Chciałbyś! Zalotnik śnił, iż będzie mieszkał w moim krakowskim mieszkaniu, żyjąc na mój koszt, płacony w złotówkach.
W tym cudacznie rozmytym śnie przeplatało się przez moją głowę wspomnienie, iż zawsze byłam uparta jak krakowska gołębica i skupiona na celu. Do dwudziestych piątych imienin sama, bez wsparcia mamy Marioli i taty Kazimierza czy choćby leniwej ciotki Stefy, uskładałam pieniądze na własne zaciszne M2, tuż przy Plantach.
Gdy spotkałam Sebastiana, chłopaka, który wydawał się jak senne odbicie mojego ideału, tak bardzo głupio byłam dumna z tej kawalerki, iż mu się pochwaliłam. Zdradziłam nawet, iż to tylko i wyłącznie moja zasługa, nie rodzinna spadkowa fortuna.
Jednak jeszcze zanim to opowiedziałam, stanowczo powiedziałam Sebastianowi, iż nie chcę zamieszkać w jego dwupokojowym bloku na Kurdwanowie. Ustaliłam senne reguły on wynajmuje nam mieszkanie, a ja własne wynajmuję komuś, byle tylko zbierać złotówki na wymarzonego czerwonego fiata.
On uśmiechnął się i przyrzekł, iż doskonale rozumie. niedługo zapewniał doczeka się lepszej pensji i zamieszkamy razem, jak para w bajce. Ale czas biegł jak wiślany nurt, aż po pół roku, pewnej mglisto-księżycowej nocy, zjawił się w moich drzwiach z walizką, z twarzą jak z plakatu o dramacie.
Opowiedział, iż z dnia na dzień nie ma już pracy, a jego portfel jest pusty jak dziurawy kocioł w starej chacie. Poprosił, żebym pozwoliła mu zamieszkać tymczasowo przecież mamy siebie, przecież można być razem pod dachem.
Jednak z tyłu głowy płonęła mi syrena ostrzegawcza. Przecież Sebastian ma rodziców w Zielonej Górze! Wiedziałam, iż to wymówka, przebieranie marzeń w realność tylko po to, by leniwie żyć z moich marzeń i mojego czynszu. Więc śniło mi się, iż nie przyjęłam go stanowczo zamknęłam drzwi z własnym kluczem.
I wtedy sen się skończył, a ja czułam ulgę, iż podjęłam tę decyzję. Rozstaliśmy się, a echo z klatki schodowej niosło echo moich kroków…











