Alleluja! Ziemia zmartwychwstała raz jeszcze

kulturaupodstaw.pl 3 godzin temu
Zdjęcie: fot. Muzeum Okręgowe w Pile


Małgorzata Leśniak: Zanim komukolwiek przyjdzie do głowy rozważanie, czy tradycje, o których opowiemy, świadczą o tym, iż pogaństwo wciąż żyje w narodzie, ustalmy jedno. Wiosna nie jest ani pogańska, ani chrześcijańska. Wiosna to wiosna. I budzi się co roku do życia, nie zważając na nasz światopogląd. Zacznijmy od czasów przedchrześcijańskich. Obchodzone przez naszych przodków święto z okazji nadejścia wiosny nazywało się Jare Gody. Była to celebracja budzącej się do życia przyrody, natury, ziemi wreszcie.

Ziemowit Niedźwiecki: Tradycje, które znamy do dziś, wyrastają z czasów przedchrześcijańskich. Jare Gody, a potem Gody wieńczyły zimowe miesiące oczekiwania na ciepłe i słoneczne dni, bo te zwiastowały odrodzenie się życia w przyrodzie. A w świętowaniu wykorzystywano symbole, które miały magiczne znaczenie. Przede wszystkim dla mieszkańców wsi.

ML: Wyjaśnijmy, dlaczego to właśnie wieś była główną sceną obrządków.

ZN: Musimy pamiętać, iż życie wyglądało kiedyś zupełnie inaczej. Etapy tego życia były wyznaczane przez pory roku, a cyklicznym przejściom towarzyszyły obrzędy.

ML: Opowiedzmy więc o obrzędach i symbolach.

ZN: Zacząć musimy od wody i ognia. Tę pierwszą traktowano jako źródło życia. Od wody wszystko się zaczyna i nie ma życia bez wody. Ogień także miał olbrzymie znaczenie. Na tyle duże, iż i jemu przypisywano magiczne adekwatności. Ogień dawał ciepło, bronił też przed dziką zwierzyną, a stąd była prosta droga do przypisywania mu adekwatności ochronnych przed złymi mocami.

Ziemowit Niedźwiecki – dyrektor Muzeum Okręgowego w Pile

ML: To jest chyba dobry moment, żeby zatrzymać się na chwilę i spróbować wyobrazić sobie, jak wyglądało kiedyś życie, bo dzięki temu lepiej zrozumiemy kontekst i znaczenie symboli, o których rozmawiamy. Mówimy o czasach przed lampami oraz kuchenkami elektrycznymi i gazowymi, o czasach, gdy w domach nie było kranu z wodą, ani zimną, ani tym bardziej ciepłą. Mówimy o czasach przed lodówkami. Mówimy wreszcie o czasach sprzed marketów. Dziś choćby zimą możemy kupić w sklepach produkty, które nie rosną wówczas u nas. Dyskusyjne pozostaje, jaką wartość ma ta żywność, gdzie i przez kogo jest uprawiana. Ale jest dostępna w sklepach. W dawnych wiekach ludzie byli zdani na cztery pory roku. I nikt nie miał tego tak dużej świadomości, jak mieszkańcy wsi, którzy żyli z ziemią najbliżej. Po okresie wegetacji i zbiorów przychodziła zima. A z nią czekanie na wiosenny cud ożywienia.

ZN: I dlatego tak duże znaczenie miały wspomniane już woda i ogień.

ML: Przypomniał mi się film „Walka o ogień”. Nie pada w nim ani jedno słowo, a jednak rozumiemy siłę ognia i jego znaczenie dla ludów pierwotnych. Czy wiedziałam wcześniej o przełomie, jakim było oswojenie ognia przez człowieka? Tak. Ale zrozumiałam dopiero, oglądając ten film. Zrozumiałam walkę o ogień.

ZN: I walkę o przetrwanie. I taką walką o przetrwanie była też poprzedzająca wiosnę zima. Wszystkie działania były skupione na tym, by jak najlepiej wykorzystać okres wegetacji. Bo im więcej zbierzemy plonów, tym większą mamy szansę na przetrwanie w surowym klimacie, w surowym świecie.

ML: Dziś trudno zrozumieć tak silną więź z ziemią i znaczenie czekania, ale ja jeszcze pamiętam, jak w wiadomościach telewizyjnych, na wiele miesięcy przed świętami, pojawiały się informacje o tym, iż do Polski płynie statek z cytrusami.

ZN: Dla polskich rodzin to była nadzieja, iż na świątecznym stole będą pomarańcze. A dziś grymasimy w sklepach. Zmienia się świat, w jakim żyjemy. Pamiętajmy też, iż mamy inne zimy. Mało kto pamięta kilkudziesięciostopniowe mrozy. Nasi przodkowie żyli w zupełnie innej rzeczywistości. My bierzemy dziś z tradycji, które oni zapoczątkowali, to co nam pasuje, to co nam się podoba, ale nie zastanawiamy się za dużo nad znaczeniem obrzędów.

ML: Wróćmy do symboli. Czytałam, iż palmy, które dziś święcimy w kościele, były niegdyś robione z wierzby. Nie jest to trudne do zrozumienia, bo, jak wiemy, u nas palmy nie rosną. Rosną za to wierzby.

ZN: To prawda, a najlepiej, jeżeli na tej wierzbie są tzw. kotki, zwane u nas też baziami. I ta wierzba miała również symboliczne znaczenie. Sam zwyczaj wielkanocnych palm jest akurat jednym z najbardziej barwnych i symbolicznych elementów obchodów Niedzieli Palmowej, rozpoczynającej Wielki Tydzień. Tradycja nawiązuje do biblijnego wjazdu Jezusa Chrystusa do Jerozolimy, kiedy to tłumy witały go gałązkami palmowymi na znak euforii i uznania.

W Polsce, gdzie prawdziwe palmy nie rosną, zastąpiono je, jak pani zauważyła, gałązkami wierzby. Niemniej, jeżeli mówimy o symbolach, to podkreślmy, iż palma wielkanocna symbolizuje zwycięstwo życia nad śmiercią, odrodzenie i nadzieję, ale też ochronę domu, bo dawniej wierzono, iż poświęcona palma chroni przed chorobami i burzami.

Powiedzmy tu, iż ludowe zwyczaje, także te z czasów pogańskich, dopiero na pewnym etapie zaczęły wiązać się z kulturą chrześcijańską. Dziś trudno wychwycić jeden moment, kiedy to się stało. Możemy powiedzieć, iż ludowe, przedchrześcijańskie symbole i obrzędy, które wpisane były w kulturę Słowian, potem całej Polski i poszczególnych regionów, zostały wchłonięte przez Kościół katolicki.

ML: Możemy prawdopodobnie zaryzykować stwierdzenie, iż łatwiej jest przyciągnąć ludzi do nowej religii, jeżeli odnajdą oni w proponowanych obrzędach i rytuałach znajome elementy. jeżeli rozpoznają tradycje przekazywane od wieków. Szkoda, iż nie poświęcamy temu dość uwagi.

ZN: To, co dziś odczytujemy jako tradycje katolickie, wyrosło z wcześniejszych wierzeń ludowych. Kościół potrafił w umiejętny sposób, ale i we właściwym czasie, adaptować na własny użytek ludowe zwyczaje.

ML: Przygotowując się do tej rozmowy, myślałam o tym, dlaczego Wielkanoc przypada w tym momencie roku, a nie innym. I dlaczego jest świętem ruchomym.

ZN: Na pewno możemy się odnieść do terminu, przypominając, iż to w 325 roku, podczas soboru nicejskiego, ustalono, iż Wielkanoc będzie w kalendarzu świętem ruchomym i będzie przypadać w niedzielę następującą po pierwszej wiosennej pełni Księżyca.

ML: A zbieżność katolickiej Wielkanocy z odradzaniem się ziemi i wiążącymi się z tym tradycjami ludowymi nie jest raczej przypadkowa. Zatrzymajmy się więc znowu przy zwyczajach i opowiedzmy o naszych dawnych palmach, czyli wierzbowych gałązkach. Czytałam, iż dymem z palonych gałązek okadzano domy.

ZN: Palone gałązki symbolicznie oświetlały domostwo, a dym miał oczyszczać i chronić. Co ważne, zerwane wiosną wierzbowe gałązki zachowywały swoją moc na cały rok. Były przechowywane w domach, bo chroniły od złych mocy. Zatykano je za progiem domu, przy drzwiach, a wraz z pojawieniem się religii katolickiej gałązki umieszczano też w domach za obrazami świętych.

Wierzbowe gałązki były również zakopywane na polu, w nadziei i z wiarą, iż zapewnią urodzaj, obfite zbiory. Ale to nie wszystko. Tu warto dodać, iż popiół, którym ksiądz posypuje głowy wiernych w Środę Popielcową, pochodzi z wierzbowych gałązek przechowywanych od poprzedniej Wielkanocy.

ML: Kto zgadłby, iż zwykła gałązka wierzbowa mogła mieć tak dużą moc.

ZN: A ta moc zapewnienia pomyślności i płodności nie dotyczyła jedynie pól. Młode panny na wsi…

ML: Młode panny, czyli w jakim w wieku?

ZN: Zdarzały się i piętnastoletnie mężatki. I to była duma dla rodziny, bo im wcześniej córka znalazła męża, tym wcześniej rodzina miała dodatkową parę rąk do pracy.

ML: I nie możemy zapomnieć o dodatkowych morgach. Wróćmy do młodych panien.

ZN: Młode dziewczyny połykały kotki oblepiające wierzbowe gałązki. Wierzono, iż służyło to zdrowiu, zapewniało dobrą kondycję na cały rok, ale i płodność. Stąd już prosta droga do wierzenia, iż zjedzenie dużej liczby kotków przyciągnie wielu konkurentów do ręki i zagwarantuje dziewczynie szybkie zamążpójście.

ML: jeżeli już jesteśmy przy stosunkach damsko-męskich, to zapytam o śmigus-dyngus.

ZN: I tu znowu warto powiedzieć, iż im częściej oblewana była wodą dziewczyna, tym większą mogła mieć nadzieję na szybki ożenek. A biegający z wodą chłopcy przekazywali sobie informację:

„ta dziewczyna mnie interesuje, więc trzymajcie się od niej z daleka”.

ML: Tę ludową mądrość i ja pamiętam z lat dziecięcych, choć – jak sądzę – w lekko wypaczonej formie. W użyciu były wiadra, w finale mieliśmy zmoczoną do ostatniej nitki dziewczynę, a sama akcja bardziej przypominała polowanie na wystraszonego zwierza niż niewinną zabawę.

ZN: Zmiana sięga znacznie głębiej, bo przede wszystkim trzeba powiedzieć, iż kiedyś były dwa oddzielne rytuały. Był śmigus i był dyngus. Dziś łączymy je w śmigus-dyngus. Przypadający w Wielki Piątek śmigus polegał na polewaniu dziewcząt wodą i smaganiu ich wierzbowymi gałązkami. W dyngus, który przypadał w Poniedziałek Wielkanocny, młodzi chłopcy chodzili po wsi, od domu do domu, zatrzymywali się przy chałupach i śpiewali, za co domownicy obdarowywali ich drobnymi upominkami.

ML: Czas na filipa z konopi, czyli zająca. Gdzie są konopie, z których wyskoczył i zadomowił się w naszej tradycji wielkanocnej?

ZN: Choć zając jest także symbolem budzącego się życia, to korzeni tej tradycji trzeba szukać w ludowości germańskiej. To wiosenny zając miał przynosić podarki dla najmłodszych, ale nie w świąteczną niedzielę, tylko w poniedziałek. W późnym XIX wieku ta tradycja przywędrowała do Polski.

ML: Na koniec zostawiłam jajo. Bo czymże byłaby opowieść o budzącej się do życia naturze, bez jajka. Porozmawiajmy więc o pisankach i kraszankach.

ZN: My mamy na naszym terenie kraszanki. A samo jajko było i jest oczywistym symbolem życia i płodności. Znowu wracamy do obrazu, który już odmalowaliśmy. Po trudnej zimie, po okresie przetrwania, przychodzi czas nadziei, bo wiosna zwiastuje rychłą wegetację przyrody.

A świętowanie nowego początku nie mogło obejść się bez jajka. Dzielono się jajkiem przy świątecznym stole, ale nie tylko, bo także z sąsiadami oraz ze zwierzętami gospodarskimi. Żeby ludziom żyło się dobrze, a zwierzęta zdrowo się chowały.

ML: Pomyślność w domu i zagrodzie.

ZN: Tak, a skorupki po zjedzonych jajkach, podobnie jak gałązki wierzbowe, zakopywano wokół obejścia, z nadzieją na dobrą wróżbę dla domostwa.

ML: Porozmawiajmy o wzorach na jajkach.

ZN: Rysunki na jajkach wielkanocnych to wynik przenikania się tradycji z różnych regionów. Przecież na nasze tereny zjeżdżali się ludzie z odległych stron. Krajanie mieli długo za sąsiadów Niemców, potem na Ziemiach Zachodnich pojawili się przesiedleńcy i oni wszyscy przywieźli ze sobą swoje tradycje. Ale przecież lokalne gospodynie od wieków radziły sobie na swój sposób.

I znowu mamy odwołanie do natury, bo to natura dostarczała barwników do kolorowania jajek. Nasze kraszanki były barwione na trzy podstawowe kolory: zielony, do którego „farbki” dostarczały niedojrzałe kłosy żyta, brązowy, powstający na bazie wywaru z kory dębu, i wreszcie kolor żółty, uzyskiwany z łupin cebuli.

ML: I tak pomalowane jajka trafiały do wielkanocnych koszyków, które święciło się w kościele?

ZN: Tak. A jeżeli we wsi nie było kościoła, to zawsze w okolicy był jakiś krzyż przydrożny i to tam mieszkańcy wsi się zbierali i czekali na księdza, który święcił koszyki. Poza jajkami w koszyku musiały znaleźć się też chleb i kuch – czyli drożdżowe ciasto. Był też chrzan, głóg oraz przewijające się w naszej opowieści wierzbowe bazie.

ML: A sól i pieprz?

ZN: Też trafiały do koszyka i miały symboliczne znaczenie. Szczególnie sól, której przypisywano moc odstraszania złych mocy.

ML: Ile z tych mocy, z tych tradycji rozumiemy dziś?

ZN: Żyjemy w czasach, które charakteryzuje pośpiech i nadmiar bodźców. Młodych kuszą nowe technologie i elektroniczne zabawki, które odciągają uwagę i sprawiają, iż zainteresowanie tradycją jest coraz mniejsze. Wiem, bo mam córkę. Obserwując jej codzienne życie i sposób spędzania wolnego czasu, także wśród jej rówieśników, mam świadomość, iż pewnych zmian już nie powstrzymamy, ale jednocześnie powinniśmy rozumieć, iż to na nas spoczywa obowiązek przekazywania tradycji wszędzie tam, gdzie tylko jest to możliwe.

W moim przypadku, dosyć szczęśliwie, córka – możliwe, iż w związku z charakterem mojej pracy – jest interesująca i chce słuchać, zatem opowiadam jej i będę opowiadać o dawnych wierzeniach i o źródłach dzisiejszych zwyczajów.

Tak rozumiem to ja, tak też moim zdaniem można próbować ocalić pamięć o przeszłości i życiu naszych przodków. w tej chwili bowiem największa szansa na ocalenie tradycji tkwi w jej przekazie, zwłaszcza ustnym, z pokolenia na pokolenie. Ten z kolei, jak nietrudno się domyślić, w dzisiejszym świecie, pełnym innych i całkiem nowych wartości, zdeterminowanym i skoncentrowanym na pogoni za tym, co tu i teraz – schodzi na plan dalszy.

ML: Ja lubię myśleć, iż opowiadanie dziecku historii jest jak otwieranie drzwi do innego świata. Mówimy: oto przed tobą nieznane tereny, a więc zapowiedź przygody i tylko od ciebie zależy, czy zechcesz przejść przez te drzwi i przekonać się, co jest za progiem. I wtedy to już jest decyzja dziecka, czy będzie chciało poznać inne wymiary. W tym także przeszłość, w tym także naszą wspólną historię. Może skorzysta z zaproszenia, a może nie, ale już będzie wiedziało, iż są takie drzwi. I do tych drzwi można zawsze wrócić, jutro, za rok albo za lat dziesięć.

ZN: I ja w to wierzę. Kiedyś moje dziecko także założy rodzinę. Ta rodzina też będzie siadać do stołu wielkanocnego i przy tym stole będzie mogła na nowo opowiadać historie przypominające o przekazywanej z pokolenia na pokolenie tradycji. W tej opowieści będzie miejsce na historię dziadków córki, a moich rodziców, którzy pochodzili ze wsi, gdzie rodziły się tradycje ludowe. Żadne z nich się tego nie wstydziło.

Powiem więcej, tato był z tego dumny i uważał, iż dzięki wychowaniu na wsi okrzepł życiowo, bo doświadczenia zdobywał w trudnych warunkach. Tato pamiętał także, iż dostęp do lepszego życia, do udogodnień, dała mu edukacja. A jak dużej determinacji wymagała decyzja o kształceniu, o studiach, wiedzą ci, którzy przeszli tę drogę w latach 60. ubiegłego wieku.

ML: Przywołujemy w naszej rozmowie obrzędy ludowe, które zmieniły się w znane nam dzisiaj tradycje związane z obchodami katolickich świąt. A czy sam rytuał świętowania nadejścia wiosny przy suto zastawionym stole był obecny, zanim nastały katolickie święta wielkanocne?

ZN: Tak, oczywiście. choćby poprzedzający świętowanie post nie pojawił się z nadejściem chrześcijaństwa. Post znali już nasi pogańscy przodkowie. Wymuszały go, z jednej strony, ciężkie do przetrwania zimy, kiedy jedzono resztę zgromadzonych wcześniej zapasów, a z drugiej strony post miał, znowu, magiczne znaczenie. Jego celem było ubłaganie sił wyższych o łaskę. Łaskę bogatych plonów i łaskę zdrowia dla domowników. A po poście przychodził czas na świętowanie nowego początku.

ML: I dziś to Wielkanoc jest świętem nowego początku.

ZN: Co z tego wynika? Ano to, iż choć chrześcijaństwo jest naszą religią, to wciąż jesteśmy mocno zakorzenieni w naszej tradycji ludowej. I to jest wiedza zapisana w opowieściach ustnych. Akademicy mogą je oczywiście spisywać, i robią to, ale do tych publikacji rzadko zaglądają zwyczajni ludzie.

ML: A szkoda.

ZN: Tak, bo z tych zwyczajów wyrastają nasze korzenie. A poznanie ludowych symboli i obrzędów stanowi klucz do zrozumienia naszej historii, ale też świadomego przeżywania Wielkanocy i nadejścia wiosny.

Idź do oryginalnego materiału