Batman jest stary. To fakt, któremu trudno zaprzeczyć i który często możemy zauważyć w kolejnych dziełach poświęconych temu bohaterowi. Wiele motywów zostało już wykorzystanych i po tylu latach twórcom coraz trudniej jest pokazać tę postać w naprawdę świeży sposób.
Batman: Miasto szaleństwa Christiana Warda udowadnia jednak, iż choćby Gotham można jeszcze przedstawić z zupełnie innej perspektywy.
Zobacz również: Venom. Tom 3 – recenzja komiksu. Co dwa symbionty, to nie jeden
fot. kadr z komiksuPunktem wyjścia jest tutaj pomysł, który na pierwszy rzut oka wydaje się banalnie prosty. Skoro Gotham ma swoją historię, mieszkańców, przestępców i potwory, to dlaczego pod nim nie miałoby istnieć coś jeszcze? Coś o wiele mroczniejszego i straszniejszego niż dobrze znane, przestępcze Gotham. Tak właśnie powstaje Dolne Gotham – miejsce będące wypaczonym odbiciem miasta Mrocznego Rycerza. To świat niemal wyjęty z koszmaru, przestrzeń, która karmi się strachem i nienawiścią mieszkańców.
Ward nie daje Batmanowi kolejnego przeciwnika, którego trzeba po prostu pokonać. Tym razem antagonistą staje się samo miejsce. Im głębiej Bruce zagłębia się w Dolne Gotham, tym bardziej zaczyna rozumieć, iż nie wszystko da się rozwiązać dzięki dedukcji i odpowiedniego planu. A przecież właśnie na tym Batman od zawsze budował swoją przewagę.
Miasto szaleństwa bardzo gwałtownie przestaje być klasyczną historią o superbohaterze, a zaczyna przypominać horror. I to taki mocno inspirowany twórczością H.P. Lovecrafta. Ward bardzo dobrze wykorzystuje ten motyw. Przestrzeń przestaje być logiczna, znane postacie zostają wypaczone, a Gotham zaczyna wyglądać jak miejsce wyjęte z najgorszego koszmaru. Czytelnik niekoniecznie będzie się tutaj bał, ale z pewnością poczuje narastający niepokój i dyskomfort. I moim zdaniem właśnie o to autorowi chodziło.
Zobacz również: Supergirl. Świat – recenzja komiksu. Wielka podróż Kary
fot. kadr z komiksuChristian Ward stworzył komiks, który potrafi wyglądać absolutnie fenomenalnie. Niektóre plansze są niezwykle kreatywne, wręcz psychodeliczne, i jednocześnie piękne. Kolory potrafią zaatakować czytelnika, a sposób przedstawienia Dolnego Gotham świetnie współgra z jego surrealistycznym charakterem. W tych najlepszych momentach grafiki doskonale oddają obłęd tego miejsca i sprawiają, iż trudno oderwać wzrok od kolejnych stron.
Problem w tym, iż poziom rysunków jest zaskakująco nierówny. Czasami dostajemy planszę, przy której można zatrzymać się na dłużej i podziwiać pomysłowość autora. Chwilę później trafiamy jednak na grafikę, która sprawia wrażenie dziwnie niedokończonej. I nie chodzi tutaj o celowy zabieg, który ma wzbudzać niepokój. Niektóre kadry po prostu wyglądają gorzej. Są mniej dopracowane, mniej czytelne i zwyczajnie mniej atrakcyjne. Co ciekawe, ta nierówność potrafi występować choćby na przestrzeni kilku sąsiadujących ze sobą stron.
Podobna nierówność występuje także wśród bohaterów tej opowieści. Z jednej strony mamy ciekawie stworzoną postać Two-Face’a, który realnie mierzy się z rozdwojeniem, a może raczej roztrojeniem jaźni. Widzimy jego zmagania z chorobą psychiczną i próby powrotu do pełni zdrowia. Podobnie jest z pojawiającym się gościnnie Brzuchomówcą, którego historia i czyny pokazują go z całkiem innej, znacznie mroczniejszej perspektywy.
Zobacz również: DC All In. Alfa i Omega – recenzja komiksu. Początek absolutu
fot. kadr z komiksuGorzej wypada niestety główny przeciwnik Bruce’a, którym jest… Batman. Szczerze mówiąc, byłem lekko rozczarowany wyborem Warda. Rozumiem, dlaczego zdecydował się na stworzenie demonicznej wersji Mrocznego Rycerza – w końcu zaglądamy tutaj również w jego psychikę. Mimo to po cichu liczyłem, iż Batman odejdzie nieco na drugi plan. Tymczasem ponownie gra pierwsze skrzypce.
Miłym zaskoczeniem okazała się za to postać Alfreda. Wraz z powoli rozwijającą się historią poznajemy spojrzenie Pennywortha na losy Wayne’a poprzez jego prywatne listy i przemyślenia. Miło było zobaczyć Alfreda w roli przybranego ojca Bruce’a, który martwi się o jego życie i zachowuje jak typowy rodzic. To miła odskocznia od tego, co zwykle widzieliśmy, i mam wrażenie, iż Alfred zdecydowanie na nią zasłużył.
Mimo wszystko trudno odmówić Wardowi odwagi. Batman: Miasto szaleństwa nie próbuje być kolejnym bezpiecznym komiksem o Mrocznym Rycerzu. To historia, która bierze dobrze znane elementy świata Batmana i miesza je z horrorem żywcem wyjętym z głowy Lovecrafta. Ta psychodeliczna wizja Gotham działa tutaj naprawdę dobrze.
Zobacz również: Asteriks. Wielki rów. Tom 25 – recenzja komiksu. Stare, a jednak nowe
Kiedy przymkniemy oko na niedociągnięcia i skupimy się przede wszystkim na psychice bohaterów, atmosferze oraz niezwykłej wizji Dolnego Gotham, Miasto szaleństwa potrafi zrobić naprawdę spore wrażenie. Nie jest to komiks, który zmieni nasze spojrzenie na Batmana na zawsze, ale to zdecydowanie jedna z tych historii, które warto poznać, jeżeli chcemy zobaczyć Mrocznego Rycerza w nieco bardziej surrealistycznym i niepokojącym wydaniu.

Scenariusz i ilustracje: Christian Ward
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Premiera: 15 lipca 2026
Oprawa: twarda
Stron: 175
Cena katalogowa: 99,99 zł
Powyższa recenzja powstała w ramach współpracy z wydawnictwem Egmont. Dziękujemy!
Fot. główna: materiały promocyjne – kolaż (Egmont)








