Biurowy Romans – recenzja filmu. Dużo wulgaryzmów i miłości

popkulturowcy.pl 2 godzin temu

Dobrze prosperująca firma. Zakaz romansów pomiędzy pracownikami. Przystojny prawnik. Inteligenta prezeska. Uczucie, które ich łączy. Czy Biurowy Romans Netflixa oferuje widzowi coś więcej niż oklepaną historię o zakazanym związku w miejscu pracy? Odpowiedź nie jest taka oczywista.

Biurowy Romans to najnowsza komedia romantyczna Netflixa. Za reżyserię odpowiada Ol Parker. Scenariusz natomiast napisali wcielająca się w główną rolę Brett Goldstein oraz Joe Kelly, których możemy kojarzyć z pracy nad Tedem Lasso.

Mogłoby się wydawać, iż Jacqueline “Jackie” Cruz (Jennifer Lorenz) to kobieta sukcesu. W końcu jest prezeską rodzinnych linii lotniczych Air Cruz i radzi sobie z tym zadaniem świetnie. Gdyby tylko konkurencja nie robiła problemów, a jej własny ojciec nie zapominał, iż nie jest już małą dziewczynką… Daniel Blanchflower (Brett Goldstein) to z kolei wybitny prawnik z Wielkiej Brytanii, którego życie zmusiło do porzucenia kariery na rzecz zdecydowanie mniej ambitnej pracy w firmie Jackie. Chociaż zawodowo oboje nie mają sobie równych, to bliscy ciągle im wspominają, iż ich życie miłosne nie istnieje. Trudno jednak się temu dziwić. Oboje mają znacznie ważniejsze rzeczy na głowie, a nieliczne randki, na które chodzą, kończą się dość krwawo i żenująco. Lepiej po prostu skupić się na pracy. Tam przecież nie ma miejsca na żadne romanse. W końcu polityka firmy stanowczo tego zakazuje.

Pewnego dnia dochodzi do katastrofy. Zaufany prawnik Air Cruz, Peter Vance, popełnia straszliwy błąd – kłóci się przez telefon, jednocześnie jedząc burrito, co kończy się dla niego hospitalizacją. Jest to o tyle niefortunne, iż za chwilę Air Cruz czeka ważne przesłuchanie w sprawie umowy z nowym lotniskiem. Jackie na gwałtownie potrzebuje nowego prawnika. Najlepiej takiego, który już pracuje w firmie. Takim sposobem trafia na Daniela, a coś, co miało być tylko zawodową współpracą, kończy się tytułowym biurowym romansem, którego żadna z postaci, mimo licznych deklaracji, nie potrafi przerwać. Prawdziwy koszmar pracowników HR.

Fot. Materiały prasowe

Powiedzieć, iż Biurowy Romans to produkcja specyficzna, to jak nic nie powiedzieć. Podczas seansu można odnieść wrażenie, iż ogląda się jednocześnie trzy filmy, każdy z innej parafii. Po pierwsze, mamy tu oczywiście komedię romantyczną z dość sympatycznymi bohaterami, którym choćby się kibicuje. Fabuła nie jest szczególnie oryginalna i podąża utartym schematami – szczęśliwie jednak aktorzy nadrabiają to chemią. I można byłoby po prostu uznać, iż to niewinna, chociaż mocno sztampowa, historia miłosna. Tylko iż są tam jeszcze elementy, które mogą doprowadzić widza do wątpliwości, czy przypadkiem nie włączył złego tytułu.

Na pewien sposób Biurowy Romans jednocześnie oferuje nam typową historię miłosną, jak i satyrę na oklepaną wątki w tego typu produkcjach. Niektóre sceny są zbyt przerysowane, aby traktować je na poważnie, ale jest ich za mało, aby w pełni mówić o pastiszu. Jakby tego było mało, to wkrada się tu jeszcze trzeci rodzaj filmu. Dość wulgarna komedia, która próbuje wprowadzić postaci i widza w jak największy dyskomfort. Z tego powstaje naprawdę dziwna mieszanka, która serwuje nam graficzne sceny porodu z widokiem na wszystko, ale jednocześnie upewnia się, aby erotyka kończyła się na zdjęciu męskiej koszulki. Nie można przecież gorszyć widowni.

Fot. Materiały prasowe

Warto zaznaczyć, iż film broni się nieco postaciami. Główna para, chociaż dość jednowymiarowa, ma w sobie tyle absurdalnego chaosu, iż ogląda się ich z przyjemnością. Pomaga tutaj też chemia pomiędzy Lorenz i Goldstein. Na szczególną pochwałę zasługują wcielająca się w przyjaciółkę Jackie – Sydney – Betty Gilpin, jak i grająca siostrę Daniela Jodie Whittaker. Obie bohaterki są na tyle przerysowane, iż aż miło się na nie patrzy. Niestety to za mało, aby przywiązać się do tych postaci. Zwłaszcza gdy o większości ich cech dowiadujemy się przez dialogi. Jest tu na przykład scena, w której współpracownicy Daniela opowiadają mu, jak surową szefową jest Jackie. Tylko że… Jacqueline na ekranie nie robi nic, co mogłoby tłumaczyć dystans jej podwładnych.

Film Netflixa próbuje być czymś ciekawszym niż typowa komedia romantyczna, ale nie jest on na tyle oryginalny w swojej fabule, aby to osiągnąć. Bohaterowie są sympatyczni, jednak nie zapadają w pamięć. Stawka praktycznie nie istnieje. choćby muzyka nieszczególnie się wyróżnia. Produkcja prawdopodobnie byłaby wręcz nudna, gdyby nie humor, który bierze widza z zaskoczenia. Niestety aspekt komediowy jednocześnie ratuje produkcję, jak i miejscami ją pogrąża. Niektóre żarty są całkiem udane, ale większość z ich jest strasznie nierówna i nieraz przekracza granicę dobrego smaku. Podsumowując, czym jest więc Biurowy Romans? Doskonale wszystkim już znaną historią miłosną, ale przy tym też wulgarna komedią i produkcją, którą trudno komuś polecić.


Fot. główna: Materiały prasowe

Idź do oryginalnego materiału