Bez "Bohemian Rhapsody" Ira Sachs nigdy nie przyjechałby do Cannes z "The Man I Love" – swoim nowym projektem opowiadającym (tylko częściowo) o chorującym na AIDS artyście, aktorze i performerze Jimmym George’u. Mężczyzna zakorzeniony w gejowskiej społeczności Nowego Jorku lat 80. pracuje mimetycznym przeobrażaniem się w inne persony popkultury: im bardziej zamknięte w swojej ekstrawagancji, tym stanowiące dla niego większe, twórcze wyzwanie. W 2018 roku pogrążony w swoich manieryzmach Rami Malek dwoił się i troił, żeby odtworzyć gest legendarnego wokalisty grupy Queen. Widząc go przed mikrofonem, Sachs musiał pomyśleć: Dobry Boże, ten chłopak ma wszystko, by zawojować światową scenę Dragu!
Dlatego też zaproponował mu współpracę przy "The Man I Love". Magnetyczna kreacja Maleka wysuwa się na pierwszy plan do tego stopnia, iż podejrzewam, iż to właśnie od jego nazwiska na pokładzie wszystko tak naprawdę się zaczęło. Potem przyszła fabuła, zresztą dosyć szczątkowa, otaczająca tę wymagającą, fizyczną rolę. Wymagającą, bo w "The Man I Love" aktor płynnie i dynamicznie musi zmieniać kierunki swojego naśladownictwa. Po pierwsze więc, odtwarzając postacie, w które w swoich występach wciela się jego bohater – na czele z graną kiedyś przez Sophie Clément Carmen z filmu "Il était une fois dans l'est" André Brassarda. Przygotowania do teatralnej adaptacji tego zapomnianego dzieła zaprzątają głowę chorego Jimmy’ego; choć nigdy tego nie mówi, podskórnie czuje, iż może być to jego ostatni wielki performens. Po drugie, Malek musiał wykreować też przekonujący portret człowieka podglądanego przez widza pomiędzy próbami i występami – zmęczonego, gasnącego pod wpływem AIDS homoseksualisty, niepogodzonego z faktem, iż śmierć może porwać go ze sceny, jeszcze zanim doczeka się braw szerokiej publiczności.
Tragedia to tym większa, iż Jimmy, jak każdy sceniczny artysta, to mężczyzna żywiący się przede wszystkim zewnętrzną walidacją. Przywiązanie zdaje się go nudzić, za to ekscytuje go podziw – pewnie dlatego opiekującego się nim partnera Dennisa (Tom Sturridge) regularnie podmienia w łóżku (i pod prysznicem, i w obskurnej klubowej toalecie…) na wpatrzonego w niego młodszego Vincenta (Luther Ford). On jest artystą, potrzebuje inspiracji; on chce się zakochać, chce się zakochać we mnie – kochanek tłumaczy się przed zazdrosnym chłopakiem Jimmy’ego, ale w swojej diagnozie nie mógłby być dalszy od prawdy. Tak, grany przez Maleka bohater faktycznie może potrzebować miłości, ale wyciąga ręce wyłącznie po miłość jednostronną. Zarówno taką, jaką fan obdarza swojego idola, jak i taką, jaką opiekujący się partner otula walczącego z chorobą cierpiętnika. Pomiędzy tymi silnymi uczuciami – nazywanymi w filmie być może tak samo, ale znaczącymi coś fundamentalnie innego – Sachs usadawia emocjonalne sedno swojej opowieści.
Ale w "The Man I Love" jest także inne sedno, które wielu innych filmowców z całą pewnością skusiłoby się wydobyć na pierwszy plan. Sachs tymczasem przez długi czas świadomie odsuwa je na dalszy, traktując jako fragment tła stopniowo przybliżający się do kamery. Mimo iż "The Man I Love" jest na pewnym poziomie opowieścią o mierzeniu się z chorobą, brutalnie atakującą niegdyś silne ciało i bystry umysł, słowo "AIDS" ani razu nie pada z ust żadnego z bohaterów. Reżyser lokuje wydarzenia w konserwatywnym USA ery Ronalda Reagana, na osi czasu gdzieś między akcją "Odruchu serca" a "Aniołów w Ameryce" i francuskich "120 uderzeń serca". W świecie filmu wirus HIV ciągle pozostaje w sferze tabu choćby pośród niektórych członków gejowskiej społeczności. Świeżo wkraczający do niej Vincent lekceważy skalę problemu; nieustannie podniecony nową, otwartą przed nim rzeczywistością, chce żyć i nie martwić się śmiercią. Dlatego głuchy jest na historię żyjących wcześniej w jego mieszkaniu chłopców, którzy zdiagnozowani pozytywnie, wyskoczyli z okna, trzymając się za ręce ze strachu przed agonią w męczarniach. Nie robi na nim też specjalnego wrażenia informacja, iż Jimmy raptem chwilę wcześniej szczęśliwie ledwo uszedł z życiem po walce z atakującą jego płuca pneumocystozą. To żadne szczęście, to przeznaczenie! – krzyczy naiwnie. Relacja z artystą, w którą się wikła, odsłoni przed nim także ten aspekt współtworzenia ekscytującej gejowskiej bohemy w Ameryce Reagana.
Sachs nie jest jednak specjalnie zainteresowany dociążeniem tego aspektu dramaturgicznie. Jego film przypomina raczej zbiór scen budujących atmosferę, a nie historię nowojorskiej mniejszości lat 80. To świat, w którym bohaterowie naprawdę żyją wiarą w znaczenie tworzonej przez siebie sztuki. Wieczorami spotykają się w dużej grupie w cudzych mieszkaniach, bez skrępowania śpiewają ulubione piosenki przy wielkim wspólnym stole, z papierosami w dłoniach grają na instrumentach, oklaskują się wzajemnie, zagłuszając dzwoniącego do drzwi sąsiada wybudzonego ze snu. Po próbach chodzą do gejowskich klubów, gdzie mokrzy od potu tańczą do hitów Talking Heads, ich nagie torsy oświetlane są przez niebieskie światła reflektorów.
To żywe, przekonujące obrazy, ale jednak tylko odciągające od pewnej scenariuszowej pustki. Sachs potrafi zbudować klimat emocjonalnego napięcia sekwencjami otoczonymi muzyką, wystarczy spojrzeć na bodaj najmocniejszą w filmie scenę rodzinnej uroczystości. Malek, śpiewający serenadę "What Have They Done to My Song Ma" Melanie Safki z dedykacją dla matki i ojca, demonstruje w niej pewne wyjątkowe połączenie żalu, strachu i siły, którego żaden z dialogów nie potrafi wyrazić (But maybe it'll all be alright, ma / Maybe it'll all be okay... wyrzuca z siebie już przez ściśnięte gardło). Gdy reżyser próbuje podobny efekt osiągnąć tekstem, kończy nie w tempo: albo w za dużym dystansie, albo zbyt bezpośrednio, jak w psującej zbudowane napięcie scenie konfrontacji z lekarzami w szpitalu. Mankamenty te przewrotnie tłumaczą, dlaczego Jimmy, ze wszystkich fachów na świecie, zajmuje się akurat sztuką; przestrzenią ekspresji, w której wiele da powiedzieć się czymś więcej niż prostolinijnym komunikatem.
Ostatecznie "The Man I Love" kończy trochę jak jego bohater – niespełniony, ale w pamięci tych, którzy go zobaczyli, żyjący na dłużej kilkoma przekonującymi występami. Poza zagrywającym się na ekranie Malekiem i odpowiednio wyciszonym Sturridge'em warto odnotować też obecność Rebeki Hall, jednej z najlepszych, a wciąż odpowiednio niedocenionych brytyjskich aktorek swojego pokolenia. Choć w roli siostry cierpiącego Jimmy’ego nie dostaje za dużo scenariuszowej przestrzeni, do układanki dodaje niezbędny ludzki element. Jest naturalnym przedłużeniem widza, który trochę niepewnie, ale z jak najlepszymi intencjami wchodzi do tego obcego sobie, fascynującego świata. Po roli w "Dniu Petera Hujara" staje się dla Sachsa kotwicą dla innej perspektywy, promyczkiem rozświetlającym przygaszoną zblazowaniem atmosferę. Wraz z jej zniknięciem z ekranu reżyser stopniowo dociąża miałką fabułę kosztem klimatu, tak jakby to jej skromna rola podtrzymywała magię jego dzieła – czego, jako jedyna istotna heteroseksualna bohaterka "The Man I Love", raczej nie powinna robić. Nostalgiczny portret żywej, wypełnionej ludźmi epoki przeobraża się w spacer duchów odsuwających się od kamery. Wspólnota wymieniona zostaje na jednostkę, ale żadna nie chce podjąć odpowiedniej inicjatywy. Choć w skrótowych podsumowaniach najnowszy projekt Iry Sachsa niechybnie zamieni się w "Ten film, w którym Rami Malek gra chorującego na AIDS homoseksualistę", w mojej głowie to raczej ten film, w którym Rami Malek gra wraz z bliskimi, śpiewa i cieszy się ich towarzystwem. Właśnie tak wolę go zapamiętać.
Dlatego też zaproponował mu współpracę przy "The Man I Love". Magnetyczna kreacja Maleka wysuwa się na pierwszy plan do tego stopnia, iż podejrzewam, iż to właśnie od jego nazwiska na pokładzie wszystko tak naprawdę się zaczęło. Potem przyszła fabuła, zresztą dosyć szczątkowa, otaczająca tę wymagającą, fizyczną rolę. Wymagającą, bo w "The Man I Love" aktor płynnie i dynamicznie musi zmieniać kierunki swojego naśladownictwa. Po pierwsze więc, odtwarzając postacie, w które w swoich występach wciela się jego bohater – na czele z graną kiedyś przez Sophie Clément Carmen z filmu "Il était une fois dans l'est" André Brassarda. Przygotowania do teatralnej adaptacji tego zapomnianego dzieła zaprzątają głowę chorego Jimmy’ego; choć nigdy tego nie mówi, podskórnie czuje, iż może być to jego ostatni wielki performens. Po drugie, Malek musiał wykreować też przekonujący portret człowieka podglądanego przez widza pomiędzy próbami i występami – zmęczonego, gasnącego pod wpływem AIDS homoseksualisty, niepogodzonego z faktem, iż śmierć może porwać go ze sceny, jeszcze zanim doczeka się braw szerokiej publiczności.
Tragedia to tym większa, iż Jimmy, jak każdy sceniczny artysta, to mężczyzna żywiący się przede wszystkim zewnętrzną walidacją. Przywiązanie zdaje się go nudzić, za to ekscytuje go podziw – pewnie dlatego opiekującego się nim partnera Dennisa (Tom Sturridge) regularnie podmienia w łóżku (i pod prysznicem, i w obskurnej klubowej toalecie…) na wpatrzonego w niego młodszego Vincenta (Luther Ford). On jest artystą, potrzebuje inspiracji; on chce się zakochać, chce się zakochać we mnie – kochanek tłumaczy się przed zazdrosnym chłopakiem Jimmy’ego, ale w swojej diagnozie nie mógłby być dalszy od prawdy. Tak, grany przez Maleka bohater faktycznie może potrzebować miłości, ale wyciąga ręce wyłącznie po miłość jednostronną. Zarówno taką, jaką fan obdarza swojego idola, jak i taką, jaką opiekujący się partner otula walczącego z chorobą cierpiętnika. Pomiędzy tymi silnymi uczuciami – nazywanymi w filmie być może tak samo, ale znaczącymi coś fundamentalnie innego – Sachs usadawia emocjonalne sedno swojej opowieści.
Ale w "The Man I Love" jest także inne sedno, które wielu innych filmowców z całą pewnością skusiłoby się wydobyć na pierwszy plan. Sachs tymczasem przez długi czas świadomie odsuwa je na dalszy, traktując jako fragment tła stopniowo przybliżający się do kamery. Mimo iż "The Man I Love" jest na pewnym poziomie opowieścią o mierzeniu się z chorobą, brutalnie atakującą niegdyś silne ciało i bystry umysł, słowo "AIDS" ani razu nie pada z ust żadnego z bohaterów. Reżyser lokuje wydarzenia w konserwatywnym USA ery Ronalda Reagana, na osi czasu gdzieś między akcją "Odruchu serca" a "Aniołów w Ameryce" i francuskich "120 uderzeń serca". W świecie filmu wirus HIV ciągle pozostaje w sferze tabu choćby pośród niektórych członków gejowskiej społeczności. Świeżo wkraczający do niej Vincent lekceważy skalę problemu; nieustannie podniecony nową, otwartą przed nim rzeczywistością, chce żyć i nie martwić się śmiercią. Dlatego głuchy jest na historię żyjących wcześniej w jego mieszkaniu chłopców, którzy zdiagnozowani pozytywnie, wyskoczyli z okna, trzymając się za ręce ze strachu przed agonią w męczarniach. Nie robi na nim też specjalnego wrażenia informacja, iż Jimmy raptem chwilę wcześniej szczęśliwie ledwo uszedł z życiem po walce z atakującą jego płuca pneumocystozą. To żadne szczęście, to przeznaczenie! – krzyczy naiwnie. Relacja z artystą, w którą się wikła, odsłoni przed nim także ten aspekt współtworzenia ekscytującej gejowskiej bohemy w Ameryce Reagana.
Sachs nie jest jednak specjalnie zainteresowany dociążeniem tego aspektu dramaturgicznie. Jego film przypomina raczej zbiór scen budujących atmosferę, a nie historię nowojorskiej mniejszości lat 80. To świat, w którym bohaterowie naprawdę żyją wiarą w znaczenie tworzonej przez siebie sztuki. Wieczorami spotykają się w dużej grupie w cudzych mieszkaniach, bez skrępowania śpiewają ulubione piosenki przy wielkim wspólnym stole, z papierosami w dłoniach grają na instrumentach, oklaskują się wzajemnie, zagłuszając dzwoniącego do drzwi sąsiada wybudzonego ze snu. Po próbach chodzą do gejowskich klubów, gdzie mokrzy od potu tańczą do hitów Talking Heads, ich nagie torsy oświetlane są przez niebieskie światła reflektorów.
To żywe, przekonujące obrazy, ale jednak tylko odciągające od pewnej scenariuszowej pustki. Sachs potrafi zbudować klimat emocjonalnego napięcia sekwencjami otoczonymi muzyką, wystarczy spojrzeć na bodaj najmocniejszą w filmie scenę rodzinnej uroczystości. Malek, śpiewający serenadę "What Have They Done to My Song Ma" Melanie Safki z dedykacją dla matki i ojca, demonstruje w niej pewne wyjątkowe połączenie żalu, strachu i siły, którego żaden z dialogów nie potrafi wyrazić (But maybe it'll all be alright, ma / Maybe it'll all be okay... wyrzuca z siebie już przez ściśnięte gardło). Gdy reżyser próbuje podobny efekt osiągnąć tekstem, kończy nie w tempo: albo w za dużym dystansie, albo zbyt bezpośrednio, jak w psującej zbudowane napięcie scenie konfrontacji z lekarzami w szpitalu. Mankamenty te przewrotnie tłumaczą, dlaczego Jimmy, ze wszystkich fachów na świecie, zajmuje się akurat sztuką; przestrzenią ekspresji, w której wiele da powiedzieć się czymś więcej niż prostolinijnym komunikatem.
Ostatecznie "The Man I Love" kończy trochę jak jego bohater – niespełniony, ale w pamięci tych, którzy go zobaczyli, żyjący na dłużej kilkoma przekonującymi występami. Poza zagrywającym się na ekranie Malekiem i odpowiednio wyciszonym Sturridge'em warto odnotować też obecność Rebeki Hall, jednej z najlepszych, a wciąż odpowiednio niedocenionych brytyjskich aktorek swojego pokolenia. Choć w roli siostry cierpiącego Jimmy’ego nie dostaje za dużo scenariuszowej przestrzeni, do układanki dodaje niezbędny ludzki element. Jest naturalnym przedłużeniem widza, który trochę niepewnie, ale z jak najlepszymi intencjami wchodzi do tego obcego sobie, fascynującego świata. Po roli w "Dniu Petera Hujara" staje się dla Sachsa kotwicą dla innej perspektywy, promyczkiem rozświetlającym przygaszoną zblazowaniem atmosferę. Wraz z jej zniknięciem z ekranu reżyser stopniowo dociąża miałką fabułę kosztem klimatu, tak jakby to jej skromna rola podtrzymywała magię jego dzieła – czego, jako jedyna istotna heteroseksualna bohaterka "The Man I Love", raczej nie powinna robić. Nostalgiczny portret żywej, wypełnionej ludźmi epoki przeobraża się w spacer duchów odsuwających się od kamery. Wspólnota wymieniona zostaje na jednostkę, ale żadna nie chce podjąć odpowiedniej inicjatywy. Choć w skrótowych podsumowaniach najnowszy projekt Iry Sachsa niechybnie zamieni się w "Ten film, w którym Rami Malek gra chorującego na AIDS homoseksualistę", w mojej głowie to raczej ten film, w którym Rami Malek gra wraz z bliskimi, śpiewa i cieszy się ich towarzystwem. Właśnie tak wolę go zapamiętać.














