
Teoretycznie to komiks-zleceniak. 11 listopada 2018 prezydent Andrzej Duda podpisał „deklarację o restytucji Pałacu Saskiego w Warszawie dla uczczenia Setnej Rocznicy Odzyskania Niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej”.
Odbudowa zniszczonego w 1944 roku klasycystycznego pałacu, który znajdował się przy dzisiejszym placu marsz. Józefa Piłsudskiego w Warszawie miała ruszyć w 2023 i zakończyć się w 2030. Termin raczej nie dostanie dotrzymany, sprawą zainteresowała się Najwyższa Izba Kontroli. Dla nas ważne jest to, iż z ramienia Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego powstała komórka pod nazwą Pałac Saski, zajmująca się m.in. stroną edukacyjną przedsięwzięcia. I ktoś tam wymyślił sobie, iż fajnie będzie zrobić o tym komiks. Scenariusz zlecono Tobiaszowi Piątkowskiemu; wydawcą został Egmont, który do tej pory opublikował trzy tomy (z planowanych sześciu). Można więc było głupio założyć, iż dostaniemy jakąś fabularyzowaną opowieść o burzliwej historii pałacu, taką ku pokrzepieniu ducha i pokazaniu młodemu pokoleniu sens wydawania miliardów złotych z budżetu.
Nic bardziej mylnego.
Pałac wszystkich przyszłości to alternatywna wersja historii Polski, w której Pałac Saski nie został nigdy zburzony. Budynek stanowi istotny element fabuły, gdyż w jego gmachu działają bohaterowie opowieści, ale... to by było na tyle. Piątkowski za to wysmażył soczystą fantastyczną opowieść, w której dał upust swoim literacko-komiksowym zainteresowaniom. Pierwszy tom wymaga jednak udzielenia kredytu zaufania. Scenarzysta podzielił fabułę na trzy linie czasowe, mające na tym etapie jeszcze kilka ze sobą wspólnego. A każdą z tych linii opowiedział w całkowicie innej konwencji. Akcja pierwszej z nich dzieje się w 1944 roku, gdzie poznajemy polskiego superbohatera Kapitana Groma udaremniającego próbę zniszczenia Pałacu przez arcywroga PryMata. Bohaterem drugiej jest podchorąży Adam Orlicz, który nie mogąc pogodzić się z klęską Powstania Listopadowego staje się upiorem by móc mścić się na zaborcach (tę część czyta się najgorzej - dialogi zostały zaczerpnięte z dramatu Kordian Juliusza Słowackiego, co sprawia iż sama historia jest mało zrozumiała). W trzeciej linii Tobiasz zabiera nas do lat 90. Tam mamy okazję śledzić wyprawę nastoletniej Ewy do kina, w którym grają jej ulubiony film o inwazji z kosmosu.
Mamy więc klasyczne superhero z Golden Age, gotycki horror oraz... Matrix. Tak, ten Matrix. Połączony z serialem V. Gdyż już w drugiej historii dochodzi do potężnego zwrotu akcji, który wywołuje wielkie WTF na twarzy. Ale gdy początkowy szok mija i tom pierwszy się kończy, mózg zaczyna powoli łączyć kropki. Tu mamy jakąś większą intrygę, a nie oderwane od siebie historyjki! Tom drugi kontynuuje trójpodział - każdy rozdział rozgrywa się w swojej linii czasowej i dowiadujemy się coraz więcej i o samych bohaterach jak i w którą stronę cała historia będzie zmierzać. Odsłona 3 to już team work - klocki porozstawiane, wszyscy wiedzą co mają robić, dokonują pierwszych ataków dywersji, choć do zakończenia historii jeszcze daleka droga.
Mimo całego gatunkowego misz-maszu i żonglowania znanymi kliszami, Piątkowski cały czas kontroluje fabułę. Tak samo dobrze czuje się w każdej konwencji, tworzy ciekawych i unikalnych charakterologicznie bohaterów, ba! znajduje choćby miejsce na rozwój psychologiczny postaci wpędzając ich w niełatwe wybory moralne. A przede wszystkich wymaga od czytelnika znajomości klasycznych pozycji literaturowych jak i filmowych (i w kilku kadrach - muzycznych). Powiedziałbym, iż próg wejścia w serię jest całkiem spory. Żeby adekwatnie rozkodować pulpową opowieść, trzeba owej pulpy trochę przerobić.
Rysownicy zaproszeni do projektu nieźle wywiązali się z zadania. Kadry Wiesława Skupniewicza trochę zalatują Darvynem Cookiem a trochę Rafałem Szłapą. Główny bohater ma uroczą kwadratową szczękę ala Clark Kent, zresztą samym nawiązań do prac Joe Shustera można wychwycić dużo więcej. Marek Oleksicki poszedł z kolei w magnolizm. Dużo czerni, brunatna krew i operowanie kontrastem tworzą tam gdzie trzeba miły oku hellboyowy klimat. Gorzej twórca wypadł w sterylnych scenach, za dnia, przy ostrym słońcu. Na szczęście mroczniejszych kadrów jest więcej. Przemysław Kłosik zaprezentował najbardziej "współczesny", pasujący do swojej części opowieści, styl. Mięsista kreska, mikroszczególiki, wyeksponowanie brudów i niedoskonałości drugiego planu, przybrudzone kolory... Tak powinien wyglądać komiks The Boys, gdyby Darick Robertson miał więcej talentu. W tomie 3 dokoptowano dodatkowo Monikę Laprus-Wierzejską i Mikołaja Spionka (zmiana rysowników ma pewne uzasadnienie fabularne). Oboje narysowali swoje partie bardzo dobrze, w wyrobionym własnym stylu, ale cóż - bohaterów do życia powołali inni rysownicy i to w ich wydaniu chce się śledzić dalsze przygody. Mam nadzieję, iż wydawcy nie będą kombinować za bardzo i skracać czas produkcji kolejnymi gościnnymi ilustratorami i wrócą do podstawowego tria.
Niezła seria, naprawdę niezła. Intrygująca fabularnie i udowadniająca, iż da się robić dobre superhero, horror i SF dziejące się w Polsce. Jedyny zarzut jaki mam to miejscami mało czytelnie rozpisane wydarzenia. O tym, co dokładnie się wydarzyło w danym epizodzie, dowiedziałem się dopiero ze skrótowych opisów zamieszczonych na początku kolejnych tomów. Poza tym, to mainstreamowy cymesik z porządną dawką wiedzy na temat Pałacu zamieszczoną w dodatkach. Pozostaje mieć nadzieję, iż uda się serię dociągnąć do końca i nikt nie zamknie kranika z dotacją.













