Bielszy odcień czerni

kulturaupodstaw.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: fot. Grzegorz Buśko


Małgorzata Leśniak: Pamiętasz, kiedy fotografia pojawiła się w twoim życiu?

Grzegorz Buśko: Mam wspomnienia z bardzo wczesnego dzieciństwa. Miałem 5 lub 6 lat, więc był rok 1976 lub 1977, i obserwowałem mojego starszego brata, który interesował się fotografią. Widziałem stojący w łazience sprzęt do wywoływania zdjęć i patrzyłem na magię, kiedy na białej kartce papieru nagle zaczynał się rysować obraz. Z początku nieostry i mglisty, ale z każdą sekundą coraz wyraźniejszy.

Dla małego dzieciaka to były czary. Potem było kilka lat przerwy. Zdjęcia pojawiły się w moim życiu na nowo, kiedy zacząłem przygodę w drużynie harcerskiej o profilu fotograficznym.

ML: W harcerstwie były drużyny z profilami?

GB: Traf chciał, iż w szkole podstawowej nr 7, w której się uczyłem, jednym z opiekunów młodych harcerzy był pan, który pracował wówczas w milicji i miał dostęp do dobrego sprzętu fotograficznego. To w drużynie harcerskiej, w harcówce, która była w szkole, uczyłem się podstaw, m.in. wywoływania negatywów i robienia odbitek. A kiedy ja uczyłem się teorii i praktyki, to rodzice kupili mi sprzęt i mogłem obrabiać zdjęcia w domu.

ML: Pamiętasz pierwsze inspiracje? Co fotografowałeś, jak już miałeś swój sprzęt?

Autoportret

GB: Nie miałem konkretnych ulubionych obiektów, to był czas, kiedy jeszcze szukałem. Pamiętam obozy harcerskie w Szklarskiej Porębie. Tam też mieliśmy sprzęt do wywoływania zdjęć i z któregoś z obozów wróciłem z główną nagrodą za najlepsze zdjęcie. Na nagrodzonym zdjęciu był wodospad Szklarka.

ML: A nagrodę pamiętasz?

GB: O tak, wygrałem dwuobiektywową lustrzankę.

ML: I po tym obozie rozkręciłeś się?

GB: Nie, odłożyłem na kilka lat aparat. Myśl o fotografowaniu wróciła w 2005 roku, kilka miesięcy przed narodzinami mojego syna, Pawła. Pamiętam, iż po nowy aparat fotograficzny, pierwszą moją lustrzankę cyfrową, jechałem pod niemiecką granicę, do człowieka, który sprowadzał sprzęt z Niemiec i można było go u niego kupić w dobrej cenie.

ML: I wtedy już wiedziałeś, co chcesz fotografować?

GB: To była cyfrówka, nie trzeba było wydawać pieniędzy na film do aparatu, więc nie musiałem się ograniczać. przez cały czas eksperymentowałem.

Paweł

Pierwsze tematyczne zdjęcia z tego okresu powstały, jak urodził się Paweł. A nowe spojrzenie i świadome szukanie kadru budziło się z wiekiem i dojrzewaniem.

W 2011 roku skończyłem w Poznaniu dwuletnią szkołę o profilu fotograficznym. Już przed szkołą miałem warsztat. Wiedziałem dużo w temacie techniki: obsługi aparatu, przesłony, migawki, czułości, balansu bieli i głębi ostrości.

ML: Czego więc brakowało?

GB: W szkole poznałem historię. Co mnie tam na początku zdziwiło, to pomysł oglądania obrazów. Zdziwienie mija, kiedy uświadomisz sobie, iż kiedyś nie było zdjęć, były obrazy. A przecież i w obrazach, i w zdjęciach chodzi o uchwycenie kadru.

I dlatego, patrząc na dzieła dawnych mistrzów malarstwa, uczyliśmy się o kompozycji. Szkoła mnie ukierunkowała, bo zacząłem się interesować historią fotografii. Miałem już wiedzę i narzędzia do własnych poszukiwań i do wypracowania indywidualnego spojrzenia na świat.

ML: W poszukiwaniu własnej drogi ważne są inspiracje. Myślę też, iż one dużo mówią o nas, bo nie bez powodu wybieramy tych, a nie innych mistrzów. Który z artystów jest dla ciebie ważny?

GB: Zacznijmy od Antona Corbijna, holenderskiego fotografa i reżysera. W latach 80. wypracował on własny, surowy styl oparty na kontrastowych, czarno-białych zdjęciach, z charakterystycznym ziarnem. W 2007 roku Corbijn nakręcił „Control”, film biograficzny o Ianie Curtisie, wokaliście zespołu Joy Division.

Inspiracje

Myślę, iż przyciągnęła mnie do niego mieszanka wspólnych pasji: fotografii i rocka, bo Corbijn ma w swoim dorobku zdjęcia i teledyski wielu wokalistów i zespołów rockowych.

Kolejnym artystą, o którym muszę wspomnieć, jest Robert Mapplethorpe. Tu też mamy nawiązanie do muzyki, bo Mapplethorpe przyjaźnił się z Patti Smith, którą często fotografował. I to znowu są czarno-białe zdjęcia, a jedno z nich zobaczyć można na okładce jej debiutanckiego albumu „Horses”.

ML: Nie jestem fotografem ani znawcą sztuki, jednak zaryzykuję postawienie tezy, iż więź emocjonalna przekłada się na głębię obrazu, ale i przekazu.

GB: Też tak myślę, wystarczy zobaczyć zdjęcia, które zrobiłem mojemu synowi, Pawłowi. Robienie zdjęć obcym ludziom to jest zawsze szukanie prawdy, którą chcesz pokazać na zdjęciu. jeżeli kogoś znasz, to ta prawda już jest, trzeba tylko znaleźć dla niej perspektywę.

ML: Wróćmy do inspiracji. Kogo jeszcze podglądasz?

GB: Na liście musi być Henri Cartier-Bresson, jeden z najwybitniejszych francuskich fotografów, uważany za ojca fotoreportażu, twórca zdjęć ulicznych. To on ukuł termin „decydujący moment”, który stał się punktem zwrotnym w historii fotografii.

Decydujący moment, według Cartiera-Bressona, mógł był wyczekany lub zaskakujący dla fotografa, a oznacza umiejętność uchwycenia w kadrze chwili, która nadaje wyjątkowy wymiar fotografowanym obiektom. Żeby osiągnąć ten cel, potrzebne jest dobre oko, refleks, intuicja i warsztat.

Do grona artystów, którzy mnie inspirują, dodam też Ryszarda Horowitza i jego zabawę perspektywą oraz Tomasza Borysa Gudzowatego. Ten drugi podróżuje po świecie i robi świetne, czarno-białe zdjęcia. Jego fotografie charakteryzują wyraźne kontrasty, bo między czernią a bielą nie ma na nich miejsca na odcienie, na szarości.

ML: Nie uciekniemy od czerni i bieli.

GB: Nie. (śmiech)

ML: A skąd w gronie twoich fascynacji malarz Zdzisław Beksiński?

Grzegorz i Paweł

GB: Bo jestem fanem Beksińskiego. On nie tylko malował. W jego twórczości są też rysunki i fotografie. Jest np. zdjęcie Beksińskiego siedzącego na bujanym fotelu ustawionym na kamiennej drodze. Tak mocno weszło mi ono w głowę, iż zrobiłem podobne.

Znalazłem koło Sypniewa kamienną drogę i na niej sfotografowałem siebie i Pawła na bujanym fotelu. Twórczość Beksińskiego była też dla mnie inspiracją podczas jednego z projektów. Wykorzystałem wtedy do obróbki moich zdjęć profesjonalne programy graficzne.

ML: Ja też lubię Beksińskiego. Należy do mojej wyjątkowej trójcy, razem z Pieterem Bruegelem i Hieronimem Boschem. Rozmawiamy w okresie okołoświątecznym, może przeczyta tę rozmowę jakiś spóźniony mikołaj i podrzuci mi pod choinkę dobrą reprodukcję jednego z mistrzów. (śmiech)

GB: Ja jestem wytrwałym fanem, bo poluję na wystawy Zdzisława Beksińskiego. Odwiedziłem wszystkie stałe ekspozycje w Polsce. Między innymi wystawę w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej, gdzie widziałem jeden z najsłynniejszych obrazów Beksińskiego, przedstawiający splecioną w uścisku parę.

Beksiński w bunkrze

I tu ciekawostka. Jakieś dwadzieścia lat temu miałem zajawkę na chodzenie po bunkrach. Odwiedziliśmy ze znajomymi m.in. duży kompleks bunkrów poniemieckich w Międzyrzeczu i w jednym z tuneli trafiłem na narysowaną węglem na białej ścianie splecioną w uścisku parę z obrazu Beksińskiego.

ML: Czy dziś, bogatszy w wiedzę i inspiracje, możesz już powiedzieć, iż masz swój ulubiony obiekt fotografowania?

GB: Powiedziałbym, iż charakterystyczny jest nie tyle obiekt, co sposób, w jaki go pokazuję. Robię też zdjęcia na zlecenie i wtedy obiekt jest narzucony, ale oko jest moje. To, jak spojrzę na ten obiekt i jak sfotografuję. Ale gdybym miał powiedzieć, co najbardziej mnie inspiruje, to byłby to street art. Lubię podglądać miejskie życie.

ML: Znam twoje zdjęcia, więc wiem, iż na tych ulicznych fotografiach nie ma pozowania.

GB: Nie może być, bo kiedy ludzie wiedzą, iż robi się im zdjęcie, to sztywnieją i zaczynają przybierać sztuczne, nienaturalne pozy. A nie o to chodzi.

ML: A o co?

GB: O zapis życia ulicy i miasta.

ML: Ważnym okresem w twojej pracy fotografa były podróże. Wiem, iż zwiedziłeś kawał świata. Jest jakieś miejsce, które zrobiło na tobie szczególne wrażenie?

GB: Muszę powiedzieć o dwóch miejscach, o Pakistanie i Papui-Nowej Gwinei.

ML: Bo?

GB: Kiedy jeździsz po świecie, to widzisz, iż świat naprawdę jest dużą wioską. Są może inne krajobrazy i inna architektura, ale ludzie bywają podobni. Są przyzwyczajeni do turystów i świadomi.

Kiedy w Peru chciałem zrobić zdjęcie pani, która przędła, to ona wyciągnęła rękę i poprosiła najpierw o dolara. Dlatego tak dużym zaskoczeniem była dla mnie wizyta w Pakistanie. Ludzie, których poznałem, byli szczerzy i bezinteresowni. Sami ustawiali się do fotografii, chcieli, żebym zrobił im zdjęcie.

Po półgodzinie na targowisku w Peszawarze to Pakistańczycy chcieli sobie zrobić z nami zdjęcia, nie musieliśmy ich o to prosić. W kraju, w którym nie ma wielu turystów, białe twarze były atrakcją. Pakistan jest państwem muzułmańskim, więc kobiet na ulicach nie było wiele, ale mężczyźni chętnie się z nami fotografowali.

ML: Wspomniałeś też o Papui-Nowej Gwinei. Z tego samego powodu?

GB: Tak, i choć niektóre rejony Papui-Nowej Gwinei są popularne wśród turystów, to są też tereny, gdzie biała twarz gości bardzo rzadko. To bardzo zróżnicowany kulturowo kraj, o czym świadczy też liczba języków. Na terenie Papui-Nowej Gwinei funkcjonuje ich ponad osiemset.

ML: Sprawdziłam. Wikipedia podaje, iż w Papui-Nowej Gwinei mówi się 851 językami. To plasuje ją na pierwszym miejscu na świecie pod względem liczby używanych w kraju języków. Papua-Nowa Gwinea ma też aż cztery języki urzędowe: angielski, tok pisin, hiri motu i język migowy, który dołączył w 2015 roku.

GB: Pytałaś o wspomnienia z podróży. Mam jeszcze jedno z Papui-Nowej Gwinei i nie jest nic a nic związane z fotografowaniem. Kiedy tubylcy widzieli nas w busie, to sami podchodzili i częstowali nas betelem, miejscowym rarytasem. To orzech, który bardzo brudzi wargi, język i zęby. Poplamiony nim materiał jest praktycznie nie do uratowania. Betel jest na tyle „niebezpieczny”, iż w hotelach, obok tabliczki z zakazem palenia, jest druga – z zakazem jego żucia.

ML: Podróże kształcą, co?

GB: O tak! (śmiech)

ML: Wróćmy do wrażeń wzrokowych. Gdyby ktoś cię zapytał, gdzie widziałeś najpiękniejsze kobiety, to co byś odpowiedział? Oczywiście poza Polską, bo jak wiadomo i o czym śpiewa Andrzej Rosiewicz – najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny. Jak jest w reszcie wielkiego świata?

GB: Brazylijki są piękne. To pewnie też skutek dużego zróżnicowania. Mamy geny rdzennych plemion, które zmieszały się z genami napływowej ludności. I ta mieszanka w Brazylii zaowocowała wyjątkową urodą kobiet.

Brazylijka

A przy okazji opowieści o napływowej ludności w Ameryce Południowej, przypomniała mi się rodzinna historia. Nie znałem mojego dziadka ze strony mamy, ale w domu mówiło się, iż kilka lat przed II wojną światową dziadek wyjechał na dwa lata do Ameryki i zarobił tyle, iż po powrocie do Polski postawił murowany dom.

W głowie ułożyło mi się to tak, iż chodzi o pobyt w Stanach Zjednoczonych, bo to pierwsze skojarzenie: Ameryka, czyli Stany. Pewnego dnia znalazłem zdjęcie, na którym widać dziadka siedzącego w wiklinowym fotelu. Potem wróciłem z podróży do Ameryki Południowej i wróciłem do tematu dziadka i Ameryki. Rozmawiałem z siostrą i to ona mnie naprostowała, iż dziadkowa Ameryka to była ta południowa i Argentyna, a nie Stany Zjednoczone w Ameryce Północnej.

ML: Gdybyś mógł, to gdzie chciałbyś zamieszkać? Kiedy zobaczy się tyle świata, to pewnie łatwiej odpowiedzieć na to pytanie.

GB: Zaskoczę cię, bo mieszkać chciałbym tam, gdzie jeszcze nigdy nie byłem – w Nowej Zelandii.

ML: Dlaczego tam? Czyżby ciągnęło cię do krainy hobbitów? Do zielonych łąk Śródziemia i Shire?

GB: Nie (śmiech). To jest obraz, który mam w głowie już od czasu szkoły średniej. Obraz wszystkich zdjęć Nowej Zelandii, jakie widziałem, wciąż trzyma mnie w przekonaniu, iż to tam chciałbym żyć.

ML: Obserwuję twój profil na Facebooku i widzę zdjęcia z podróży. Zmieniają się miasta, kraje i kontynenty, ale z każdego miejsca zostaje ślad w postaci zdjęcia z filiżanką kawy. O co chodzi z tą kawą?

GB: Zacznijmy od tego, iż przez lata zawodowo zajmowałem się sprzedażą kawy, więc towarzyszyła mi codziennie. Kiedy zaczęły się podróże po świecie, to naturalnym elementem poznawania innych kultur była filiżanka kawy. Na swojej stronie publikowałem od czasu do czasu zdjęcia z kawą, aż stało się to moim znakiem rozpoznawczym.

ML: Swój udział w tworzeniu tej tradycji mieli też komentujący twoje zdjęcia, bo w pewnym momencie ludzie zaczęli reagować na kolejne zdjęcia filiżanki z kawą.

GB: To nie była planowana akcja, ale w końcu stało się tak, iż ludzie zaczęli dopytywać o fotki z kawą.

ML: A o jaką kawę ty dopytujesz, kiedy jesteś w wielkim świecie?

GB: Dobrą (śmiech). I to niekoniecznie jest kwestia marki czy proporcji mieszanki. jeżeli jest dobry produkt i kawa jest świeżo zmielona, to trudno ją zepsuć.

ML: Pojawił się w naszej rozmowie świat jako jedna wielka wioska. Czy to oznacza też, iż wszędzie można wypić dobrą kawę?

GB: Bywa trudno. Pamiętam przygodę z poszukiwaniem filiżanki małej czarnej we wspomnianym Pakistanie, gdzie nie ma tradycji picia kawy.

W jednym miejscu upolowaliśmy kawę, ale miała kolor słomkowy. Drugie polowanie zaczęło się obiecująco, bo wypatrzyliśmy duży barowy ekspres do kawy. euforia wstąpiła w nas wielka, a oczekiwania były jeszcze większe. I zawód nas spotkał, bo okazało się, iż ekspres się zepsuł.

Było i trzecie polowanie, tym razem w hotelu. Podczas śniadania poprosiliśmy kelnera o kawę. Wrócił po chwili z dzbankiem i napełnił nasze filiżanki. Kolor się zgadzał, bo płyn czarny jak smoła, ale już po pierwszym łyku wiedzieliśmy, iż to nie kawa, a herbata. Piekielnie mocna, ale herbata.

ML: Zostańmy przy kawie. Wiem, iż jednym ze zleceń, które wykonałeś, była sesja, podczas której fotografowałeś piec do wypalania kawy. Co jeszcze robisz na zlecenie?

GB: Robię sesje produktowe, ale też zdjęcia portretowe i reportaże okolicznościowe, np. ślubne.

ML: Jak trafiają do ciebie klienci?

GB: Ważnym kanałem informacyjnym jest mój profil na Facebooku. Są wystawy, ale media społecznościowe mają większy zasięg. To na Facebooku publikuję moje zdjęcia. Tam ludzie mogą je zobaczyć i tam można się ze mną skontaktować.

ML: Zostawmy biznesy i porozmawiajmy o Pawle. Często go fotografujesz i to są wyjątkowe zdjęcia.

GB: Paweł jest wcześniakiem, urodził się w szóstym miesiącu ciąży i od chwili narodzin robię mu zdjęcia. Dziś Paweł ma 20 lat i już nie jest tak łatwo zrobić mu zdjęcie. Kręci się, wierci, odwraca.

Paweł

Nigdy nie było tak, iż Paweł pozował, to ja musiałem złapać odpowiedni moment. Ale dziś nie zawsze ma ochotę, żebym robił mu zdjęcia i ja to muszę uszanować.

Osoby z taką niepełnosprawnością jak u Pawła nie mają pełnej świadomości tego, co się dzieje. On jest 20-letnim sześciolatkiem. Widzi, iż go fotografuję, ale nie myśli o tym, co dalej będzie z tym zdjęciem. Dla niego to jest chwila, ta chwila, kiedy robię zdjęcie, a Paweł jest po prostu sobą.

ML: I ja tę szczerość widzę. Na zdjęciach Pawła nie ma pozowania, nie ma kombinowania, który profil jest lepszy. Jest autentyczność i prawda. A jeżeli już o prawdzie mowa, na twoim profilu facebookowym przeczytałam motto: „Fotografując, staraj się pokazać to, czego bez ciebie nikt by nie zobaczył”. Co oznaczają dla ciebie te słowa?

GB: To cytat z reżysera Roberta Bressona. Ja lubię kino, a film przecież składa się ze zdjęć. Kadrowania uczę się, oglądając też zdjęcia innych, ale i filmy. Słowa Bressona oznaczają potrzebę zwrócenia uwagi nie tylko na szczegóły, ale i perspektywę, która pokaże obiekt w innym wymiarze – takim, który może być nieoczywisty dla widza.

Jest więc zabawa perspektywą i głębią, ale i światłem oraz cieniem. Samo słowo „fotografia” pochodzi z greki i oznacza rysowanie światłem. Chodzę więc ulicami i szukam. Wypatruję światła, cienia, perspektywy oraz głębi i czekam na adekwatną chwilę. Na decydujący moment.

Grzegorz Buśko – fotograf, którego prace można zobaczyć na stronie oraz na jego profilu na Facebooku.

Idź do oryginalnego materiału