Głośna muzyka. Wrzaski, śmiechy, krzyki. Czasem coś gruchnie o ziemię, coś się przewróci, coś będzie łomotać. Tak wygląda niemal każda filmowa impreza. I tak też wygląda nowy film Travisa Knighta "Władcy Wszechświata".
Na pierwszy rzut oka porównanie chaosu domowej imprezy z filmem, przy którym pracowało setki osób i na który wydano gigantyczne pieniądze, może wydawać się karkołomne. Niemniej jednak o filmie Knighta można wiele powiedzieć, ale z całą pewnością nie to, iż ma on przemyślaną strukturę, a reżyser nad wszystkim trzyma pieczę. I choć siłą rzeczy odpowiedzialność za taki stan rzeczy spada przede wszystkim na Knighta, to jednak tu ewidentnie część winy ponoszą. Bowiem Hollywood od lat przymierzało się do realizacji nowej opowieści o He-Manie. Jednak kolejne wizje trafiały do kosza, pozostawiając po sobie jedynie mniej lub bardziej dopracowane konspekty scenariuszowe. "Władcy Wszechświata" są dziełem patchworkowym – sklejonym z różnych tekstów, czego efektem jest całkowity brak spójności. Film co chwilę sobie zaprzecza... czasami choćby w obrębie jednej sceny.
Travis Knight ewidentnie machnął na to ręką i zachowując się niczym typowy gospodarz prywatki, która wymknęła mu się spod kontroli, postanawia być optymistą i skupić na pozytywach. Dla reżyser "Władców Wszechświata" tymi pozytywami mają sceny komediowe i sceny akcji. Jednych i drugich jest zresztą w filmie sporo. Widzowie będą więc mieli powody, by śmiać się z perypetii głównego bohatera, który prezentowany jest jako sympatyczny ciamajda. Zadbano też, by walki, pościgi, pojedynki, bitwy pojawiały się bardzo często, żeby widz nie miał za bardzo czasu zastanawiać się nad tym, co adekwatnie ogląda. Bo na tym właśnie opiera się cały film: na kompletnym wyłączeniu myślenia. choćby przez chwilę nie powinniście zastanawiać się, co jest źródłem żartów, co bohaterowie mówią i jak prezentowana są sceny akcji. Musicie być jak mocno wstawieni imprezowicze, którzy przekonani są, iż odkrywają sekrety wszechświata, kiedy w rzeczywistości bełkoczą bez składu i ładu. Jak długo pozwolicie trwać iluzji beztroskiej zabawy, ta długo "Władcy Wszechświata" będą Was bawić.
Jeśli jednak popełnicie błąd i zaczniecie się zastanawiać nad tym, co oglądacie, iluzja pryśnie. I nie będzie już powrotu. Nagle zobaczycie, iż humor jest tu traktowany jako mechanizm obronny, który ma maskować karkołomne wręcz niedociągnięcia scenariuszowe. Zaczniecie kwestionować choćby to, dla kogo jest ten film zrobiony. Na pozór wydaje się, iż jest on dla starszych widzów, którzy znają nie tylko pierwszy film kinowy o He-Manie, ale też animację z lat 80. Ale twórcy dokonują zaskakujących i niczym nieuzasadnionych zmian w stosunku do serialu animowanego. Może też wydawać się, iż jest to film dla fanów szeroko pojętej fantastyki, dla grających w TTRPG i uczestników LARPów. Ale wiele żartów polega na wyśmiewaniu kultury geeków i podkreślaniu, jaką wartość mają duże mięśnie (nawet jeżeli muskulatura nie została zbudowana naturalnymi środkami). Trudno też uznać film za odpowiedni dla dzieci, bo źródłem komedii są tu pełne seksualnych podtekstów żarty rodem z szatni, jak również celebracja dokonywanych rzezi, jakby to było po prostu jedno z osiągnięć w ekscytującej grze wideo.
Film próbuje zrekonstruować kiczowatą stylistykę kina fantasy lat 80. Jednak twórcy czynią to w sposób wymuszony, całkowicie pozbawiony autentyzmu. Nie ma tu czystego charakteru bezwstydnej zabawy, jaka charakteryzowała na przykład "Flasha Gordona". Tu funkcjonuje mechanizm impulsowej stymulacji. Owszem, potrafi on zdziałać cuda, a wyłącznie wtedy, kiedy widz dobrowolnie podda się manipulacji. Dla Waszego dobra radzę to zrobić, bo tylko wtedy z kina wyjdziecie w pełni zadowoleni.
Na pierwszy rzut oka porównanie chaosu domowej imprezy z filmem, przy którym pracowało setki osób i na który wydano gigantyczne pieniądze, może wydawać się karkołomne. Niemniej jednak o filmie Knighta można wiele powiedzieć, ale z całą pewnością nie to, iż ma on przemyślaną strukturę, a reżyser nad wszystkim trzyma pieczę. I choć siłą rzeczy odpowiedzialność za taki stan rzeczy spada przede wszystkim na Knighta, to jednak tu ewidentnie część winy ponoszą. Bowiem Hollywood od lat przymierzało się do realizacji nowej opowieści o He-Manie. Jednak kolejne wizje trafiały do kosza, pozostawiając po sobie jedynie mniej lub bardziej dopracowane konspekty scenariuszowe. "Władcy Wszechświata" są dziełem patchworkowym – sklejonym z różnych tekstów, czego efektem jest całkowity brak spójności. Film co chwilę sobie zaprzecza... czasami choćby w obrębie jednej sceny.
Travis Knight ewidentnie machnął na to ręką i zachowując się niczym typowy gospodarz prywatki, która wymknęła mu się spod kontroli, postanawia być optymistą i skupić na pozytywach. Dla reżyser "Władców Wszechświata" tymi pozytywami mają sceny komediowe i sceny akcji. Jednych i drugich jest zresztą w filmie sporo. Widzowie będą więc mieli powody, by śmiać się z perypetii głównego bohatera, który prezentowany jest jako sympatyczny ciamajda. Zadbano też, by walki, pościgi, pojedynki, bitwy pojawiały się bardzo często, żeby widz nie miał za bardzo czasu zastanawiać się nad tym, co adekwatnie ogląda. Bo na tym właśnie opiera się cały film: na kompletnym wyłączeniu myślenia. choćby przez chwilę nie powinniście zastanawiać się, co jest źródłem żartów, co bohaterowie mówią i jak prezentowana są sceny akcji. Musicie być jak mocno wstawieni imprezowicze, którzy przekonani są, iż odkrywają sekrety wszechświata, kiedy w rzeczywistości bełkoczą bez składu i ładu. Jak długo pozwolicie trwać iluzji beztroskiej zabawy, ta długo "Władcy Wszechświata" będą Was bawić.
Jeśli jednak popełnicie błąd i zaczniecie się zastanawiać nad tym, co oglądacie, iluzja pryśnie. I nie będzie już powrotu. Nagle zobaczycie, iż humor jest tu traktowany jako mechanizm obronny, który ma maskować karkołomne wręcz niedociągnięcia scenariuszowe. Zaczniecie kwestionować choćby to, dla kogo jest ten film zrobiony. Na pozór wydaje się, iż jest on dla starszych widzów, którzy znają nie tylko pierwszy film kinowy o He-Manie, ale też animację z lat 80. Ale twórcy dokonują zaskakujących i niczym nieuzasadnionych zmian w stosunku do serialu animowanego. Może też wydawać się, iż jest to film dla fanów szeroko pojętej fantastyki, dla grających w TTRPG i uczestników LARPów. Ale wiele żartów polega na wyśmiewaniu kultury geeków i podkreślaniu, jaką wartość mają duże mięśnie (nawet jeżeli muskulatura nie została zbudowana naturalnymi środkami). Trudno też uznać film za odpowiedni dla dzieci, bo źródłem komedii są tu pełne seksualnych podtekstów żarty rodem z szatni, jak również celebracja dokonywanych rzezi, jakby to było po prostu jedno z osiągnięć w ekscytującej grze wideo.
Film próbuje zrekonstruować kiczowatą stylistykę kina fantasy lat 80. Jednak twórcy czynią to w sposób wymuszony, całkowicie pozbawiony autentyzmu. Nie ma tu czystego charakteru bezwstydnej zabawy, jaka charakteryzowała na przykład "Flasha Gordona". Tu funkcjonuje mechanizm impulsowej stymulacji. Owszem, potrafi on zdziałać cuda, a wyłącznie wtedy, kiedy widz dobrowolnie podda się manipulacji. Dla Waszego dobra radzę to zrobić, bo tylko wtedy z kina wyjdziecie w pełni zadowoleni.
















