Sebastian Gabryel: „Dreamer” opisujecie jako improwizowaną sesję elektroakustyczną. Na ile był to zapis konkretnego momentu, a na ile świadomie zaprojektowana sytuacja muzyczna? I czy wchodząc w tę sesję, mieliście jakiekolwiek założenia formalne – dotyczące energii, dynamiki, czasu trwania – czy wszystko miało wydarzyć się wyłącznie „tu i teraz”?
Stanisław Aleksandrowicz*: Absolutnie nie mieliśmy żadnych założeń ani strategii, ani choćby szkiców kompozycji. Jedynym założeniem było wykorzystanie elektroakustycznego instrumentarium w postaci syntezatorów oraz przetwarzanego elektronicznie saksofonu. Pierwotnie plan zakładał zarejestrowanie improwizowanej sesji, z której powycinamy co bardziej interesujące muzycznie fragmenty celem publikacji. Natomiast po zarejestrowaniu materiału i odsłuchu zgodnie stwierdziliśmy, iż materiał jest na tyle fajny w całości, iż wykorzystamy go w stu procentach, publikując całą, półgodzinną sesję.
SG: To płyta, która porusza się między jazzem, ambientem i elektroniką, momentami zahaczając o free. Czy w trakcie sesji pojawia się jednak to stricte jazzowe myślenie – forma, rozwój, kulminacja – czy raczej logika ambientowej zmiany stanu?

Stanisław Aleksandrowicz fot. K. Nowicka
SA: To zależy od części naszej improwizacji. W niektórych momentach zdecydowaliśmy się budować ambientowe smugi, powolnie i transowo rozwijające się albo niemal stojące w czasie i przestrzeni, aby później pójść w bardziej energetyczną, jazzową formę improwizowanej solówki i akompaniamentu.
SG: Improwizacja elektroakustyczna często balansuje między wolnością a utratą formy. Jak rozpoznajecie moment, w którym należy zaryzykować więcej, a kiedy się wycofać? Czy zdarzały się w trakcie sesji fragmenty, które uznaliście za zbyt nieprzewidywalne lub „idące za daleko”?
SA: W samą naturę improwizacji, zarówno w wymiarze jazzowym, jak i elektroakustycznym, wpisane jest to, iż niektóre fragmenty ocenimy post factum jako bardziej udane, a niektóre jako mniej, być może z takowych rezygnując. Z takim założeniem, z otwartą głową – oraz formą – zdecydowaliśmy się zanurzyć w improwizację, akceptując jej wynik, jakikolwiek by on był.
SG: Jaką rolę odgrywa aktywne słuchanie siebie nawzajem w sytuacji, gdy każdy z was operuje innym zestawem narzędzi i inną dynamiką reakcji? Czy różnice doświadczeń – akademickich, scenicznych, producenckich – realnie przekładają się na dynamikę wspólnego grania, czy w takiej formule improwizacji te podziały tracą znaczenie?
SA: Aktywne słuchanie jest bodaj najważniejszym czynnikiem formotwórczym w muzyce improwizowanej, w której indywidualna inicjatywa przeplata się z podejściem reaktywnym wobec dźwięków kolegów. Różne podejścia i „backgroundy” umożliwiają nam sięganie do różnych technik oraz „dialektów” muzycznych, wzbogacając brzmienie i nasycając nowoczesnością pomysły muzyczne.
SG: Patrząc w przyszłość: czy „Dreamer” otworzył wam nowy kierunek myślenia o wspólnym graniu, który chcielibyście dalej rozwijać, czy raczej był jednorazowym eksperymentem, po którym każdy z was pójdzie w swoją stronę, bogatszy o to doświadczenie?
SA: Myślę, iż zdecydowanie otworzył. W 2026 roku ukaże się trochę nowej muzyki, ale na razie cicho sza!
SG: Album zachowuje surowość sesji, a jednocześnie sprawia wrażenie bardzo świadomie wyprodukowanego. W tym kontekście: czy miks i mastering traktujecie jako etap czysto techniczny, czy jako kolejne ogniwo improwizacji, tylko już w innym czasie i przestrzeni?

Stanisław Aleksandrowicz fot. Bartosz Seifert
SA: Jako osoba odpowiedzialna za miks i mastering sesji podszedłem do niego tak, jakbym miksował materiał dla obcej osoby.
Jako perfekcjonista mam tendencję do ciągłego „dłubania” w projektach i kompozycjach, które w mojej głowie stale nie są wystarczająco dobre.
Doświadczenie studyjne nauczyło mnie tego, aby na pewnym etapie całkowicie zamknąć fazę kompozycji, improwizacji i produkcji i – choć czasem korci, aby dodać, tudzież odjąć parę nutek – powstrzymać owe ciągoty i skupić się na procesie miksu i masteringu, który jest w moim odczuciu także procesem kreatywnym. Zwłaszcza miks.
SG: Gdybyście mieli opisać „Dreamera” nie jako album, ale jako doświadczenie słuchowe, które chcieliście zaoferować odbiorcy – co, waszym zdaniem, powinno się wydarzyć po jego zakończeniu?
SA: Spacer po lesie.
SG: A gdyby potraktować improwizację nie jako akt twórczy, ale jako sposób odsłaniania tego, co już istnieje w dźwięku, to czy macie poczucie, iż podczas „Dreamera” coś odkryliście – albo przynajmniej pozwoliliście czemuś na chwilę się ujawnić?
SA: Dużą lekcją dla mnie było operowanie przez większość sesji, tylko jednym instrumentem, pozbawionym niemal efektów FX. Na co dzień, podczas pracy produkcyjnej, posługuję się rozbudowanym systemem modularnym, często wspomaganym przez możliwości programu DAW.
Taki system jest bardzo skomplikowany i oferuje wiele możliwości, ale z biegiem czasu odkrywam, jak bardzo limitacja wspomaga kreatywność.
Wielką sztuką jest uzyskanie wielu różnych dźwięków z jednego instrumentu, zarówno w kontekście syntezatorów, jak i instrumentów perkusyjnych, a narzucenie sobie limitacji – choćby w postaci ograniczenia sprzętowego – sprawia, iż w głowie pojawia się mnóstwo nowych pomysłów.
*Stanisław Aleksandrowicz – urodzony w Gdańsku, mieszkający w Poznaniu perkusista, kompozytor i producent muzyczny. Artysta poruszający się na styku jazzu, elektroniki i muzyki improwizowanej, ze szczególnym zainteresowaniem syntezatorami modularnymi. W swojej twórczości łączy muzykę z innymi dziedzinami sztuki, czerpiąc inspiracje choćby z poezji i nauki. Absolwent Akademii Muzycznej im. I. J. Paderewskiego w Poznaniu oraz Szkoły Doktorskiej tej uczelni. Doktor sztuki, wykładowca Akademii Sztuki w Szczecinie. Jako lider autorskich projektów zadebiutował albumem „Teoria względności” (2022), inspirowanym myślą Alberta Einsteina, a rok później wydał suitę jazzową „Pieśń o bębnie”, opartą na poezji Zbigniewa Herberta. Współtworzy liczne zespoły jazzowe, takie jak Stanisław Aleksandrowicz Quintet i Oktet, a także aktywnie działa jako muzyk sesyjny. Laureat wielu nagród i stypendiów artystycznych.








