Aktorzy, którzy użyczali głosu bohaterom niezależnej animacji internetowej. / Źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Megacon_Dublin_2026_-_Day_2_-_The_Amazing_Digital_Circus_-_Full_panel_(4).jpg,Gdy finał dostępnej bezpłatnie animacji zostaje wyemitowany w kinach w szesnastu krajach na całym świecie, a następnie pokonuje horror „Backrooms. Bez wyjścia” w amerykańskim box office, możemy śmiało mówić o fenomenie. Dlatego tym bardziej cieszy mnie, iż mogłam zobaczyć ostatni, dziewiąty odcinek „The Amazing Digital Circus” na wielkim ekranie w polskim kinie. Jak historia sprawdza się w tym formacie i czy zakończenie jest godnym pożegnaniem z bohaterami tytułowego cyrku?
„The Amazing Digital Circus”, znany w Polsce także jako „Obłędny Cyfrowy Cyrk”, to owoc wieloletniej pracy studia GLITCH i animatorki znanej w Internecie jako Gooseworx. Produkcja ta może realnie uchodzić za przełom dla całej sceny internetowych animacji. Seria opowiada o ludziach uwięzionych w wirtualnej rzeczywistości, zbudowanej na wzór barwnego, abstrakcyjnego cyrku. Pod tą pozornie niewinną estetyką kryje się jednak cięższa, wręcz depresyjna atmosfera, inspirowana opowiadaniem „Nie mam ust, a muszę krzyczeć” Harlana Ellisona. Pełną kontrolę nad cyfrowym światem sprawuje Caine (Alex Rochon) – kreatywna sztuczna inteligencja, która zmusza bohaterów do udziału w wyczerpujących psychicznie przygodach.
W momencie pisania tej recenzji odcinek pilotażowy osiągnął ponad 440 milionów wyświetleń na oficjalnym kanale studia GLITCH na YouTube. Został również doceniony przez krytyków, otrzymując nominację do nagrody Annie. Z każdym kolejnym odcinkiem uniwersum przyciągało coraz większą rzeszę widzów. W ten sposób powstał niezwykle zaangażowany fandom, łączący odbiorców w różnym wieku. Dzięki tej popularności, już przy okazji premiery trzeciego odcinka, twórcom udało się nawiązać współpracę z platformą streamingową Netflix. Gdy po latach nadszedł czas pożegnania z bohaterami, GLITCH ogłosił przedpremierową emisję wielkiego finału w wybranych kinach. Polska znalazła się na liście państw, w których zorganizowano seanse.
Witajcie w cyrku
Gdy widz rozpoczyna przygodę w „Obłędnym Cyfrowym Cyrku”, błyskawicznie udziela mu się poczucie konsternacji i zagubienia, które wręcz kipi wokół najnowszej członkini świata przedstawionego (Lizzie Freeman). Podobnie jak reszta bohaterów, dziewczyna trafiła do tego abstrakcyjnego wszechświata, tracąc pamięć o swoim imieniu i całym wcześniejszym życiu. Otrzymała awatar błazna i, po wygenerowaniu przez system losowego ciągu liter, przyjęła imię Pomni. Wraz z resztą ekipy protagonistka walczy o zachowanie resztek zdrowia psychicznego, każdego dnia ryzykując „zabstrakceniem”, czyli przemianą w potwora.
Do grupy, która jeszcze nie zdążyła się „zabstrakcić”, należy między innymi Kinger (Sean Chiplock) – przyjazny informatyk uwięziony pod postacią zagubionego szachowego króla. Podobną konsternację, mimo ogromnej życzliwości i chęci niesienia pomocy, okazuje Ragatha (Amanda Hufford), ożywiona szmaciana lalka. Z kolei Zooble (Ashley Nichols), zmagające się z dysforią płciową, przybrało awatar rozkładanych klocków. Pod maską teatralną kryje się natomiast niepewna siebie i wiecznie smutna Gangle (Marissa Lenti). Najbardziej bezdusznym członkiem trupy wydaje się Jax (Michael Kovach), fioletowy humanoidalny królik, którego głównym hobby jest nękanie pozostałych mieszkańców cyrku. Cała ta szóstka, podobnie jak poprzedni członkowie cyrku ukazywani wyłącznie we flashbackach, jest metaforycznym obrazem ludzkiej psychiki poddanej opresyjnej kontroli.
Z tak niejednorodną i straumatyzowaną grupą zbliżamy się do kulminacji serii. Z każdym kolejnym odcinkiem trupa coraz głośniej buntowała się przeciwko atrakcjom wymyślanym przez Caine’a. W ósmym odcinku, bezpośrednio poprzedzającym finał, bohaterowie przypadkowo doprowadzają do jego usunięcia, co wywołuje załamanie się całego cyfrowego świata. Ten cliffhanger położył fundamenty pod ostatni akt, który miał odpowiedzieć na najważniejsze pytania: jaki był cel stworzenia cyrku i kim naprawdę są jego mieszkańcy?
Zagadka, którą widzowie zdążyli rozwikłać
Nie chciałabym w pełni zdradzać wszystkich zasad rządzących światem przedstawionym. Mogę natomiast stwierdzić, iż po kilkunastu miesiącach śledzenia „Obłędnego Cyfrowego Cyrku” nietrudno było domyślić się prawdy, którą finał ostatecznie tylko potwierdził. Są to rozwiązania, które są dobrze znane fanom klasycznego science-fiction. Osobiście nie odebrało mi to satysfakcji z seansu, ale w Internecie można natknąć się na opinie rozczarowanych fanów, którzy liczyli na nieoczekiwany punkt zwrotny.
Ostatni odcinek stawia punkt ciężkości na losach Jaxa, odsłaniając jego przeszłość naznaczoną wstydem i wyrzutami sumienia. Odcinek rzuca nowe światło na dotychczasowe, cyniczne zachowanie bohatera, wracając wspomnieniami do jego głębszej relacji z jedną z dawnych graczek. Wyłania się z tego obraz człowieka, który nigdy nie chciał zostać uratowany, bo wewnętrznie czuł, iż na to nie zasługuje. Dlatego celowo parł ku samozniszczeniu. Prawda o naturze cyrku i świecie rzeczywistym była jedynie zapalnikiem do realizacji jego planów. Choć przez chwilę wydaje się, iż empatycznej Pomni uda się wyrwać go z tego marazmu, rzeczywistość bywa bezlitosna. Ten fragment odcinka mocno mnie poruszył. Został poprowadzony znakomicie i w pełnej zgodzie z logiką cyfrowego świata. Tego, co się wydarzyło, po prostu nie dało się już cofnąć.
Jednocześnie, kilkanaście minut później twórcy zdecydowali się jednak na przywrócenie jednego bohatera. W moich oczach był to uproszczony skrót fabularny, który niepotrzebnie zatarł emocjonalny ciężar wcześniejszych strat. Miało to prawdopodobnie doprowadzić ekipę do słodko-gorzkiego „happy endu”, by zapewnić im względny spokój po finale. Zabrakło mi w tym jednak nieco lepszej podbudowy narracyjnej.
Fenomen, który prędko się nie powtórzy
Mimo zakończenia, które wydawało się nieco naciągane, „The Amazing Digital Circus” bez wątpienia utrzymuje pozycję jednego z najbardziej wiralowych i docenianych seriali internetowych ostatnich lat. Produkcja została błyskawicznie zmemifikowana, a jej postacie zainspirowały rzesze cosplayerów z całego świata. Tak pozytywny odbiór zupełnie mnie nie dziwi. Serial miał wszystko, co gwarantuje zainteresowanie internautów: jaskrawą estetykę, wciągającą fabułę, nihilistyczne refleksje i humor przełamujący „czwartą ścianę”. Bohaterowie nosili serca na dłoni, dzięki czemu widzowie łatwo zaczęli z nimi sympatyzować, kibicując im w desperackich próbach ucieczki.
Uważam, iż „Obłędny Cyfrowy Cyrk” jeszcze długo pozostanie najpopularniejszą produkcją studia GLITCH. Niezmiernie trudno będzie stworzyć kolejną niezależną animację, która z równą siłą zdominuje mainstreamową kulturę.
Kaja GRABOWIECKA

















