Cierpienia starego trepa

filmweb.pl 1 dzień temu
Zdjęcie: plakat


Pamiętacie, co Joker zrobił ołówkiem? Poczekajcie, aż zobaczycie, co Frank Castle potrafi z długopisem. Kto czerpie satysfakcję z tego, iż akurat na platformie okraszonej logiem uśmiechniętej myszy ukazuje się ten balet, nie, tango, nie, breakdance przemocy, będzie suszył zęby przez całe trzy kwadranse "Punishera: Ostatniego starcia". Bo niby Castle już swoje zrobił, niby pozabijał, kogo trzeba było i kogo się dało, ale za to z nim jeszcze nie skończyli.

Jon Bernthal
  • Marvel

Mamuśka Gnucci, matrona mafijnego rodu wykoszonego niegdyś przez Castle’a, zjawia się bowiem z niezapowiedzianą wizytą i obiecuje mu rychłą śmierć. Adres zapuszczonego apartamentowca, gdzie zatrzymał się mściciel z czachą na piersi, przebywający aktualnie na niespokojnej emeryturze, został podany bodaj wszystkim nowojorskim mętom, których aż łapy świerzbią, aby skasować byłego komandosa. Tyle że, parafrazując słynny komiksowy cytat, to nie on jest tam zamknięty z nimi, ale oni z nim.

Średniometrażowy odcinek specjalny skonstruowany jest na skojarzeniu z indonezyjskim akcyjniakiem "Raid" – ale na opak. Bo Castle toruje sobie drogę ze swojego mieszkania położonego na jednym z wyższych pięter na sam dół, chcąc ujść z życiem. Ile ono dla niego znaczy to kwestia osobna, bo wydaje się, iż napędza go nie żadne tam joie de vivre, ale czysty instynkt, pamięć mięśniowa każąca mu mechanicznie, aż do znudzenia powtarzać pewne sekwencje. Punisher jawi się tutaj jako człowiek poważnie zaburzony psychicznie, ewidentnie socjopatyczny, wydrążony, cierpiący nie tylko na PTSD, ale i na cały alfabet schorzeń.

Towarzyszą mu jedynie gołe ściany obskurnego, przypominającego celę pokoju, gdzie mocuje się z demonami przeszłości, dokonując symbolicznego samookaleczenia, będącego zarówno aktem pokuty, jak i desperacką manifestacją chęci powrotu do rzeczywistości. A ta nie jest, cóż, zbyt odległa od bałaganu, który Castle ma w głowie.

Jason R. Moore, Jon Bernthal, Nick Koumalatsos, Colton Hill
  • Marvel

Nowy Jork wygląda tu bowiem jak z pamfletu dystrybuowanego przez politycznych rywali urzędującego obecnego burmistrza, krzyczących głośno o bezprawiu i degrengoladzie panujących na tamtejszych ulicach. Ale Castle’a to nie rusza, odwraca się plecami do jawnej niesprawiedliwości, nie jest już bojownikiem tylko cierpiętnikiem. Mętne oczy dostrzegają jedynie zjawy z przeszłości, reszta to biały szum. Punisher w tym wydaniu to żywy trup, błąkający się bez celu i sensu, czekający na śmierć. Choć może nie – jak mu się wydawało – swoją?

Bo kiedy już łapie za nóż, pistolet, karabin czy ten przeklęty długopis, słychać kliknięcie: wszystko wskakuje na swoje miejsce, jakby nareszcie przestał pchać kwadratowy klocek do kolistego otworu i zaakceptował swoje powołanie. To proste powołanie: wyzwolić furię, pozabijać tych, co krzywdzą.

Ma to swoje niezaprzeczalne konotacje religijne, wszak Castle żyje jak mnich i prędko zastajemy go na kolanach, niemo proszącego o epifanię. I doznaje jej, kiedy jego ręce zaciskają się na czyimś gardle. interesujący to przypadek, ten cały Punisher, który należy do zupełnie innego porządku niż pozostałe postacie z MCU. I nie chodzi choćby o brutalność, z jaką rozprawia się z intruzami, penetrując labiryntowe korytarze i klatki schodowe swojego budynku, ale o konstrukcję psychologiczną tej postaci.

Jon Bernthal
  • Marvel

Punisher to były żołnierz, któremu zamordowano rodzinę i który żałobę przeżywał będzie aż do grobowej deski, znający wyłącznie dyscyplinę i porządek facet osuwający się coraz dalej i głębiej ku czystemu chaosowi, wreszcie: człowiek chory, szalony, będący już chyba poza wszelkimi granicami odkupienia. Niemałe wyzwanie scenariuszowe, bo przecież Punisher, w bezbłędnym wykonaniu Jona Bernthala, niebawem (w nadchodzącym filmie "Spider-Man: Całkiem nowy dzień") stanie tuż obok wszystkich tych trykociarzy obdarzonych nadludzkimi mocami. A wbrew temu, co się myślało i mówiło, omawiany odcinek specjalny nie jest miękkim rebootem, próbą uładzenia postaci Castle’a i wprowadzenia jej na teren zarezerwowany dla masek i peleryn. Bynajmniej.

Mamy tu bowiem mniej więcej pół godziny efektownej, krwawej jatki, która cieszy oko, choć przecież oglądamy w akcji absolutny wrak człowieka. Ale zadawanie bólu to dla Castle’a jedyny sposób, by odpocząć od własnego. Dlatego też finałowi, kiedy nareszcie godzi się on z tym, kim pisane jest mu być, towarzyszy uczucie pewnego dyskomfortu. Cóż, jak to mówią, facet zrobi wszystko, żeby nie pójść na terapię, choćby założy czarny płaszcz, namaluje czaszkę na klacie i pójdzie w miasto.
Idź do oryginalnego materiału