Czas rozliczenia

filmweb.pl 1 tydzień temu
Zdjęcie: plakat


To wysoce niecodzienne wydarzenie: usłyszeć w kinie stadionowy hit austriackiego zespołu Opus jako tło do sceny pronazistowskiej uroczystości na cześć Philippe’a Pétaina. Dziesiątki tysięcy anonimowych rąk unosi się wyprostowane w geście hitlerowskiego pozdrowienia, podczas gdy Herwig Rüdisser śpiewa z animuszem swój najenergiczniejszy poprockowy szlagier. Uśmiechnięte buzie, powiewające na wietrze flagi, "patriotyczne" transparenty, spływające po policzkach łzy, tłum krzyczący: "Niech żyje marszałek!". W skrócie: "Live is life!". Banalność zła aż kłuje w oczy w najnowszym filmie Emmanuela Marre’a, inspirowanego życiem jego pradziadków – Henriego i Paulette, którzy nieoczekiwanie stali się trybikami w kolaborującej z III Rzeszą machinie propagandy i zabijania. "Notre salut" nie jest najlepszym tytułem z canneńskiego konkursu, ale z pewnością dzierży miano jednego z najodważniejszych.


Dyrekcji i selekcjonerom festiwalu nie brakuje poczucia humoru. Zaledwie dwa dni po premierze biografii lidera francuskiego ruchu oporu ("Moulin" w reżyserii László Nemesa), na Lazurowym Wybrzeżu pokazano historyczną tragikomedię o naiwnym oportuniście, który w 1940 roku rozpoczyna karierę jako szukający poklasku literat i urzędnik w państwie Vichy. Twórca "Zero Fucks Given" otwiera film salonową parapetówką, podczas której Henri (Swann Arlaud) przysłuchuje się podpitym intelektualistom dywagującym na temat przyszłości ojczyzny. "Niemcy są tacy kulturalni – nie plują na ulicy i nie obłapują kobiet za tyłki tak jak Francuzi" – chwali sobie jedna z uczestniczek przyjęcia. "Kolaboracja? Preferuję słowo »współpraca«" – mówi ktoś inny przy stole obok. Przestrzeń wypełnia mrok, dlatego operator niezgrabnie krząta się po pokojach z przyczepioną do kamery latarką. W międzyczasie festiwalowa widownia buja się do kawałka Alphaville, a Henri potępia w rozmowach działania Hitlera, podkreślając jednak, iż sojusz z nazistami wyjdzie Francji tylko na dobre.

"Notre Salut" (Nasze zbawienie) to tytuł politycznego manifestu pradziadka Marre’a, którą własnym sumptem opublikował w 1940 roku Fernand Sorlot, wydawca francuskiego tłumaczenia "Mein Kampf". Przez dekady rodzina Marre wolała nie rozmawiać o niesławnej książce Henriego, póki reżyser nie postanowił nakręcić filmu na podstawie korespondencji wojennej swoich pradziadków. Dzisiaj jej używane egzemplarze można zakupić pojedynczo na francuskim Amazonie. W filmie bohater melduje się na południu "wolnej" Francji z całym stosem pod pachą, mając nadzieję, iż nowa władza dostrzeże w nim patriotę i szczerego pétainowskiego entuzjastę. Dzieje się nie inaczej. Mężczyzna staje na czele oddziału walczącego z bezrobociem, dostając na dzień dobry własne biuro, sekretarkę i iluzoryczną sprawczość. Bohatera rozpiera duma, stwierdza więc, iż to idealny moment, by sprowadzić do miasta żonę i dzieci.

Marre lustruje najwstydliwszy okres z historii współczesnej Francji zza biurka szarego konformisty. Henri pracuje w pocie czoła, by kraj rósł w gospodarczą siłę, choć z jego pracy kilka w zasadzie wynika – przynajmniej na początku. Mężczyzna usiłuje udoskonalić system, który ma go za łatwo wymienialną śrubkę. Dni spędza na papierkowej robocie i grzebaniu w technikaliach, co w mockumentlanej manierze rejestruje bez najmniejszego pospiechu Olivier Boonjing. Zanim widzowie zdążą rozbudzić się z letargu, a Henri zorientować, iż bierze udział w eksterminacji ludności żydowskiej, "Notre Salut" wybrzmiewa jako polityczne momento pokroju oscarowej "Strefy interesów". W powietrzu unosi się duch Kafki, gdy pradziadek Marre'a liczy, ile Żydów zmieści się do podróżujących do Auschwitz wagonów oraz, ile litrów paliwa należy przeznaczyć na to przedsięwzięcie. Przy okazji pada pytanie co brzmi lepiej na papierze: łapanka czy zbiorowa relokacja?

W międzyczasie poznajemy Henriego z nieco innej strony – jako męża i ojca. Jak gwałtownie ujawnia reżyser, te role niezbyt do niego pasują. W listach, które wymienia z małżonką na przestrzeni lat, łatwo wyczuć, kto nosi w tym związku spodnie. Henri wypada przy Paulette (Sandrine Blancke) jako najbardziej apatyczny mężczyzna pod słońcem, a przy tym obrzydliwy karierowicz, niedojda i naiwniak. Nie dziwi więc fakt, iż jego rodzina nigdy nie staje się w Vichy czymś więcej niż salonową ozdobą, a sam Marre w końcu straci grunt pod nogami znokautowany przez rozpychających się łokciami Niemców. Francuz do samego końca wojny pragnie wierzyć, iż sojusz z III Rzeszą uchroni kraj przed bolszewikami, śmiercią i ekonomicznym kryzysem. Bezbarwna ekspresja Swanna Arlauda mistrzowsko wyraża pustkę bohatera, gdy ten słyszy, iż w Normandii roi się już od aliantów.

W przeciwieństwie do wspierających putinowski system bohaterów "Minotaura" Zwiagincewa, przyszłość pradziadka Marre’a (jak można się domyślić) nie maluje się w różowych barwach. I może dlatego tak łatwo wybaczyć "Notre Salut" testujący widza dwuipółgodzinny metraż. To opowieść, której potrzebujemy dziś znacznie bardziej od nihilizmu i kolejnej bezradnej krytyki systemu. Marre pokazuje, iż za kulisami zła majaczy droga prowadząca do światła.
Idź do oryginalnego materiału