Corruption w Beer and Bones – tequila, pustynny wiatr i styczniowy ogień

strefamusicart.pl 10 godzin temu
Zdjęcie: Corruption (3)


Piątkowy wieczór 8 stycznia 2026 w warszawskim Beer and Bones miał w sobie wszystko, co najlepsze w klubowych koncertach – mimo iż był to naprawdę zimny, styczniowy wieczór. Mróz szczypał w uszy i dłonie, choć gdzieś z tyłu głowy brzmiał ten dobrze znany komentarz naszych ojców czy dziadków: „to nie jest żaden mróz, kieeeeedyś to były zimy i mrozy”. Niezależnie od skali zimna – w środku było już tylko gorąco.

Całe wydarzenie miało luźny, kameralny klimat, bez zadęcia i barierek między zespołem a ludźmi. Beer and Bones idealnie nadaje się na takie koncerty – blisko sceny, blisko muzyków, blisko emocji. Jeszcze przed startem można było pogadać z chłopakami, pośmiać się, zamienić kilka słów i zgarnąć fajny merch, a po koncercie nikt nigdzie nie uciekał – totalny oldschoolowy vibe.

Corruption wyszli na scenę i bez zbędnych ceregieli ruszyli z „The Trail”, który od razu ustawił klimat wieczoru – ciężko, motorycznie i z charakterystycznym, pustynnym feelingiem. „To Hell ’n’ Back” tylko podkręciło tempo, a „Red Demon” przypomniał, jak dobrze ten zespół czuje się w prostych, soczystych riffach.

Środek koncertu to już pełna zabawa konwencją – „Tequila Favours the Brave” i „Tequila, Mezcal” wywołały uśmiechy, kiwanie głowami i ten specyficzny luz, który Corruption ma we krwi. „Tumbleweed” ładnie rozlał się po klubie, a „The Devil Has a Name” zabrzmiał wyjątkowo mocno w tak bliskim kontakcie ze sceną.

Był też moment na bardziej rock’n’rollowe historie – „The Boy w. Sunshine Hair”, „Freaky Friday” i „Shades of Death” niosły świetną energię i wyraźnie pokazywały, iż zespół jest w bardzo dobrej formie. „Candy Lee” i „Lucy Fair” spotkały się z żywą reakcją publiczności – było czuć, iż ludzie przyszli tu nie z przypadku.

Końcówka to już czysta euforia grania: „99% of Evil”, „Hang ’n’ Over” i „Devileiro” rozgrzały klub do czerwoności, a finałowe „Born to be Z.W.” zamknęło koncert dokładnie tak, jak trzeba – z energią, uśmiechem i poczuciem dobrze spędzonego czasu.

Cały występ był też promocją najnowszego albumu „Tequila Songs and Desert Winds” – płyty szczególnej, bo nagranej z Rufusem, który wrócił do zespołu po 11 latach przerwy. I było to słychać – świeżość, chemia i euforia z grania były obecne od pierwszego do ostatniego numeru.

To był koncert bez spiny, bez dystansu, za to z dobrymi emocjami, potężną dawką energii i prawdziwym, klubowym duchem, który zostaje w głowie na długo po wybrzmieniu ostatniego dźwięku.

Kacper

Idź do oryginalnego materiału