Czarodziej

filmweb.pl 1 tydzień temu
Zdjęcie: plakat


Podobno dzieci Thomasa Manna nazwały go "czarodziejem", bo nigdy go nie rozumiały. Mówi się, iż niemiecki pisarz zbudował wokół siebie taki mur, iż dystans, który wytworzył się między nimi, kompletnie zgasił ostatnie podrygi ogniska domowego. Dla nich to nie był Mann-tata, ale właśnie Mann-magik – outsider siedzący w bibliotece z własnymi księgami czarów; facet, który nigdy nie asymilował się z resztą bliskiego mu otoczenia.

Wątpię, by było to bezpośrednie nawiązanie, ale w jednej ze scen w "The Idiot(s)" Fiodor "Fedya" Dostojewski (Johnny Flynn) tłumaczy swojej nowej wybrance serca, Annie (Aimee Lou Wood), iż nie napisze nowej powieści w trymiga. "Nie jestem magikiem, nie przystąpię do tego procesu od razu, nie wpadnę nagle na nowy pomysł" – tłumaczy żonie, jakby mówił do dziecka. Zamiast pisać, Fedya woli chodzić do kasyna, wierzyć w przeznaczenie (czytaj: zwycięstwo) i zachowywać się jak tytułowy "idiota", którym przecież nie jest. W ten sposób ucieka: od odpowiedzialności, presji, nowej rodziny czy zawodowych obowiązków. Wygląda na to, iż obaj pisarze przed czymś czmychali – kiedy Dostojewski szedł do ludzi, czarując przy ruletce w kasynie, Mann zamykał się w sobie, od środka tłumiąc swój skrywany homoseksualizm.

Wbrew pozorom najnowszy film Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta (na podstawie książki Andrew D. Kaufmana) nie opowiada w zasadzie o procesie powstawania "Idioty" Dostojewskiego czy o jego literackim talencie. Zgoda, powieść istnieje gdzieś w tle i rzutuje na losy bohaterów (od niej zależy, czy będą mieć na chleb), ale nie definiuje całego życia pisarza. "The Idiot(s)" to raczej historia o tym, iż każdy "idiota" może być literackim geniuszem, a każdy maestro ma szansę być postrzegany jako półgłówek w prawdziwym życiu. To rzecz o dwojgu ludzi, którzy bardzo pragną się kochać i wspólnymi siłami pokazać światu, na co ich stać. On będzie pisał, ona stanie się jego redaktorką. Ale są tylko ludźmi i ciągle popełniają te same błędy.

Mamy tu do czynienia z chyba najzabawniejszym (i najluźniejszym) z dotychczasowych filmów polskiego duetu. Mówiąc językiem bohaterów filmu, "The Idiot(s)" to komediodramat z jajem, a przede wszystkim – z pazurem. Pierwszy i drugi plan skutecznie ze sobą współgrają, dzięki czemu samoświadomy, często nieznośnie ordynarny humor wybrzmiewa w praktycznie każdej scenie. Flynn w przekonujący sposób wciela się w zakompleksionego literackiego "red flaga", który nie radzi sobie z uzależnieniem od hazardu, literaturę traktuje jak zło konieczne, a nową żonę spostrzega bardziej jako ciekawostkę, która wyświadcza mu przysługi i dba o jego samopoczucie.

Wood natomiast zdaje się całkowitym przeciwieństwem ekranowej wersji Flynna: jej Anna w pełni oddała się Dostojewskiemu, zostawiając za sobą mateczkę Rosję (powód: długi męża), a – co za tym idzie – swoją własną matkę, za którą coraz bardziej tęskni. Do tego Dostojewscy stają się częścią nieoczekiwanego czworokąta miłosnego – swoich kilka groszy dołkładają tu pisarz Ivan Turgieniew (Christian Friedel) i jego tajemnicza partnerka grana przez Vicky Krieps.

Pobyt Dostojewskich w Niemczech przypomina podróż współczesnych polskich imigrantów do Londynu lub Nowego Jorku. Bez znajomości języka i lokalnej kultury marzą głównie o powrocie do domu. Nowe miejsce miało przynieść długo wyczekiwany spokój, ale nic z tych rzeczy – jedzenie nie smakuje, zwyczaje ludzi odbiegają od wyuczonych norm, cały ten świat im – tak po ludzki – nie odpowiada. Coś tu zresztą nie gra: choćby we włoskim lombardzie słyszymy znane z czasów II wojny "Bella Ciao" (podobno widać też gdzieś nowego iPhone’a), a pewien lokaj w trakcie jednego z popołudniowych posiedzeń zaczyna nucić pod nosem "Take On Me" zespołu a-ha. Coś się miesza, różne linie czasowe się na siebie nakładają – tak jakby przeszłość doganiała przyszłość, a aura Dostojewskich w przedziwny sposób oddziaływała na otaczającą ich rzeczywistość. A może to po prostu wina tych wszystkich niepowtarzalnych gości, których Dostojewscy spotykają na swojej drodze? Jest to wszystko trochę mannowskie – niemieckie miasteczko przypomina sanatorium w Davos.

Szumowska i Englert znajdują dla miłości Fiodora i Anny jakiś rodzaj zrozumienia. Między ich kłótniami, zdradami, niezrozumieniem i nałogami twórcy odkrywają drobne szczeliny, przez które mogą przecisnąć się ze swoją kamerą. Dzięki temu relacja Dostojewskich wybrzmiewa bez żadnych kompleksów i niepotrzebnych napuszeń – ta dwójka zostaje ukazana i przyjęta przez polski duet z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Miłość często przyjmuje różne oblicza – a co za tym idzie, czasem zamiast z góry oceniać, warto po prostu dać jej szansę. I zobaczyć, co wyniknie z mariażu tych dwóch kontrastujących ze sobą serc. Szumowska i Englert mówią "sprawdzam" i obserwują, czym tak naprawdę ci Dostojewscy będą dla siebie. Do jakich wniosków dochodzą polscy twórcy? Odpowiedzi znajdziecie we własnym sanatorium zwanym kinem.
Idź do oryginalnego materiału