Ból i grzmot

filmweb.pl 1 tydzień temu
Zdjęcie: plakat


Raczej nieczęsto zdarza się, aby reżyser tuż po zdobyciu weneckiego Złotego Lwa zrobił film, w którym tak pogodnie wyśmiewa siebie i swój bogaty dorobek artystyczny. W końcu po premierze "W pokoju obok" łatwo można było odnieść wrażenie, iż Pedro Almodóvar żegna się z rolą demiurga, godząc się z przemijaniem i coraz realniejszą wizją nadchodzącej śmierci. Nic bardziej mylnego! Niepokonany patron kobiet na skraju załamania nerwowego wraca po 7 latach do Cannes, by wyśmiać swój status twórcy kultowego oraz wszystkich stworzonych na przestrzeni lat bohaterów: ich wieczne rozgorączkowanie, zamartwianie się o przyszłość i naiwną wiarę w możliwość rozpoczęcia życia od nowa. Z połączenia "W pokoju obok" oraz "Bólu i blasku" stworzył "Gorzkie święta" – filmowy roast pełen niespodzianek i autoironicznej dojrzałości, w której 76-latek oświadcza fanom wszem wobec: nigdzie się jeszcze nie wybieram!

Jak na Almodóvara przystało, w "Gorzkich świętach" wszystko jest "meta": protagonista filmu to uznany posiwiały reżyser Raúl Rossetti (Leonardo Sbaraglia) – alter ego Pedro i zarazem przedłużenie postaci, którą w "Bólu i blasku" grał przejmująco Antonio Banderas. Mężczyzna od jakiegoś czasu tkwi w reżyserskiej niemocy, ale, jak przyznaje swojej wieloletniej współpracowniczce i przyjaciółce Mónice (Aitana Sánchez-Gijón), nie może żyć bez robienia filmów. Mónica, która odchodzi z pracy, by skupić się wreszcie na sprawach prywatnych, radzi mu, aby zrobił to, co robi dzisiaj każdy (nie)szanujący się filmowiec: przyjął kasę od festiwalu w Katarze, zrobił jakąś wysokobudżetową szmirę dla platformy streamingowej i przeszedł na definitywną emeryturę. "Umrę, jeżeli przestanę kręcić filmy" – grozi, ba, postanawia wręcz Raúl, podkreślając na każdym kroku swoją "tragiczną" sytuację.

W takich właśnie okolicznościach cierpiący artysta zasiada do komputera, by opowiedzieć światu kolejną, niezwykle (nie)potrzebną autobiograficzną historię... Punktem wyjścia fabuły jest pierwszy poważny atak paniki Raúla, jakiego doświadczył na własnej skórze przed dwudziestoma laty. Wspomnienie te wkłada w postać Elsy – zamożnej, acz wypalonej agentki reklamowej, która w ferworze pracy nie znalazła czasu, by pogodzić się ze śmiercią własnej matki. Na ostry dyżur z powodu gigantycznej migreny zawozi ją wspierający, 15 lat młodszy chłopak Bonifacio (Patrick Criado), do złudzenia przypominający partnera Raúla, czułego i wyrozumiałego Santiego (Quim Gutiérrez).

Mikrokosmos Elsy obfituje w pstrokate kolory i wzory, choć daleko mu do sielanki. Kobieta ma pieniądze, atrakcyjnego partnera (striptizera i strażaka w jednym), a także ukochane przyjaciółki, ale z jakiegoś powodu nie potrafi być szczęśliwa. Na jej klatce spoczywa ogromny ciężar, a głowa pęka w szwach. Metaforą psychicznego przeciążenia bohaterki w filmie staje się obezwładniająca miasto burza. Każdy kolejny trzask grzmotu wzmacnia migrenę Elsy i niczym zły omen przypomina jej o nieprzepracowanych traumach. Pracoholizm nie tylko odebrał jej szansę na pożegnanie z chorą matką, ale także siebie samą. Może dlatego kobieta za wszelką cenę pragnie poczuć się sprawcza, pomagając Victorii (Victoria Luengo) uwolnić się od opresyjnego męża, a Natalii – pogodzić z tragiczną śmiercią synka (Milena Smit). Czy siostrzeństwo może być receptą na całe zło? Almodóvar po raz kolejny udowadnia, iż tak.

Wciągając się w perypetie Elsy, łatwo zapomnieć, iż to tylko fikcyjna postać ze scenariusza Raúla, co stanowi ostateczny dowód na to, iż laureat Oscara, Goyi, Złotej Palmy i Lwa wciąż potrafi snuć niezwykle angażujące narracje. Zręcznie idzie mu także doprowadzanie swoich bohaterów i bohaterek na skraj wytrzymałości. Gdy spragniony kolejnego sukcesu reżyser zleca Mónice przeczytanie rękopisu, "Gorzkie święta" zyskują na pikanterii. Okazuje się, iż nie bez powodu w jednej ze scen na kinowym afiszu wisi "Podglądacz". Eksmenadżerka dostaje szewskiej pasji, gdy odkrywa, iż Raúl napisał postać Natalii na podstawie życiorysu jej przyjaciółki. Wówczas Almodóvar rozpoczyna żarliwą dyskusję z samym sobą, przekonując Mónikę, a także widzów, iż życie potrzebuje odrobiny fikcji (a fikcja życia), aby stało się znośne. Bez pardonu opowiada nam o swoich lękach: iż nie napisze nigdy już niczego oryginalnego, wpadnie w pętlę repetytywności i skończy karierę na kradzieży cudzych doświadczeń. Cóż, poniekąd tak właśnie się stało.

"Gorzkie święta" im bliżej końca, tym bardziej stają się autotematycznym komentarzem na temat podglądactwa i presji tworzenia, przypominając konkursowe "Historie równoległe" Asghara Farhadiego. O tyle dobrze, iż najnowszy film Pedro nie trąci fałszem, jak chociażby anglojęzyczne "W pokoju obok". To odświeżające, gdy słynny almodóvarowski "overreacting" zostaje tu uleczony lekami przeciwlękowymi na receptę, których skuteczne działania z entuzjazmem odkrywa Elsa. Poza tym wszystko po staremu: łzy leją się hektolitrami, melodramatyczność sięga zenitu, a hiszpański twórca bawi się w przepisywanie historii. Nie zawodzą także jego błyskotliwe refleksje o współczesności. Według Pedro media społecznościowe stały się dzisiaj odpowiednikiem kabaretowego striptizu, a kino traci na jakości przez egoistów, którzy przyjmują kasiaste współprace ze streamingami, rzucając fanom ochłapy.

Powiedzmy to sobie szczerze: jeżeli któryś spośród żyjących wielkich reżyserów miałby niespodziewanie kopnąć w kalendarz na planie filmowym, byłby to prawdopodobnie Pedro Almodóvar. Trudno bowiem wyobrazić go sobie na dobrowolnej emeryturze: Hiszpan zrealizował 24 fabuły i wciąż nie ma dosyć. Kino to jego azyl, skarbnica wspomnień i najsilniejszy motor do działania. Już siedem lat temu w wywiadzie dla "The Wrap" przyznał, iż jest uzależniony od tworzenia, a myśl, iż film mógłby zniknąć z jego życia, autentycznie go przeraża. Dlatego właśnie "Gorzkie święta" sprawiają wrażenie niedokończonych – filmowiec nie wie jeszcze, kiedy i w jakich okolicznościach skończy się jego największa przygoda życia. Jedno wciśnięcie klawisza przez Ráula i "El fin", ot tak, znika z ekranu.
Idź do oryginalnego materiału