Była żona…
To wszystko wydarzyło się dwa lata temu. Mój służbowy wyjazd do Krakowa dobiegał końca i lada moment miałem wracać do domu, do Torunia.
Kupiłem już bilet na autobus, ale do odjazdu zostały mi jeszcze trzy godziny, więc postanowiłem poszwendać się trochę po mieście. Właśnie wtedy zaczepiła mnie pewna kobieta, którą od razu poznałem.
To była moja pierwsza żona, z którą rozwiodłem się dwanaście lat temu. Urszula prawie nic się nie zmieniła, tylko twarz miała jakby bledszą niż kiedyś. Widać, ta niespodziewana konfrontacja poruszyła ją równie mocno co mnie.
Kochałem ją, wręcz chorobliwie. Przez własną zazdrość się rozwiedliśmy. Byłem zazdrosny dosłownie o wszystkich, choćby o jej mamę. Ledwie chwilę się spóźniła, a mi serce waliło jak młot i od razu snułem w głowie najczarniejsze scenariusze.
W końcu Urszula nie wytrzymała moich codziennych przesłuchań o to, gdzie była, z kim i po co. Przyszedłem pewnego razu z pracy z małym szczeniakiem pod pachą liczyłem, iż ją zaskoczę śmiesznym prezentem. Ale w mieszkaniu była cisza jak makiem zasiał, a na stole leżała kartka.
Napisała, iż mnie kocha, ale nie daje rady dłużej żyć pod tym jednym wielkim znakiem zapytania. Prosiła, żebym jej nie szukał i żebym jej wybaczył…
I oto po dwunastu latach spotykam ją przypadkiem na krakowskim rynku podczas delegacji. Rozmawialiśmy chyba z godzinę, po czym przypomniałem sobie, iż mój autobus do Torunia zaraz odjeżdża. Wreszcie zebrałem się na odwagę i mówię:
Przepraszam, Ula, ale muszę już lecieć, bo się spóźnię!
Wtedy Urszula prosi:
Sławek, zrób mi przysługę. Wiem, iż się spieszysz, ale na Boga, zrób to dla tych wszystkich naszych dobrych chwil. Chodź ze mną jeszcze do jednej instytucji, sama nie chcę tam iść, proszę.
Oczywiście się zgodziłem, choć rzuciłem pod nosem: Ale błyskawicznie! Weszliśmy do jakiegoś ogromnego budynku i zaczęliśmy chodzić po korytarzach, błąkać się między skrzydłami, schodzić i wchodzić schodami zdawało mi się, iż to zajęło raptem piętnaście minut. Mijali nas ludzie w każdym wieku: od dzieciaków po staruszków. W ogóle nie zastanowiło mnie, co dzieciaki robią w takim urzędzie. Myślałem tylko o Urszuli.
Nagle weszła do jakiegoś pokoju i zamykając drzwi rzuciła mi spojrzenie, jakby się żegnała, mówiąc przy tym:
To dziwne, ale nie potrafiłam być ani z tobą, ani bez ciebie.
Zostałem pod drzwiami, czekając aż wyjdzie.
Chciałem ją jeszcze zapytać, co miała na myśli, ale nie wracała. I wtedy mnie tknęło, jakbym nagle się przebudził. Przecież muszę się spieszyć na autobus, a stoję tu i czekam jak cielę! Rozejrzałem się i ogarnął mnie niepokój. Budynek był opuszczony, w oknach zieją dziury, zamiast schodów leżą jakieś dechy i z trudem zszedłem po nich na dół.
Na autobus do Torunia spóźniłem się o pełną godzinę, musiałem wydać jeszcze raz 50 złotych na nowy bilet. Kiedy kupowałem następny, usłyszałem, iż poprzedni autobus się rozbił i wpadł do Wisły. Nie uratował się nikt.
Dwa tygodnie później znalazłem przez urząd adresowy adres byłej teściowej. Jadwiga Marciniak przyjęła mnie trochę zdziwiona, a gdy spytałem o Urszulę, powiedziała, iż zmarła jedenaście lat temu, rok po rozwodzie. Nie uwierzyłem pomyślałem, iż boi się, iż znowu zamęczę Urszulę zazdrością.
Poprosiłem, by zaprowadziła mnie na grób Urszuli ku mojemu ogromnemu zdziwieniu zgodziła się bez wahania. Dwie godziny później stałem nad granitową tablicą, uśmiechała się do mnie z niej kobieta, którą kochałem całe życie i która w niewytłumaczalny sposób właśnie uratowała mi życie…









