Była żona…
To wydarzyło się dwa lata temu. Moja delegacja dobiegała końca i miałem wracać do domu, do Zabrza. Kupiwszy bilet na autobus, postanowiłem przespacerować się po mieście, bo miałem jeszcze trzy godziny zapasu. Na ulicy podeszła do mnie kobieta, którą od razu rozpoznałem.
To była moja pierwsza żona, z którą rozwiodłem się dwanaście lat wcześniej. Józefa niemal się nie zmieniła, może tylko jej twarz stała się nienaturalnie blada. Najwyraźniej ta niespodziewana rozmowa wzruszyła ją równie mocno jak mnie.
Kochałem Józefę z całych sił, do szaleństwa aż nadto, bo przez moją chorobliwą zazdrość musieliśmy się rozstać. Byłem zaborczy, bywało, iż byłem zazdrosny choćby o jej matkę. Wystarczyło, iż się spóźniła, a ja już czułem, jak serce wali mi w piersi, jakbym miał zaraz umrzeć.
W końcu Józefa nie wytrzymała codziennych wypytywań: gdzie była, z kim i dlaczego. Kiedyś wróciłem po pracy z małym szczeniaczkiem pod kurtką chciałem ją rozbawić takim prezentem. Ale w pokoju nikogo nie zastałem, tylko na stole leżała kartka.
W liście napisała, iż odchodzi, choć przez cały czas mnie kocha. Moje podejrzenia ją zniszczyły i musiała odejść. Prosiła o przebaczenie i błagała, żebym jej już nie szukał…
Teraz, po dwunastu latach, przypadkiem spotkałem ją w mieście, gdzie znalazłem się w sprawach służbowych. Rozmawialiśmy długo, aż zorientowałem się, iż mogę spóźnić się na autobus do Zabrza. W końcu zebrałem się na odwagę i powiedziałem:
Przepraszam, muszę już lecieć, bo spóźnię się na autobus.
Wtedy Józefa poprosiła:
Władziu, zrób mi tę przysługę. Wiem, iż się śpieszysz, ale dla wszystkiego, co nas łączyło, nie odmawiaj mi. Chodź ze mną do jednego biura, to dla mnie ważne, a sama nie potrafię tam wejść.
Zgodziłem się, choć zaznaczyłem: Ale szybko! Poszliśmy do dużego budynku i przez dłuższą chwilę kluczyliśmy z jednego skrzydła do drugiego. Schodziliśmy i wchodziliśmy po schodach, a mnie się wydawało, iż minęło najwyżej piętnaście minut. Mijali nas rozmaici ludzie od dzieci po bardzo wiekowych staruszków. Wtedy nie zastanawiałem się nad tym, co mogą tam robić dzieci i staruszkowie całą uwagę poświęcałem Józefie.
W pewnym momencie weszła do jakiegoś pomieszczenia i zamknęła za sobą drzwi. Zanim to zrobiła, spojrzała na mnie tak, jakby żegnała się po raz ostatni, mówiąc:
Jakie to dziwne, nie umiałam być ani z tobą, ani bez ciebie.
Stałem pod drzwiami i czekałem, aż wyjdzie. Chciałem ją zapytać, co miała na myśli, mówiąc to ostatnie zdanie. Ale nie wracała. Wtedy jakby oprzytomniałem przecież muszę zdążyć na autobus, a ja tu stoję i tracę czas!
Rozejrzałem się dookoła i… sparaliżował mnie lęk. Budynek, w którym byłem, okazał się opuszczonym gmachem. Zamiast szyb w oknach ziały wielkie dziury. Schodów nie było wcale, jedynie jakieś deski, po których z trudem zszedłem na dół.
Na autobus spóźniłem się o pełną godzinę. Musiałem kupić nowy bilet za 40 złotych. W kasie dowiedziałem się, iż autobus, na który się spóźniłem, przewrócił się i wpadł do Wisły. Nikt z pasażerów nie przeżył.
Dwa tygodnie później stanąłem pod drzwiami mojej byłej teściowej, którą odszukałem dzięki biuru meldunkowemu. Helena Zawadzka powiedziała mi, iż Józefa zmarła jedenaście lat temu, rok po naszym rozwodzie. Nie mogłem uwierzyć. Pomyślałem, iż pani Helena obawia się, iż znów zacznę szukać jej córki iż ciągle jestem taki sam jak kiedyś.
Poprosiłem, by pokazała mi grób Józefy. Ku mojemu zaskoczeniu zgodziła się bez wahania. Dwie godziny później stałem nad nagrobkiem. Ze zdjęcia uśmiechała się do mnie kobieta, którą kochałem całe życie. Kobieta, która w niewytłumaczalny sposób uratowała mi życie…
Czasem to, co wydaje się przypadkiem, jest w rzeczywistości opatrznością. Dopiero po latach zrozumiałem, iż miłość, choć nie zawsze przynosi nam szczęście, potrafi wciąż chronić choćby zza grobu.









