Nadchodzi Halloween, a w Teatrze Polskim w Warszawie zadebiutował spektakl idealny na tę okazję. Czarownice z Salem to adaptacja sztuki Arthura Millera z 1953 roku w reżyserii Tomasza Fryzła. Twórca traktuje masowe kłamstwo i religijny fanatyzm z antycznym patosem i adekwatną monumentalnością. Duszna atmosfera Salem to niekończący się dramatyzm, w którym wszystkie wątki stają się istotne – przez co żaden odpowiednio nie wybrzmiewa.
Spektakl Czarownice z Salem od pierwszych chwil okazuje się czymś więcej niż można się było spodziewać. Z jednej strony to pozornie metafizyczna opowieść o nadprzyrodzonych istotach z lasu, z drugiej – ludzka tragedia w bezwzględnym społeczeństwie. Sztuka Millera podejmuje kwestie mechanizmów strachu i politycznego ping-ponga, w których cierpią jednostki. To także intymna historia Johna Proctora i jego żony Elizabeth, której centralnym punktem jest zdrada. Dlatego Czarownice z Salem to nie banalna, rozrywkowa bajka o wiedźmach jak To zawsze Agatha od Marvel Studios. Oczywiście nie brak tu rytuałów, opętań i klimatu z kina grozy. Tomasz Fryzeł w swojej inscenizacji sięga jednak głębiej i przypomina prawdziwe zło, które kryje się w kulturze fałszu i manipulacji.
Zobacz także: Zły – recenzja spektaklu. Warszawa w cieniu AI
fot. Karolina Jóźwiak/Teatr Polski w WarszawieWizja Fryzła mówi głośno, a wręcz krzyczy. Już pierwsza scena, która skupia się na Wielebnym Parrisie i jego córce Betty, pomija subtelne emocje. Padają hasła o czarach i magicznych praktykach, a Parris bardziej dba o swoją reputację niż własne dziecko. Ten wygórowany poziom tematyczny nie zmienia się przez cały spektakl. Twórca wagę przykłada do budującej się spirali kłamstwa, którą zapoczątkowuje Tituba. Salem to bogobojne miasteczko – stąd przyznanie się do okultystycznych praktyk nie tylko wywołuje szok. Idzie z nim strach przed kolejnymi “praktykującymi” – a ten, kto ma o nich wiedzę, ten ma absolutną władzę. choćby gdy słowo nie ma żadnego związku z rzeczywistością. Wątek bardzo bliski współczesności, gdyż nietrudno w tej chwili fabrykować informacje, którymi w prosty sposób można zdyskredytować przeciwnika. Sam tekst Millera jest alegorią makkartyzmu i polowania na komunistów w USA. A dziś okazuje się jeszcze bardziej przerażająco aktualny.
Ofiarą intrygi Abigail i jej koleżanek staje się wspomniany John Proctor. To przykładny “kozioł ofiarny” prosto z teorii mimetycznej René Girarda. Odmieniec, który nie chce porzucać swoich wartości i tym samym próbuje uniknąć kłamstwa przed sądem. Jednak pobudki Abigail do wywierania presji na Proctorze mają także wymiar prywatny. To właśnie ona jest kochanką, z którą zdradził żonę. Niestety Fryzeł wątki miłosne spłaszcza do funkcji w przedstawianym mechanizmie kłamstwa. Mimo wspaniałej gry aktorskiej Maksymiliana Rogackiego, relacje lokalnego rolnika mają marginalne znaczenie. Brak chemii między nim a Anną Cieślak, natomiast romans z Abigail to tło dla kolejnych wydarzeń. Zarzut ten przypomina mi problem filmów Christophera Nolana, w którym wielkie idee przykrywają kameralne, ludzkie tragedie. Jednak w Czarownicach z Salem po części tę kwestię rozwiązuje poprowadzenie przez reżysera Rogackiego.
Zobacz także: Amerykański przyjaciel – recenzja spektaklu. O wojnie ludzkim głosem
fot. Karolina Jóźwiak/Teatr Polski w WarszawieJohn Proctor swoje kryzysy i wewnętrzne konflikty wyraża otwarcie przed żoną i publiką. Nie jest postacią bez skazy. Jednak to on wydaje się jedynym ośrodkiem zdrowego rozsądku i trzeźwości umysłu wśród panującej histerii. To najbardziej ludzka postać, która pragnie bronić swojej godności, swoich wartości i nie poddać się ślepemu systemowi. Ten natomiast uosabia Sędzia Danforth grany przez Jerzego Schejbala, który brutalnie podkreśla bezwzględność władzy. Wśród “wielkich idei” wyłania się także prywatny upadek pastora Hale’a. Modest Ruciński doskonale oddał początkową fascynację i późniejsze załamanie wielebnego, który przyczynił się do uruchomienia maszyny oskarżeń. Przy tym nie można zapomnieć o tytułowych “czarownicach”, w które wcielają się: Dorota Bzdyla, Marta Kurzak, Katarzyna Lis, Irmina Liszkowska oraz Hanna Skarga. Choreografia ich przerysowanego opętania, zaprojektowana przez Annę Obszańską, obnaża fałsz i potęguje absurd wyroków sędziego. Rzucawki dziewcząt są celowo niewiarygodne dla widzów, a jednocześnie fascynująco straszne dla bohaterów. To genialne budowanie fałszu w podświadomości widzów wręcz metateatralnym narzędziem.
Reżyser natomiast nie zawsze dobrze radzi sobie w warstwie tekstowej. Aktorzy grają bez przerwy, na najwyższym diapazonie, korzystając z górnolotnych dialogów. Czarownice z Salem to spektakl w dużej mierze przegadany, tonący w mało pociągającym słowotoku. Przekład Anny Bańkowskiej jest naprawdę na dobrym poziomie, jednak Fryzeł stara się akcentować każdy wyraz. Działa to jak mówienie drugiej połówce “kocham cię” po każdym zdaniu – w końcu słowa całkowicie tracą swój ciężar gatunkowy. Twórca próbuje przerywać ten chaos scenami opętania lub statycznymi momentami, w których bohaterowie przypominają rzeźby. Jednak to nie wystarcza.
Zobacz także: Oresteja – recenzja spektaklu. Pokłosie wojny
fot. Karolina Jóźwiak/Teatr Polski w WarszawiePrzy tym nie pomaga muzyka Nikodema Dybińskiego. Autor przygotował prawdziwie oniryczne dźwięki, które trafnie wpisują się w atmosferę strachu i niepojętej metafizyki. Tutaj Fryzeł także nadużywa ich tak samo jak dialogów. Muzyka towarzyszy każdej scenie, każdej chwili i nie opuszcza widza choćby na moment. Na szczęście surowa i pozbawiona zbędnego detalu scenografia staje się idealnym pomostem dla historii. Wielka obrotowa scena przypominająca piekielne kręgi okazuje się kolejnym symbolem bezdusznego systemu. Wisząca na sznurkach Betty Parris wprowadza poczucie niepokoju, a gdy napięcie wzrasta, zjeżdżające kolumny wywołują klaustrofobiczny strach. Anna Oramus wręcz z architektoniczną precyzją łączy histerię ludzi z Salem z bezwzględną przestrzenią. Tę także wspomaga często punktowe, chłodne światło potęgujące poczucie grozy.
Teatr Polski nie przygotował ani cukierka, ani psikusa. Spektakl Czarownice z Salem to wnikliwe studium mechanizmu kłamstwa, strachu oraz walki o władzę i wizerunek. Tomasz Fryzeł klimat dusznego Salem buduje monumentalnie – poprzez scenografię, dialogi i muzykę. Jednak gubi przy tym ludzkie tragedie, które najbardziej przywiązują do problemu i pozwalają go odczuć na własnej skórze. To prawdziwe piekło na ziemi, w którym panuje ciągły, przebodźcowujący wrzask. Przed całkowitym utonięciem w tym hałasie opowieść ratuje przede wszystkim Maksymilian Rogacki, który fenomenalnie dźwiga wewnętrzny kryzys głównego bohatera. Spektakl ostatecznie pozostawia widza z poczuciem chłodu. Bo każde kłamstwo okazuje się wybaczalne, gdy w grę wchodzi polityczny cynizm i zaślepiony tłum.
fot. główna: Karolina Jóźwiak/Teatr Polski w Warszawie











