Po ostatnich studiach przy sekretarzyku, obok kominka, z gęsim piórem w dłoni, otoczony okultystycznymi księgami doszedłem do wniosku, iż
Bleed on my Teeth to najsłabszy album Adorior. Werdykt ten podyktowan został nie tylko li posłuchaniem na szybkości podczas obierania kartofli, ale długą sesją z płytami przesympatycznej Melissy i spółki. Debiut bardzo u mnie zyskał, bo jak na fali powrotu i zasadniczej miłości do
Author of Incest włączyłem sobie
Like Cutting The Sleeping to pomyślałem sobie, iż to takie tam. W sumie jak postawić jedynkę i dwójkę obok siebie, to drugi pełniak jest bezsprzecznie lepszy, ale jak posłuchałem sobie tej pierwszej już na spokojnie, z czystą głową, to jest to naprawdę fajny materiał. Jeszcze nie wpadli w tak dziki i nieokiełznany szał, jak na następnej, ale już stoją pod jego wrotami i ten ich black metal ma pewne znamiona oryginalności. Najnowsza za to jawi się jako krok w tył, nie jakiś ogromny, ale jednak w tył. Trochę to wygląda tak, jakby dalej byli podkurwieni, ale w którymś momencie ktoś powiedział "Panowie i, niestety nieliczne, Panie, bez przesady". A może po prostu próbuję dorobić sobie jakieś tło do faktu, iż najzwyczajniej w świecie kawałki napisali chujowsze, bo bardziej wkurwić się już po prostu nie da?
Niemniej,
Autor Kazirodztwa dalej rozkurwia na strzępy a debiut, chociaż mu ustępuje, to też nie daje sobie dmuchać w kaszę.
Statystyki: autor: DiabelskiDom — 14 min. temu