Co robi krytyczka? Sprawdza, czy literatura jest szczepionką na postprawdę

kulturaupodstaw.pl 3 godzin temu
Zdjęcie: fot. SMAK


Czy literatura to bezpieczny rezerwat dla kłamstwa? Nazywaliśmy powieści „fikcją”, podpisywaliśmy z autorem milczący pakt, iż wkraczamy w światy, mimo iż nieprawdziwe, pozwalające nam odpocząć od twardych faktów rzeczywistości. Ten podział był dość długo jasny: w gazecie była prawda, w powieści zmyślenie.

Ale w trzeciej dekadzie XXI wieku ten mur runął. Żyjemy w rzeczywistości, która jest bardziej sformatowana niż fabuła romansu, a algorytmy serwują nam „fakty” dobrane pod nasze emocjonalne profilowanie.

Co w takim świecie robi krytyczka? Przestaje pytać, czy historia jest prawdziwa. Zaczyna pytać, jak została zmontowana i komu służy.

Postprawdy, fake newsy, uczciwe kłamstwa

Era postprawdy to nie jest moment, w którym przestaliśmy cenić prawdę. To moment, w którym prawda stała się towarem, a narzędziownia ze środkami i tropami artystycznymi – z metaforą, hiperbolą, prawidłami narracji i suspensem na czele – trafiła na dobre w ręce marketingu politycznego i farm trolli.

Kiedyś to powieściopisarze musieli się starać, by ich światy były wiarygodne. Dziś to twórcy fake newsów korzystają z warsztatu realizmu, by sprzedać nam kłamstwo jako „prawdę objawioną”.

W tej sytuacji literatura znajduje się w paradoksalnym położeniu. Z jednej strony traci monopol na kreowanie światów alternatywnych (teorie spiskowe robią to skuteczniej i z większym zasięgiem). Z drugiej – staje się jedynym laboratorium, w którym możemy bezpiecznie badać mechanizmy manipulacji. A mówiąc jeszcze dosadniej, literatura to dziś „uczciwe kłamstwo”. I właśnie o tę uczciwość toczy się gra.

fot. materiały prasowe

Narrator niegodny zaufania to my

Jednym z najważniejszych narzędzi, jakie literatura daje nam do ręki w walce z dezinformacją, jest figura narratora niewiarygodnego. Pamiętamy ich ze szkoły – weźmy na przykład Humberta z „Lolity”. Czytając powieść Nabokova, uczymy się czytać przeciwko tekstowi. Dość gwałtownie staje się jasne, iż ten, kto do nas mówi (nawet jeżeli robi to pięknym językiem i zdaje się być czarujący), może mieć interes w tym, żebyśmy widzieli świat właśnie jego oczami.

W erze deepfake’ów i botów ta literacka kompetencja staje się kompetencją cyfrowego przetrwania. Krytyczne czytanie powieści to przecież trening podejrzliwości.

To właśnie powinna robić krytyka: demontować. Rozkręcać tekst na części pierwsze, by pokazać palcem: spójrzmy, tutaj użyto techniki emocjonalnego szantażu, tutaj zastosowano fałszywą perspektywę, a tutaj zamilczano najważniejszy fakt. Wskazywanie tych mechanizmów w literaturze uczy nas dostrzegać je w wieczornych wiadomościach czy na Twitterze vel Iksie. A jest co robić.

Hybrydy i zawrót głowy

Współczesna literatura coraz częściej celowo zaciera granice, wchodząc na terytorium zarezerwowane dla faktu, i robiąc tam twórczy bałagan. Spójrzmy na Benjamina Labatuta i jego głośną „Straszliwą zieleń”. Ot, książka o naukowcach, która zaczyna się od faktów, by niepostrzeżenie ześlizgnąć się w totalną fikcję. Czytelniczka w połowie lektury orientuje się, iż straciła grunt pod nogami. Nie wie już, co wydarzyło się naprawdę, a co jest wymysłem autora.

fot. materiały prasowe

Czy to niebezpieczne? Przeciwnie. Labatut w warunkach laboratoryjnych wywołuje u nas „epistemologiczny zawrót głowy” – dokładnie ten sam, który czujemy, scrollując feed w mediach społecznościowych. Różnica polega na tym, iż literatura pozwala nam na moment autorefleksji. W obliczu prozy nie bawimy się w fact-checking (choć to też bywa przydatne), ale zadajemy pytanie o konsekwencje. Co się dzieje z naszym mózgiem, gdy zaciera się granica między dokumentem a kreacją?

Labatut, ale też inni twórcy prozy eseistycznej czy autofikcji (od Ernaux po Knausgårda), uczą nas, iż „ja” mówiące w tekście jest zawsze, ale to zawsze, kreacją. W świecie, gdzie każdy influencer sprzedaje swoje życie jako autentyczny dokument, literatura przypomina: autentyczność to też styl. To też konwencja. Nie ma „nagiej prawdy”, jest tylko dobrze dobrane oświetlenie i kadr.

Storytelling jako broń

Żyjemy w czasach dyktatury storytellingu. Od korporacji sprzedających jogurty, po polityków uzasadniających wojny: wszyscy opowiadają przecież historie. Narracja stała się walutą, a spójność opowieści ceni się wyżej niż jej zgodność z faktami.

W tym kontekście literatura, która od wieków (i nie ma tu cienia przesady) zajmuje się konstruowaniem fabuł, może pełnić rolę demaskatorską.

Współczesna powieść, zwłaszcza ta eksperymentalna, często celowo „psuje” narrację. Rwie wątki, wprowadza chaos, nie daje satysfakcjonującego zakończenia. Otwiera to również przed nami, krytyczkami i krytykami, ogromne pole do działania.

Moją rolą nie jest już tylko ocena estetyczna (czy to jest „ładnie/dobrze napisane”, potwornie upraszczając sprawę), ale ocena etyczna struktury narracyjnej. Czy ta opowieść próbuje nas uwieść i uśpić, czy może próbuje nas wybudzić? Czy literatura powiela schematy, którymi karmi nas propaganda sukcesu (lub propaganda strachu), czy może rozsadza je od środka?

fot. materiały prasowe

Kryzys reportażu i powrót do źródła

Nie da się mówić o zacieraniu granic bez wspomnienia o kryzysie polskiego reportażu, który przetoczył się przez media w ostatnich latach. Dyskusje wokół granic dopuszczalnej kreacji w literaturze faktu pokazały, jak bardzo jesteśmy głodni prawdy, a jednocześnie jak łatwo nami manipulować.

A literatura faktu ma inne zobowiązania niż powieść, choć jednocześnie literatura (ta zmyślona) ma pewną przewagę nad dziennikarstwem: nie musi udawać obiektywizmu.

Weźmy powieść Olgi Tokarczuk „Empuzjon”, pastisz „Czarodziejskiej góry”, mówi nam więcej o mechanizmach mizoginii i konstruowaniu wizji świata przez mężczyzn, niż niejeden suchy artykuł. Dlaczego? Bo pozwala nam wejść do środka tego mechanizmu, poczuć go, a potem go odrzucić.

Fikcja jako szczepionka

Można więc zaryzykować tezę (a co to za zabawa bez ryzyka), iż w erze postprawdy dobra literatura działa jak szczepionka. Wpuszcza do naszego systemu osłabiony wirus kłamstwa (fikcję), by nasz układ odpornościowy (krytyczne myślenie) nauczył się go rozpoznawać i zwalczać.

Kiedy czytamy George’a Orwella czy Margaret Atwood, widzimy, jak łatwo można zmienić język, by zmienić rzeczywistość, jak dystopia rodzi się z drobnych przesunięć w znaczeniach słów. I to właśnie wiedza, którą wynosimy z lektury do świata realnego.

Co więc robi krytyczka? Jest w tym procesie kimś w rodzaju laborantki. Bada próbki tekstu, sprawdza, jak działa wirus, i opisuje jego mutacje. Wskazuje: tutaj autor używa ironii, by obnażyć absurd, a tutaj stosuje pastisz, by wyśmiać język władzy.

W świecie fake newsów, które żerują na naszych najniższych instynktach i pragnieniu prostych odpowiedzi, literatura jest przestrzenią komplikacji. Uczy nas, iż świat nie jest czarno-biały, iż motywacje są niejednoznaczne, a prawda rzadko leży pośrodku – zwykle leży tam, gdzie nikt nie patrzy.

Ostatecznie, literatura nie uratuje nas przed kłamstwem. Nie zatrzyma farm trolli ani nie wyłączy algorytmów. Ale znów: może wyposażyć nas w narzędzia. Może sprawić, iż zanim klikniemy „udostępnij” pod sensacyjnym nagłówkiem, włączy nam się w głowie ten sam mechanizm, który pojawia się, gdy czytaliśmy o przygodach przemyślnego szlachcica don Kichota z Manczy. Mechanizm, który mówi:

„Moment, to brzmi jak świetna historia. Ale kto i po co mi ją opowiada?”.

I to „po co” jest najważniejszym pytaniem, jakie może nam dać literatura.

Idź do oryginalnego materiału