„Unguibus et rostro” dosłownie tłumaczy się „szponami i dziobem”, a w przenośni wyrażenie to oznacza – walczyć zaciekle i ze wszystkich sił.
Ta łacińska sentencja przyświecała założycielom Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, którzy zebrali się po raz pierwszy 12 stycznia 1857 roku. A zebrało się ich niemało, bo już na pierwszym spotkaniu zjawiły się czterdzieści dwie osoby.
Inicjatorem tego przedsięwzięcia był Kazimierz Szulc, gimnazjalny profesor historii. Towarzystwo, działające na terenie pruskiego zaboru, postawiło sobie za cel krzewienie nauki i kultury polskiej „ze wszystkich sił”.
Bardzo gwałtownie zyskało ono niezwykłą rangę w Wielkopolsce i znalazło wspaniałych darczyńców.
Jednym z najhojniejszych był Seweryn Mielżyński. Przekazał on nowo powstałemu towarzystwu swoją kolekcję cennych dzieł sztuki, zbiory numizmatyczne i archeologiczne, i również między innymi dzięki niemu powstał gmach siedziby PTPN-u, który do tej pory znajduje się w tym samym miejscu. Dziś przy ulicy imienia Seweryna Mielżyńskiego.
Z czasem dzięki ofiarności innych bogatych i wpływowych Wielkopolan, a istniejącą kamienicę rozbudowano, tworząc wewnętrzny dziedziniec. Architektami pracującymi przy tym projekcie (bez honorarium, jak wszyscy inni łaskawcy) byli Zygmunt Gorgolewski i Roger Sławski. Gdy dziś wchodzi się na przepiękny dziedziniec PTPN-u, jest się w otoczeniu kilku pięknych kamienic i tylko nieliczni wiedzą, iż będąc już na pierwszym piętrze, można obejść całość dookoła.
Dobry przykład ma wielką moc
Niezwykła ofiarność wszystkich, którzy przyczynili się do powstania Towarzystwa, sprawiła, iż w ich ślady poszło wiele innych osób.

fot. M. Adamczewska
Między innymi tym sposobem do Biblioteki PTPN-u trafiło pierwsze wydanie dzieła Mikołaja Kopernika „O obrotach ciał niebieskich” wydane w Norymberdze w 1543 roku.
Na jego pierwszej stronie pozostał wpis – „Towarzystwu Przyjaciół Nauk w Poznaniu składa w ofierze Prof. Wituski. Poznań 2.3.[18]91”.
Profesor Leon Wituski był jednym z wielu. Różnymi drogami trafiały do zbiorów specjalnych Biblioteki PTPN-u wspaniałe rękopisy, takie jak traktat „Głos wolny wolność ubezpieczający” Stanisława Leszczyńskiego, inkunabuły w gotyckich oprawach, starodruki, pośród nich atlasy, na przykład „Harmonia Macrocosmica” Andreasa Cellariusa, mapy, a choćby zielniki, między innymi przepiękny zielnik nadniemieńskich roślin Elizy Orzeszkowej.
Akta, rękopisy i zapiski
Wśród wyjątkowych darów znalazły się również takie użyteczne rękopisy jak Akta urzędu wójtowskiego w Jarocinie z lat 1557–1611.
Akta te trafiły do Biblioteki Towarzystwa już w 1886 roku, a ofiarował je jarociński aptekarz Franciszek Ksawery Beym. Podarował on również dwa kolejne rękopisy, ale one niestety zaginęły, prawdopodobnie w czasie II wojny światowej.
Tym bardziej cenne jest to, iż ponad osiemdziesiąt stron gęstych zapisków, poczynionych przez prawdopodobnie dwudziestu trzech pisarzy, a dotyczących stu dwudziestu spraw, rozczytał, a następnie opracował i wydał dr Norbert Delestowicz.
Na pewno XIX-wieczny jarociński donator bardzo by się ucieszył, iż te wspaniałe miejskie zapiski sprzed ponad czterystu pięćdziesięciu lat przetrwały, a co ważne, mogą je przeczytać wszyscy współcześni mieszkańcy Jarocina, naukowcy, regionaliści, jak i cała reszta, którzy zechce się przenieść w czasie.
Są to niezwykłe pamiątki z życia wczesnonowożytnego Jarocina. Z nich można dosłownie dowiedzieć się, co też miał do przekazania szewc Jakub Anioł, który

fot. M. Adamczewska
„będąc chorym na ciele, ale [zdaje się] zdrowym na umyśle, siedząc na stołku, będąc przyodziany, przyobuty, opasany i czapkę mając na głowie (…) ażeby też poswarki, a niesnaski jakie między przyjacioły jego a powinowatymi, tak bliskimi jak i dalekimi nie stały się, testament, albo ostatnią wolę, w ten sposób, który niżej idzie, uczynieł…” .
Albo usłyszeć, co zeznała Zofia Moraska, która przed radą miejską oświadczyła, iż wszystko przekazuje

fot. M. Adamczewska
„mężowi swemu Wojciechowi Moraskowi, oddalają wszystkie przyjacioły swoje, mówiąc, iż od żadnego przyjaciela nic nie mam… telko ten mój małżonek w mojej chorobie dość mi uczynił, jako przynależy na cnotliwego małżonka…”.
Wiadomym powszechnie stało się również, co też Żyd Hauryn z Kalisza kwitował sukiennikom jarocińskim, a także, na ile wycenili ławnicy głowę zamordowanego nieboszczyka Mateusza. Niezwykle brzmi zapisek, iż winnym dołożono jeszcze karę publicznej pokuty – winowajca miał bowiem… leżąc na grobie nieboszczykowskim mówić głosem wielkim

fot. M. Adamczewska
„Mateuszu proszę cię dla Pana Boga, odpuść mi”. A przyjaciel [zabitego] stojąc nad nim z gołym mieczem, ma odpowiedzieć za umarłego, mówiąc „iżeś nam zabieł brata, a to ja, abo my, lepszą litość mam, albo mamy nad tobą niżeś ty miał nad nim. Panie Boże odpuść”.
Dzięki bibliotece, wydawnictwu PTPN-u, grantom i dr. Norbertowi Delestowiczowi przeczytać można również współcześnie opracowane testamenty z miasta Bnina i z Żerkowa, a „Księgi miejskie Zaniemyśla. Zapiski z XVIII wieku” ukazały się między innymi pod patronatem Wielkopolskiego Urzędu Marszałkowskiego.
Pytania do pana dr. Norberta Delestowicza, dyrektora Biblioteki PTPN

fot. M. Adamczewska
JJ: Biblioteka Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk istnieje od połowy XIX wieku. Bardzo gwałtownie stała się biblioteką ważną, wspieraną i odwiedzaną przez niezwykłych ludzi, których nazwiska stały się nazwami ulic. Czy jest wśród nich ktoś, kogo chciałby pan spotkać dzisiaj?
ND: Wybór wcale nie jest oczywisty, bo choć w historii Biblioteki PTPN nie brak postaci wybitnych i powszechnie upamiętnionych w przestrzeni miasta, ja najchętniej spotkałbym się z Bolesławem Erzepkim. Nie doczekał się on co prawda swojej ulicy w Poznaniu, ale dla samego Towarzystwa był postacią absolutnie kluczową. Przez lata związany z Biblioteką PTPN, uchodził za „chodzącą encyklopedię” – człowieka o niezwykłej erudycji, doskonałej pamięci i rozległych zainteresowaniach. To właśnie tacy cisi bohaterowie codziennej pracy naukowej i bibliotecznej w największym stopniu budowali rangę tej instytucji.
Spotkanie z nim byłoby dla mnie fascynujące nie tylko ze względu na jego wiedzę, ale także możliwość rozmowy o tym, jak wyglądała praca biblioteczna i naukowa w realiach XIX i początku XX wieku – w czasach, gdy działalność PTPN miała również wymiar patriotyczny i była formą troski o zachowanie polskiej kultury.

fot. M. Adamczewska
JJ: Zafascynował mnie projekt opracowywania wielkopolskich ksiąg miejskich. Księgi te są gęsto zapisane, i to przez wiele różnych osób. Opracował pan wiele rękopisów. Czy wszystko udaje się rozczytać? Czy udaje się rozpoznać znajomą rękę któregoś z pisarzy?
ND: Zdarza się oczywiście, iż nie wszystko udaje się odczytać, ale na szczęście nie są to sytuacje bardzo częste. W zdecydowanej większości przypadków, przy sporej dawce cierpliwości, tekst daje się jednak rozpoznać.
Identyfikacja rąk pisarskich jest jednym z ważniejszych elementów tej pracy – staramy się ustalać, który z pisarzy sporządzał dany zapis, śledzić zmiany charakteru pisma, a czasem także wychwytywać indywidualne cechy konkretnej osoby. To pozwala lepiej zrozumieć sam dokument i jego kontekst.
Najbardziej fascynujące jest jednak coś innego – moment, kiedy po dłuższym zmaganiu z trudnym, nieczytelnym fragmentem nagle udaje się go rozszyfrować. Te dawne, często zawiłe zapiski potrafią długo stawiać opór, ale satysfakcja z ich odczytania jest duża i wynagradza cały wysiłek.
JJ: Dla mnie czytanie takich żywych zapisków, jak te z Jarocina sprzed czterystu pięćdziesięciu lat, jest wspaniałym, dostępnym i nadzwyczaj przyjemnym sposobem na przeniesienie się w czasie. Mogę wyobrazić sobie tych ludzi, którzy w „przytomności umysłu” dyktują swą ostatnią wolę, a zapisujący ją pisarz drobi litery, by wszystko się zmieściło. Czy ktoś szczególnie zapisał się panu w pamięci?
ND: Mam bardzo podobne odczucia jak pani – to rzeczywiście niezwykłe doświadczenie obcowania z tak żywym materiałem źródłowym. Najbardziej fascynujące jest dla mnie to, iż ogromna część spraw, którymi zajmowali się ówcześni mieszczanie, pozostaje zaskakująco aktualna. Ludzie sprzedają domy, sporządzają testamenty, spierają się, przeżywają euforii i troski – dokładnie tak jak dziś. Ta ciągłość ludzkich doświadczeń robi ogromne wrażenie.
Nie mam jednej, wyraźnie ulubionej zapiski, choć jest jedna, która szczególnie zapadła mi w pamięć – testament żerkowskiego organisty Jakuba Hobierkowicza z 1 lipca 1708 roku, wpisany do księgi 13 maja 1710 roku. To tekst niezwykły, utrzymany w bardzo rozpaczliwym i przejmującym tonie. Autor, opisując doświadczenie zarazy w Żerkowie, kreśli dramatyczny obraz sytuacji i z wielką pokorą oraz troską prosi o opiekę nad pozostawionymi dziećmi. To jeden z tych fragmentów, które wyjątkowo mocno uświadamiają, jak bliskie są nam emocje ludzi sprzed wieków.

fot. M. Adamczewska
JJ: Jak dotychczas ukazały się „Księgi miejskie Zaniemyśla”, „Księga testamentów miasta Bnina” i „Księga wójtowska miasta Żerkowa”. Jakie jeszcze miasta i miasteczka Wielkopolski doczekają się publikacji
ND: Opublikowane zostaną jeszcze księgi z takich miast jak Koźmin Wielkopolski, Kobylin i Zbąszyń. Oczywiście myślimy już także nad kolejnymi, ale to plany na dalszą przyszłość.

fot. M. Adamczewska
JJ: To opracowania bardzo istotne dla historyków badających zamierzchłą codzienność, ale – co mnie bardzo cieszy – również dostępne i przystępne dla pasjonatów, regionalistów i mieszkańców opisywanych miast. Może ktoś znajdzie swoich przodków…
ND: Od początku założeniem projektu było jak najszersze udostępnienie ksiąg miejskich – nie tylko środowisku naukowemu, ale także mieszkańcom, pasjonatom i regionalistom. Szczególnie zależało nam na tym, by trafić do odbiorców z mniejszych miast, które – w przeciwieństwie do dużych ośrodków – rzadziej doczekują się publikacji poświęconych swojej historii.
Dlatego staramy się opracowywać te źródła w sposób możliwie przystępny, tak aby mogły służyć nie tylko badaczom, ale też wszystkim zainteresowanym przeszłością własnej miejscowości. jeżeli ktoś odnajdzie w tych zapisach ślady swoich przodków, to będzie to bardzo satysfakcjonujący efekt tej pracy.

fot. M. Adamczewska
JJ: Czy możemy liczyć na opracowanie innych rękopisów, które znajdują się w Bibliotece PTPN-u?
ND: Mam taką nadzieję – choć warto podkreślić, iż w Bibliotece PTPN staramy się nie ograniczać wyłącznie do ksiąg miejskich. Równolegle podejmujemy wysiłki, by wydawać także inne przechowywane u nas rękopisy, zwłaszcza te o charakterze wspomnieniowym.
Do takich należą m.in. wspomnienia Marii Aleksandry Smoczkiewicz, pamiętnik Władysława Szczurkiewicza czy relacje Wiktora Gładysza. Tego rodzaju źródła są niezwykle cenne, bo pozwalają spojrzeć na przeszłość przez pryzmat indywidualnych doświadczeń.
Chcielibyśmy ten kierunek kontynuować – tak, aby stopniowo udostępniać coraz szersze spektrum rękopisów znajdujących się w naszych zbiorach, zarówno o charakterze urzędowym, jak i osobistym.





