Już w drugim dniu tegorocznego festiwalu akredytowani byli świadkami najważniejszych wydarzeń tej imprezy z polskiego punktu widzenia. Swoje nowe dzieła zaprezentowali bowiem Paweł Pawlikowski (Ojczyzna) a także współprodukowany przez Macieja Musiała utwór Asghara Farhadiego (Historie równoległe), który miał być reinterpretacją Krótkiego filmu o miłości Krzysztofa Kieślowskiego i częścią szerszego projektu. W rezultacie dostaliśmy jeden wspaniały film i jedno totalne nieporozumienie.
Wypada zacząć od dobrych wieści: Paweł Pawlikowski znowu nie zawiódł. Autor Idy i Zimnej wojny przyzwyczaił, iż poniżej pewnego poziomu nie schodzi i tym razem nie było inaczej. Ojczyzna (ocena: 8) opowiada o relacji między Thomasem Mannem (Hanns Zischler), laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie literatury, a jego córką Eriką (fenomenalna Sandra Hüller), którzy wybierają się w podróż do rodzinnych Niemiec. Mann wraca tam pierwszy raz po tym, jak wyemigrował do Kalifornii. Głównym wątkiem dzieła jest trauma, którą przeżywa jego córka po śmierci brata Klausa, ale ważne miejsce zajmuje też konfrontacja postaci Manna z przeszłością i grzechami swojej ojczyzny popełnionymi w II wojnie światowej. Film rozgrywa się na przestrzeni kilku dni i, jak już nas Pawlikowski przyzwyczaił, choć opowiada o wydarzeniach historycznych, to nie stara się skrupulatnie odtworzyć realia tamtych czasów i robić tradycyjnego „period piece”. Zamiast tego stawia na kameralność i fragmentaryczność narracji. Dzięki temu, jak sam przyznawał na konferencji, film unika toporności i staje się bardziej uniwersalny i osobisty. Reżyser, opowiadając o Mannie, zdaje się stawiać pytanie: czym jest dla nas ojczyzna i jak wiele możemy jej wybaczyć?
Patrząc na film przez pryzmat czysto techniczny – jest to kolejny majstersztyk Pawlikowskiego. Zdjęcia Łukasza Żala w (a jakże) czerni i bieli i w formacie 4:3 ponownie budują przestrzeń pełną melancholii, wyobcowania i niedopowiedzeń. Każdy kadr wydaje się tu precyzyjnie wymierzony, a statyczna kamera nie tyle obserwuje bohaterów, co zamyka ich w świecie emocjonalnych ruin i historycznych traum. Kompozycja kadru zachwyca i po raz kolejny każdą stopklatkę można by obramować i powiesić na ścianie. Minimalizm formalny nie służy jednak estetycznej demonstracji, a pozwala emocjom wybrzmieć lepiej. Na konferencji prasowej sam reżyser, zapytany, czemu trzyma się monochromatycznych zdjęć, przyznał, iż poprzez użycie koloru łatwo wpaść w pretensjonalność. Dzięki czarno-białym zdjęciom film jest w pewnym sensie “czysty”.
Czy jest to zatem dzieło na poziomie Zimnej Wojny i Idy? Uważam, iż niedużo mu do nich brakuje, ale jednak brakuje. Film nie posiada aż tak dużego ładunku emocjonalnego jak poprzednie utwory Pawlikowskiego. To wciąż jednak jest jedna z ciekawszych propozycji tegorocznego konkursu głównego i wydaje się pewniakiem do jednej z nagród – być może ponownie polski reżyser wyjedzie z Croisette z nagrodą za reżyserię – byłaby z pewnością więcej niż zasłużona.

Na drugim biegunie znalazł się, niestety, Asghar Farhadi – jego Historie równoległe (ocena: 4) to skrajnie nieudana próba reinterpretacji klasycznego już utworu Krzysztofa Kieślowskiego – Krótkiego filmu o miłości. Kieślowski słynął z reżyserskiej precyzji; u niego każdy kadr niósł ze sobą znaczenia; tymczasem Farhadi tworzy rozwleczoną i pełną powtórzeń telenowelę o pisarce (Isabelle Huppert), która, szukając inspiracji do swojej nowej książki, podgląda zamieszkałych braci oraz ich przyjaciółkę, zajmujących się produkcją filmów. Dzięki temu ucieka w fikcję i kreuje wyimaginowane postaci z ludzi w budynku po drugiej stronie ulicy. To wszystko ma być pewnym antidotum na rutynę codziennego życia. Irański twórca mocno zmienia oryginał – dodaje wątki, postaci, tematy. Głównym aspektem wydaje się kwestia wyobraźni. Kiedy sztuka pozostało sztuką, a kiedy staje się częścią nas i naszego życia?
Największym grzechem Farhadiego jest jednak nagminne rzucanie oka do fanów Kieślowskiego. Liczba „easter eggs” i nawiązań do innych dzieł polskiego reżysera jest tak duża, iż poniekąd odwraca uwagę od głównego tematu. Najbardziej rzucającą się referencją były chyba myszy w zapuszczonym mieszkaniu Isabelle Huppert, co oczywiście przywodzi na myśl Trzy kolory. Niebieski. W pewnym momencie mamy też scenę niemal wyjętą z Krótkiego filmu o zabijaniu i momentu morderstwa taksówkarza w tymże dziele. Filmowi towarzysza muzyka Zbigniewa Preisnera, która nutę w nutę wydaje się być kopią oryginału. Nic te odniesienia nie wniosły poza niepotrzebnym fan service’em.
















