyplomatycznie wyjaśnił mi, iż oni rysują bardziej w duchu
Carla Barksa, podczas gdy ja inspirowałem się głównie projektami dla
animatorów. Poza tym anatomia kaczek była wtedy naprawdę daleka od ideału. Ale
miał dla mnie propozycję: żebym spróbował przerysować jedną połowę strony z
mojej historii w stylu Barksa, a potem zobaczymy, co dalej.
Zrobiłem
dokładnie tak, jak powiedział, i Frans był całkiem zadowolony z rezultatu.
Przesłał mi pierwszy jednostronicowy scenariusz i właśnie wtedy rozpoczęła się
moja długa droga nauki poprawnego rysowania kaczek, a jednocześnie spełniania
mojego dawnego marzenia.
KAI: Każdy rysownik podchodzi do postaci z Kaczogrodu trochę inaczej. Zwłaszcza włoscy autorzy mają swój charakterystyczny styl. Czy redaktorzy dawali ci wskazówki dotyczące rysowania poszczególnych postaci?
DC: Każdy kraj podchodzi do tego trochę inaczej. Holendrzy i Skandynawowie
lubią klasyczny styl Carla Barksa. Włochy przez lata stworzyły własny styl:
bardziej szalony, ekspresyjny i zaokrąglony. Wynika to przede wszystkim z
tego, iż Włosi zajmują u Disneya szczególne miejsce, ponieważ były pierwszym
europejskim krajem, który zaczął wydawać komiksy z disnejowskimi postaciami.
Prawdopodobnie dlatego zawsze byli bardziej wyrozumiali wobec własnego
stylu.
Dzisiaj sytuacja wygląda już zupełnie inaczej niż kiedyś. Na
przykład we Francji ukazują się albumy znanych rysowników, u których ścisłe
przestrzeganie kaczych i mysich kształtów ustępuje miejsca ich bardzo
charakterystycznemu stylowi, o czym już wspominałem. W Holandii natomiast
wymagane jest bardzo dokładne zachowanie stylu Carla Barksa, więc przez kilka
lat musiałem uczyć się, jak poprawnie rysować kaczki, aby wyglądały tak, jak
wszyscy je znają i kochają.
Bardzo mi to odpowiadało, ponieważ dzięki
temu moje umiejętności posunęły się o kolejny krok do przodu. Posiadanie
własnego stylu jest świetną rzeczą, ale istnieje ryzyko, iż artysta utknie w
swoich przyzwyczajeniach. Tylko dzięki uczeniu się nowych rzeczy człowiek nie
stoi w miejscu. Więc tak, dostawałem instrukcje dotyczące tego, jak prawidłowo
rysować poszczególne postacie. A adekwatnie redaktorzy wskazywali raczej, co
robię źle i jak powinienem to poprawić.
KAI: Jak wygląda u ciebie proces tworzenia komiksu? Jakich narzędzi używasz?
DC: Otrzymuję narysowany scenariusz, tak zwany scenorys, i na jego podstawie
najpierw rysuję poszczególne strony ołówkiem. Następnie wysyłam je redakcji do
akceptacji. o ile pojawiają się uwagi, poprawiam to, co trzeba, a potem
wykonuję kontury czarnym pisakiem.
Teraz pracuję nad jednym dłuższym
komiksem i tam pojawia się jeszcze jeden etap: tak zwane roughs, czyli
szybkie, robocze szkice poszczególnych kadrów, dzięki którym redakcja może
wcześniej zobaczyć, czy wybrane przeze mnie kąty, kompozycje i kadrowanie będą
działały.
Rysuję na zwykłym papierze zwykłym ołówkiem, a kontury wykonuję
pisakiem Pentel Fudemoji Brush Pen. Gotowe strony skanuję w wysokiej
rozdzielczości, a następnie obrabiam je komputerowo do czerni i bieli
(redakcja nie chce ani wektorów, ani odcieni szarości) i wysyłam. Format
oryginalnej strony to A3, ale wielu moich kolegów rysuje choćby na większych
formatach.
KAI: Co jest najtrudniejsze w rysowaniu komiksów z kaczkami?
DC: Dzisiaj chyba już nic, ale wcześniej przez wiele lat zmagałem się z
projektowaniem kaczek. Chodzi mi o projektowanie, a nie anatomię, ponieważ
kaczki z różnych perspektyw nie mają sensu pod względem anatomicznym, ale mają
sens pod względem artystycznym. Trudno to opisać.
Najlepszym przykładem
są chyba uszy Myszki Miki. Niezależnie od tego, jak obróci głowę, czy patrzymy
na niego z przodu, czy z profilu, jego uszy zawsze mają ten sam kształt: dwa
nieprzecinające się czarne koła obok siebie. Anatomicznie to kompletny absurd,
ale wizualnie to absolutne mistrzostwo!
Podobnie jest z innymi
disnejowskimi postaciami, w tym z kaczkami, tylko nie jest to tak widoczne jak
w przypadku uszu Myszki Miki. Musiałem więc stopniowo nauczyć się rysować
kaczki z różnych perspektyw tak, aby zachować nie logikę anatomiczną, ale
logikę artystyczną. Ale prawdziwym piekłem i czymś, z czym do dziś czasami
trochę walczę, są buty Kaczki Daisy, szczególnie podczas chodzenia.
KAI: Oprócz disnejowskich postaci rysujesz również własne autorskie komiksy. Przy nich masz prawdopodobnie większą swobodę twórczą niż przy pracy na licencji. Jakie są według ciebie największe różnice między rysowaniem własnych komiksów a komiksów Disneya?
DC: Przy własnych komiksach mogę bardziej sobie odpuścić. Oczywiście,
swoboda twórcza! Tylko czy to naprawdę jest wolność, czy może raczej powolne
gnicie w wyuczonych schematach i rutynie? Zanim zacząłem rysować kaczki, przez
wiele lat tworzyłem własne komiksy dla czeskich czasopism. Wszystko było w
moim własnym stylu, swobody twórczej miałem aż nadto.
Potem zacząłem
rysować dla Disneya i miałem wrażenie, jakbym znowu siedział w pierwszej
klasie szkoły i uczył się od początku rzeczy, o których wcześniej myślałem, że
już dawno je umiem. Nauczyłem się zupełnie inaczej patrzeć na kształty,
proporcje i myślenie wizualne. Ta wcześniejsza „swoboda twórcza” była tylko
utknięciem w miejscu, a dzięki kaczkom jestem teraz znacznie lepszym
rysownikiem. Każdy nowy komiks z kaczkami jest po prostu kolejnym wyzwaniem.
KAI: Która postać z komiksów o Kaczogrodzie jest twoją ulubioną?
DC: Wujek Sknerus! Zdecydowanie! To postać, która jest odpowiednio niejednoznaczna, ma ciekawą przeszłość i dzięki temu świetnie się z nią pracuje. Możesz go nienawidzić jako skąpego, zrzędliwego starca, a jednocześnie podziwiać jako młodego, odważnego poszukiwacza złota, który przeżył mnóstwo przygód. To perfekcyjnie skonstruowana i dopracowana postać.
KAI: Wiemy, iż rysujesz głównie komiksy z kaczkami i jak dotąd narysowałeś tylko jeden komiks z Myszką Miki, dodatkowo był to pojedynczy pasek. Jaki masz stosunek do tej postaci?
DC: Jako małe dziecko uwielbiałem Miego, ponieważ podobał mi się jego wygląd
zaprojektowany przez geniusza Uba Iwerksa. Później jednak zakochałem się w
kaczkach, ponieważ są po prostu znacznie ciekawiej wymyślonymi postaciami.
Miki jest dobry, czyli nudny.
Oczywiście na początku wcale taki nie był.
Ten legendarny gryzoń potrafił być niezłym łobuzem, ale zmiękł pod wpływem
listów od matek dzieci, które pokochały Myszkę Miki. Pisały do Disneya, żeby
Miki mył uszy, czyścił zęby, uczył się, zachowywał grzecznie, słowem: żeby był
wzorem dla ich dzieci. Disney spełnił prośby matek, ale przy okazji zniszczył
ciekawą osobowość tej postaci.
Lubię Mikiego, ale co adekwatnie można z
nim zrobić? Scenarzyści komiksowi uczynili z niego detektywa, co chyba trochę
działa, ale szczerze mówiąc, jego przygody nigdy specjalnie mnie nie bawiły.
Poza jednym wyjątkiem! Mam na myśli komiksy autorstwa Noela Van Horna, syna
legendy kaczych komiksów Williama Van Horna. W przeciwieństwie do ojca Noel
skupił się właśnie na słynnym gryzoniu i udało mu się stworzyć z nim jedne z
najzabawniejszych komiksów. Gorąco polecam!
KAI: Wiemy, iż w Czechach do tej pory żaden z twoich komiksów nie został wydany, aż do publikacji zbioru „Kaczory Dana Černého”. Jaką radość sprawiło ci, kiedy po tylu latach twoje komiksy ukazały się w ojczystym języku?
DC: Oczywiście ogromną! Ale nie było tak, iż wydawnictwo Crew, w którym
ukazała się publikacja, przygotowało mi jakąś niespodziankę. Z chłopakami z
Crew znam się od lat, a kiedy zdobyli licencję na wydawanie komiksów Disneya,
od razu zorganizowaliśmy konspiracyjne spotkanie i zastanawialiśmy się, co z
kaczo-mysiego świata powinni wydawać.|
Oczywiście od samego początku
planowaliśmy, iż opublikują również moje zebrane komiksy dla czeskich fanów.
Nad tomem pracowałem później przez wiele miesięcy: tłumaczenie komiksów na
język czeski, tekst wprowadzający, rysowanie okładki, ponowne rysowanie
okładki, ponieważ Disney początkowo nie był z niej całkowicie zadowolony,
wybór szkiców ilustracyjnych i tak dalej. Więc kiedy w końcu się ukazała, było
to raczej jedno wielkie: UUUUUF! I jest!
KAI: Masz jakieś rady dla początkujących autorów?
DC: To chyba wymagałoby omawiania konkretnych przypadków, ponieważ każdy
początkujący twórca walczy z innymi problemami. Nie wiem, jak wygląda
sytuacja w Polsce, ale u nas początkujący autorzy bardzo często zastanawiają
się, jak się przebić. Częstym problemem, przynajmniej wśród czeskich twórców
komiksowych, jest to, iż chcą od razu za pierwszym razem stworzyć coś
wielkiego: ogromny tom, arcydzieło, które zdobędzie wszystkie nagrody i
sprawi, iż wszyscy padną z zachwytu. Tymczasem znacznie lepszym i pewniejszym
rozwiązaniem jest rozpoczęcie od rysowania serii dla jakiegoś czasopisma, z
którego później może powstanie album.
Czechy są dodatkowo małym rynkiem.
Ukazuje się u nas kilka magazynów komiksowych, a wydawcy płacą słabo,
dlatego zawsze radzę: Wyjdźcie za granicę! Jedźcie do Belgii, Holandii,
Skandynawii, na wyspy (Irlandia, Anglia), do Francji, Włoch i innych krajów.
Kupcie tam czasopisma, dla których chcielibyście rysować, i wysyłajcie do
redakcji już gotowe prace. Nie portfolio ani życiorysy, bo nikogo to nie
interesuje, ale pierwsze gotowe odcinki planowanej serii.
Dzięki Unii
Europejskiej i powszechnej znajomości języka angielskiego najważniejsze
bariery praktycznie zniknęły, więc dziś nie ma problemu, żeby rysować dla
całego kontynentu. I jeszcze jedna ważna rada! Kontakty do redaktorów
naczelnych znajdują się w stopkach redakcyjnych tych czasopism
To był mój
błąd, kiedy przez pół roku szukałem maila do kogoś, komu mógłbym wysłać swoją
pierwszą kaczą historię. Od Flemminga Andersena dostałem kontakt do Fransa
Hasselaara, ale przez cały ten czas miałem magazyn „Donald Duck”, który kiedyś
przywiozłem z Amsterdamu, i tam ten kontakt już był. Stopka redakcyjna jest
przepustką do świata!
Wywiad przeprowadził Krzysztof Leszczewski.
Źródła ilustracji: denik.cz, Comicsdb.cz, Lambiek.net, materiały prasowe - Crew







