Osiemnaście lat temu Robert Downey Jr. był dla Marvel Studios ryzykiem. Dziś jest planem ratunkowym. Aktor wraca do MCU, ale nie jako Tony Stark. W Avengers: Doomsday wciela się w Doktora Dooma. 20 lipca studio pokazało pełny zwiastun filmu, który do kin trafi 18 grudnia.
Marvel – bankrut
W 2005 roku Marvel był firmą, która ledwo wyszła z bankructwa i wyprzedawała prawa do własnych postaci, bo nie miała za co kręcić filmów. Spider-Man siedział u Sony, X-Men u Foxa. Marvelowi zostawał ułamek z pudełka zabawek. David Maisel przekonał zarząd do planu, który brzmiał jak szaleństwo: produkujmy sami.

Załatwił w Merrill Lynch finansowanie na 525 milionów dolarów, zabezpieczone prawami filmowymi do postaci, które firmie jeszcze zostały. Znaczyło to dokładnie tyle, ile brzmi, przy klapie bohaterowie przechodzili do banku. Sam Maisel opowiadał potem, iż umowa była tak skonstruowana, iż przypominała darmową pożyczkę: idziesz do kasyna, wygraną zatrzymujesz, a przegrana cię nie zabija. W praktyce firma i tak położyła na stole to, co jej zostało.
Potem trzeba było wybrać, od czego zacząć. Zrobili badanie wśród dzieci, pytając, którą zabawką z Marvela chciałyby się bawić najbardziej. Wygrał Iron Man, postać, o której przeciętny widz w 2007 roku nie wiedział nic. Dziś brzmi to absurdalnie, ale Tony Stark był wtedy drugą ligą, znaną czytelnikom komiksów i nikomu więcej. Reżyserię dostał Jon Favreau, kojarzony głównie z Elfa. A na główną rolę Favreau uparł się przy Robercie Downeyu Jr., aktorze, który przez pięć lat regularnie trafiał do aresztu za narkotyki i był czysty dopiero od 2003 roku. Bezpieczniejszym wyborem był Timothy Olyphant.

Maisel wspominał później, iż zarząd uważał go za wariata, bo chciał oddać przyszłość firmy w ręce narkomana. Postawili na Downeya. Feige nazwał to potem jedną z najlepszych decyzji w historii Hollywood i przyznał, iż bez tego Marvel nie miałby dziś studia. Iron Man wszedł do kin 2 maja 2008 roku i zadziałał, bo w tym samym momencie zeszło się kilka rzeczy, z których większość nie była zasługą Marvela.
Gatunek nie był jeszcze pewniakiem. Dziś patrzymy na kino superbohaterskie jak na przemysł z gwarancją. Wtedy to była ruletka. Raimi zrobił Spider-Mana, X-Men działali, ale obok leżały Catwoman, Elektra, Ghost Rider i Fantastyczna Czwórka, przy której nowa wersja wygląda jak arcydzieło. Nikt nie wiedział, czy widz przyjdzie na drugoligowego bohatera w metalowym garniturze. Film musiał być dobry, żeby w ogóle wystartować. Nie było poduszki w postaci marki, więc nie dało się jechać na samym rozpoznaniu tytułu.

Iron Man
Temat siedział w samym środku amerykańskiej niepewności. Tony Stark produkuje broń, dostaje odłamkiem własnej rakiety i musi spojrzeć na to, co sprzedawał. Amerykański przemysł zbrojeniowy skonfrontowany z konsekwencjami własnego towaru, w piątym roku wojny w Iraku, na kilka miesięcy przed końcem prezydentury Busha. Cztery miesiące po premierze upadł Lehman Brothers.
I tu jest paradoks, który do dziś mnie fascynuje: Marvel sprzedał widowni miliardera-zbrojeniowca jako bohatera dokładnie w chwili, gdy Ameryka zaczynała nie znosić miliarderów i zbrojeniowców. Zadziałało, bo film nie broni Starka. Film go oskarża, a potem każe mu to naprawiać własnymi rękami, dosłownie, w jaskini, z pudłem złomu. Fantazja o odkupieniu klasy, która właśnie traciła zaufanie. Trudno o lepiej wstrzelony moment, choć wątpię, żeby ktokolwiek to zaplanował.

Widzowie byli świeżo wytrenowani przez telewizję. Druga połowa lat dwutysięcznych to Zagubieni, 24 godziny, Rodzina Soprano, Battlestar Galactica. Publiczność nauczyła się śledzić ciągłą fabułę przez lata, pamiętać wątki, wychwytywać nawiązania, dyskutować o teoriach między odcinkami. MCU zrobiło rzecz, na którą wcześniej nikt się nie porwał: przeniosło gramatykę serialu do kina. Film jako odcinek, sezon jako faza, finał sezonu jako crossover. To nie mogło zadziałać w 1998 roku, bo widz nie miał wyrobionego odruchu. W 2008 miał.
Także wtedy, technologia przekroczyła próg wiarygodności. Latający człowiek w metalowej zbroi przez dekady wyglądał na ekranie jak zabawka. Iron Man rozwiązał to hybrydą: warsztat Stana Winstona zbudował fizyczne zbroje z gumy i metalu, a cyfra dokładała to, czego fizycznie zrobić się nie da. Aktor stał w prawdziwym kostiumie, w prawdziwym świetle, a komputer domykał resztę. Rok, dwa lata wcześniej wyszłoby to gorzej.

Kultura nerdowska właśnie przestawała być niszą. Szerokopasmowy internet, fora, YouTube, blogi filmowe. Comic-Con zamienił się z konwentu fanów w maszynę marketingową, Marvel pokazał tam pierwszy materiał z Iron Mana już w 2007 roku i wyszedł z hałasem, którego nie kupiłby za żadne pieniądze. Komiks przestawał być wstydliwy. To jest ten moment, w którym czytam komiksy przestaje być przyznaniem się do czegoś, a zaczyna być tożsamością.
A stary model gwiazdy filmowej właśnie się sypał. Przez dekady logika Hollywood była prosta: film otwiera nazwisko na plakacie. W latach dwutysięcznych to przestawało działać, publiczność zaczynała przychodzić na tytuł, nie na aktora. Marvel wjechał w tę zmianę idealnie, bo jego produkt nie potrzebował gwiazd. Gwiazdą był bohater. Aktorów można było podpisać na wiele filmów naprzód, tanio na starcie, i zbudować wokół nich wartość, która należała do studia, nie do nich. Ekonomicznie to była rewolucja i do dziś tak wygląda cała branża.

Do tego pieniądze zaczęły płynąć z całego świata. Rynek chiński otwierał się na zachodnie blockbustery, międzynarodowe wpływy rosły szybciej niż amerykańskie. A superbohater podróżuje przez języki i kultury lepiej niż dramat obyczajowy, bo działa obrazem i archetypem. Marvel zbudował swój model dokładnie wtedy, gdy globalna widownia stała się większa niż lokalna.
Wyliczanka powyżej mogłaby sugerować, iż studio miało po prostu farta. Miało, ale nie tylko. Zacznijmy od rzeczy najbardziej przewrotnej: Marvelowi pomogło to, iż nie miał nic dobrego na stanie. Spider-Man i X-Meni byli sprzedani. Zostały postacie drugiego szeregu, więc nie dało się jechać na rozpoznawalności. Trzeba było zrobić dobry film, bo nic innego nie mogło zadziałać. Wielkie studia z silnym IP mają luksus przeciętności, Marvel go wtedy nie miał, i to go uratowało. Ironia polega na tym, iż dokładnie ten luksus zabija go dziś.

Kevin Feige
Druga rzecz: jeden człowiek pilnował całości przez jedenaście lat. W Hollywood produkcje przechodzą przez rotujących dyrektorów, z których każdy chce zostawić własny ślad, a horyzont planowania rzadko wykracza poza najbliższy kwartał. Kevin Feige siedział na tym od początku do Endgame, z jedną wizją i konsekwencją, na którą normalnie nie ma miejsca w korporacyjnej strukturze. Samofinansowanie dało Marvelowi coś rzadszego niż pieniądze: kontrolę nad tym, co się dzieje za trzy filmy stąd.
Lata dwutysięczne były przesiąknięte ironią, dystans, mruganie okiem, wstyd przed szczerością. Marvel znalazł sposób, w którym można się śmiać z konwencji i jednocześnie brać ją serio. Stark rzuca tekstami, ale jego wyrzuty sumienia są prawdziwe. To pozwoliło wejść widzom, którzy nie znosili patosu, i nie odstraszyć tych, którzy chcieli się wzruszyć. Późniejsze filmy tej marki rozjechały tę równowagę, wpychając żart w każdy dramatyczny moment, aż humor przestał rozładowywać napięcie, a zaczął je kasować.

Jeff Bridges jako Obadiah Stane, potem Hopkins, Redford, Glenn Close, Michael Douglas. Aktorzy z Oscarami w filmach o ludziach w rajtuzach. To był sygnał wysyłany widzom niepewnym, czy wypada im pójść: skoro on się nie wstydzi, ty też nie musisz.
Zsumujmy to. MCU nie było genialnym planem, który się powiódł. Było ryzykownym zakładem, który przeżył wystarczająco długo, żeby z perspektywy czasu wyglądać na plan. Ta różnica ma dziś znaczenie, bo Marvel od kilku lat próbuje odtworzyć plan, podczas gdy tym, co naprawdę zadziałało, było ryzyko.

Iron Man w dużej mierze nie miał scenariusza. Nie w sensie był luźny. W sensie dosłownym: pisano go w trakcie zdjęć. Priorytetem była historia i sekwencje akcji, a dialogi aktorzy w znacznej części wymyślali na planie. Część scen kręcono dwiema kamerami naraz, żeby złapać improwizację. Weźmy scenę testu rakiety Jericho. Stark stoi przed dziennikarzami i rzuca to swoje pytanie, czy lepiej budzić strach, czy szacunek, i czy to zbyt wiele, żeby chcieć obu naraz. Downey opowiadał, iż pisali tę kwestię razem z Favreau linijka po linijce tego samego dnia, między ujęciami. Ciemne okulary założył dlatego, iż wszystko miał na kartkach z podpowiedziami i musiał je czytać.
Jedna z najlepiej zapamiętanych scen w historii tej marki to facet w okularach czytający tekst, który powstał godzinę wcześniej. Wiem, iż to nie jest przepis do powtórzenia i iż produkcja za dwieście milionów dolarów nie może działać na tej zasadzie. Ale w tej anegdocie siedzi coś, czego dzisiejszemu Marvelowi brakuje najbardziej: poczucie, iż na planie dzieje się coś żywego. Że ktoś ma prawo wymyślić lepszą wersję niż ta zatwierdzona przez marketing osiemnaście miesięcy wcześniej. Współczesne wielkie filmy komiksowe są rozpisane, zwizualizowane i zaklepane tak dokładnie, iż aktor jest ostatnim ogniwem wykonawczym, a nie współautorem. Efekt słychać w dialogach.

Avengers
Trzydzieści sekund po napisach końcowych. Nick Fury w płaszczu wychodzi z cienia i mówi Starkowi o Inicjatywie Avengers. Widownia, która została na sali, zaczyna wrzeszczeć. Scenę napisał Brian Michael Bendis, pokazywano ją tylko na części kopii i nie była elementem żadnego zatwierdzonego wielkiego planu. Była obietnicą. Cała późniejsza konstrukcja MCU stoi na tych trzydziestu sekundach, bo zamieniły pojedynczy film w zapowiedź czegoś większego, a widza w kogoś, kto chce być przy tym, co dalej.
Obietnica ma jednak jedną cechę: trzeba ją spełnić. Im więcej ich składasz, tym więcej masz do spłacenia. Po dekadzie doszliśmy do momentu, w którym scena po napisach przestała być prezentem dla cierpliwych, a stała się fakturą, informacją, iż żeby zrozumieć następny film, musisz obejrzeć jeszcze trzy rzeczy. Nagroda zamieniła się w pracę domową.

Endgame w 2019 roku był prawdziwym zakończeniem. Nie pauzą, nie przecinkiem, domknięciem jedenastoletniej opowieści, z pogrzebem głównego bohatera. Opowieść, która naprawdę się kończy, zwalnia widza z obowiązku. Miliony ludzi wyszły wtedy z kina z poczuciem, iż dostały całość, nie z poczuciem, iż czekają na ciąg dalszy.
Marvel odpowiedział zwiększeniem produkcji. Ruszyły seriale na Disney+, filmy zaczęły wychodzić po trzy w roku, świat rozrósł się o multiwersum, w którym wszystko jest możliwe, a więc nic nie waży. Doszła do tego katastrofa z głównym złoczyńcą fazy: Kang miał być nowym Thanosem, a skończyło się rozstaniem z aktorem i przepisywaniem planów na kilka lat naprzód.

Potem przyszły liczby
Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat zamknął się na jakichś 413 milionach dolarów. Thunderbolts na 382 milionach, najniżej w całym roku. Fantastyczna Czwórka: Pierwsze kroki zebrała około 520 milionów, najlepiej ze wszystkich filmów Marvela w 2025 roku, a i tak przy dwustumilionowym budżecie plus marketing trudno mówić o triumfie. Analitycy wyliczali, iż niemal cała ostatnia seria nie zwróciła się na tradycyjnych zasadach, a frekwencja spadła mniej więcej o połowę względem czasów świetności. Dla porównania Deadpool & Wolverine w 2024 roku zrobił miliard. W 2026 roku Disney przeorał kalendarz i skasował kilka nieogłoszonych tytułów. Skutek: między lipcem 2025 a lipcem 2026 w kinach nie było ani jednego filmu Marvela. Największa przerwa od czasów pandemii.
Najczęstsza diagnoza brzmi zmęczenie superbohaterami. Wygodna, bo tłumaczy wszystko naraz. Myślę jednak, iż to nie zmęczenie superbohaterami, tylko zmęczenie złymi filmami. Thunderbolts dostał świetne recenzje i był najsłabiej sprzedanym filmem Marvela w roku. Fantastyczna Czwórka zebrała A- w CinemaScore i zaliczyła jeden z najgorszych spadków w drugi weekend w historii marki. Czyli róbcie dobre filmy nie wystarcza. Można zrobić dobry film i nie zebrać ludzi, bo problemem nie jest jakość pojedynczego tytułu, tylko to, iż marka przestała być wydarzeniem. Zaufanie traci się szybko, a odzyskuje powoli, i iż widz rozczarowany trzy razy z rzędu nie wraca od razu, choćby gdy czwarty film jest dobry.

Co Marvel musi zrobić by wrócić na szczyt?
Rzadziej. Deficyt buduje wartość, nadmiar ją zabija. Trzy filmy i dwa seriale rocznie zamieniają wydarzenie w abonament. Wolę dwa filmy w roku, na które czekam, niż pięć oglądanych z obowiązku.
Bez pracy domowej. Każdy film musi dać się obejrzeć jako film, nie jako odcinek. Widz z ulicy ma wyjść usatysfakcjonowany, a nie z listą rzeczy do nadrobienia. Iron Man był kompletny sam w sobie, a obietnica siedziała po napisach, czyli poza adekwatnym filmem.
Konsekwencje. Multiwersum jest trucizną dla stawki, bo skoro istnieje nieskończenie wiele wersji każdej postaci, żadna śmierć nic nie znaczy. Marvel musi wrócić do świata, w którym rzeczy są nieodwracalne. Endgame działał nie przez skalę, tylko dlatego, iż Tony naprawdę umarł.
Reżyserzy z głosem. Najlepsze rzeczy w tej marce powstały wtedy, gdy ktoś miał własny pomysł: Favreau z improwizacją, Gunn ze swoim rockowym bałaganem, Coogler z Czarną Panterą, retrofuturystyczny styl Pierwszych kroków. Najsłabsze wyglądają, jakby wyszły z tej samej maszyny.

Stawka jest ogromna, bo Doomsday nie jest zwykłym filmem. To ma być spotkanie Avengers, Fantastycznej Czwórki i X-Menów w jednym kadrze, pierwszy raz w historii kina, po dwóch dekadach, w których te postacie należały do różnych wytwórni. Reżyserują bracia Russo, autorzy Wojny bez granic i Endgame. W zwiastunie Thor próbuje przekonać resztę, iż nadchodzi coś, z czym nikt wcześniej się nie mierzył, mignął Loki, powrót Capa. Rok później, w grudniu 2027, ma przyjść Secret Wars.
Doom
Pierwsza: to jest błyskotliwe. Doom w komiksach jest genialnym konstruktorem w zbroi, przekonanym, iż świat byłby lepszy pod jego rządami, czyli mrocznym lustrem Tony’ego Starka, człowieka, który też był genialnym konstruktorem w zbroi i też chciał w pojedynkę załatwić bezpieczeństwo całej planety. Obsadzenie tego samego aktora w obu rolach to nie recykling, tylko antyteza. Zwłaszcza w opowieści o multiwersum, gdzie pytanie kim byłby ten człowiek przy jednej gorszej decyzji leży dosłownie na stole.

Druga, mniej przyjemna: to jest przyznanie się do porażki. Studio, które przez sześć lat nie zdołało zbudować nowego bohatera na miarę Starka, sięga po aktora Starka. Odpowiedzią na pytanie co dalej jest twarz sprzed osiemnastu lat. Dokładne przeciwieństwo tego, co Marvel zrobił w 2008 roku, kiedy postawił na drugoligową postać i człowieka, którego nikt nie chciał ubezpieczyć.
Podejrzewam, iż Doomsday może być świetnym filmem i jednocześnie złym znakiem. Że zrobi półtora miliarda, wywoła euforię, przypomni ludziom, po co chodzili do kina i nie rozwiąże żadnego z problemów opisanych wyżej, bo te zaczną się dopiero potem. Kiedy skończy się Secret Wars i trzeba będzie odpowiedzieć na to samo pytanie, na które Marvel odpowiadał w 2008 roku: dobra, i co teraz?

Będę na tym filmie. Nie mam co do tego wątpliwości i nie zamierzam udawać dystansu, którego nie czuję. Zwiastun podziałał na mnie dokładnie tak, jak miał podziałać, i to jest część umowy, wiem, iż jestem obrabiany marketingowo, i tak czy inaczej chcę zobaczyć, jak Downey wchodzi na ekran w tej masce. Ale to, czego naprawdę bym chciał, jest tym od czego się wszystko zaczęło. Chciałbym, żeby za pięć lat ktoś w Marvelu znowu zrobił coś głupiego. Żeby wybrał postać, której nikt nie zna, oddał ją reżyserowi bez wielkiego filmu na koncie, obsadził aktora, przy którym dział prawny robi się blady, i pozwolił im wymyślić najlepszą kwestię w filmie w dniu zdjęć.
Bo to działa. Wiemy, iż działa. Mamy na to dowód sprzed osiemnastu lat: facet w ciemnych okularach, czytający z kartek tekst, którego wtedy jeszcze nikt nie znał.


















