Amerykanin w Paryżu, Polka w Holandii

kulturaupodstaw.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: fot. Jacek Mójta


Klamrę programu stanowiły utwory George’a Gershwina, ale usłyszeliśmy też kompozycje Leonarda Bernsteina, Nino Roty, Vangelisa, Jana A.P. Kaczmarka i prawykonanie dzieła Hanny Kulenty. Ta polska kompozytorka mieszkająca od lat w Holandii, która kształciła się zarówno pod kierunkiem Włodzimierza Kotońskiego, jak i Louisa Andriessena, konsekwentnie rozwija swoją koncepcję surrealizmu muzycznego.

Jej „Five Run Five”, czyli koncert na kwintet dęty i orkiestrę smyczkową, był fantastycznie transowy, a przy tym nie przytłaczał i był nad wyraz chwytliwy.

Więcej o surrealizmie muzycznym poniżej, w krótkiej rozmowie z kompozytorką.

Wieczór otworzyły „Wariacje na temat Amerykanina w Paryżu” Michele Manganiego, który, jako klarnecista, przepisał się przez Gershwina właśnie na ten instrument.

fot. Jacek Mójta

Było to wielce urokliwe otwarcie wieczoru, który potoczył się dalej równie lekko i uroczo za sprawą Jana A.P. Kaczmarka, a konkretnie jego kompozycji „Dancing with the Bear” z filmu „Marzyciel”, za którą to muzykę artysta otrzymała zresztą Oscara.

Może nieco mniej emocji dostarczył utworek Johna Powella, ale z nawiązką wynagrodziły to tematy z „Pogromców duchów” Raya Parkera Jr. oraz „Mission Impossible” Adama Claytona. Po utworze Kulenty przed przerwą usłyszeliśmy jeszcze fragmenty z oryginalnego „Amerykanina w Paryżu”, który tylko zaostrzył smak na finał koncertu.

Po przerwie czekał na nas malowniczy temat z „1492”, czyli „Conquest of Paradise” Vangelisa i niemniejszy, a może i większy, hit w postaci motywu z „Ojca chrzestnego” Nino Roty. Następnie ujmujące „New York, New York” Johna Kandera i wspaniałe „West Side Story” Leonarda Bernsteina.

To chyba dobry moment, żeby wyróżnić jeszcze jeden udany element tego wieczoru, czyli konferansjerkę Karola Furtaka z Polskiego Radia. Dzięki niemu zostaliśmy przeprowadzeni przez koncert ze swadą i humorem, ale też wyposażeni w całkiem pokaźny zasób informacji.

Na finał „Błękitna rapsodia” Gershwina, w której błyszczał pianista Aleksander Dębicz. Jednak nie był to zupełnie jeszcze koniec, bo solista oczywiście bisował, ale też nastąpił mniej oczywisty finał.

fot. Jacek Mójta

Wchodząc po przerwie, muzycy ustawili się na scenie najpierw osobliwie, w szpaler, pod którym przeszedł wiolonczelista Eugeniusz Zboralski. Na zakończenie wyjaśniło się, w czym rzecz: otóż był to ostatni występ muzyka z Orkiestrą.

Trudno było się nie wzruszyć, gdy Zboralski dziękował zarówno twórczyni zespołu Agnieszce Duczmal, jak i publiczności za wszystkie razem spędzone lata.

Rozmowa z Hanną Kulenty

Piotr Tkacz: Jak zareagowała pani na propozycję Amadeusa? Czy od początku wiadomo było, iż punktem odniesienia będzie Gershwin?

Hanna Kulenty: Przede wszystkim nie ma to dla mnie znaczenia, bo nie piszę jak Gershwin i nie zamierzam. Poproszono o zamówienie od Kulenty, więc proponuję siebie. To tak, jakby dać kompozytorowi przekaz, iż ma pisać pod Gershwina czy kogokolwiek. Można ograniczyć się zatem tylko do koncertu z utworami tego kompozytora. Ale skoro mnie poproszono, to widzi się moją wartość. A to, iż moja muzyka będzie grana na tym samym koncercie z muzyką Gershwina, wcale mi nie przeszkadza; myślę, iż jemu też by nie przeszkadzało.

PT: Ale czy w końcu odniosła się pani jakoś do Gershwina?

HK: Nie.

PT: To jaki był punkt wyjścia dla pani utworu, co go zainspirowało?

HK: Ale rozmawiałam o tym z klarnecistą Romanem Widaszkiem i powiedziałam mu, iż w tym utworze jest też motyw bardziej taneczny, lżejszy, itp. Czyli na pewno będzie to dobry utwór. Nikt mi nie mówił, iż mam pisać pod Gershwina. Zresztą to by było bez sensu. Jestem twórcą i inspirację mam w sobie. Nie piszę pod publiczkę i nie będę.

PT: Rozumiem. Co więc stanowiło inspirację w tym konkretnym przypadku?

HK: Mój surrealizm muzyczny, technika formy, nowy rodzaj muzyki, którą robię od kilku lat i to mnie fascynuje.

PT: Czy może opowiedzieć pani o koncepcji surrealizmu muzycznego?

HK: Myślałam nad tym, w jakim kierunku podążyć, obserwując, iż muzyka współczesna to często koszmar – to, oczywiście, wyłącznie moje zdanie. Ludzie wychodzą z koncertów, nie chcą słuchać, awangarda to nie dla mnie, jest bezosobowa.

Nie każdy zestaw dźwięków jest muzyką. Więc surrealizm właśnie – bo ani nie było go w Polsce, ani w ogóle w muzyce. Pojawił się inny rodzaj przeżycia, percepcji – na obrazie z rozpływającym się zegarem nie widzimy jakiejś plamy, ale zegar. A więc jakieś ramy.

Tak samo więc w muzyce pojawiają się fragmenty sugerujące tonalność, choć ja bym nie nazwała tego tonalnością, bo i znaki zapisuję w nutach, i modulacji nie ma, a jedynie, powiedziałabym, turbulencje, w których materiał muzyczny się obsuwa. Znajdujemy się w jakiejś innej tonacji bez żadnego wytłumaczenia – no i nie jest potrzebne! Jak samolot, który zwalnia, zwalnia, obsuwa się jak gdyby powolnym glissandem.

Niemniej jest jakiś bazowy temat, który można zapamiętać, który ucho i mózg wyłapią, a który może być też odkształcony. jeżeli będzie awangardowy, czyli niemożliwy do zaśpiewania, to go nie odkształcimy. Mamy więc stół mikserski, w którym pojawić się mogą różnorodne wątki – tu jakaś „melodyjka” czy walczyk, tam „muzyczka” typu Wagnera – i zaczyna się zarządzanie. Otwieramy jedne drzwi, zamykamy inne, tu rezonuje taka muzyka, tam inna. To, które drzwi i kiedy otworzymy czy zamkniemy, jak długo przetrzymamy zależność między muzycznymi światami – to jest właśnie sztuka kompozytorska.

To jest magia i nie potrzebuję wymyślania dziwnych brzmień. Staram się natomiast kontrolować czas, bo nie można przesadzić. Musi się pojawić spełnienie, pewna przewidywalność.

Idź do oryginalnego materiału