ALEKSANDRA SŁYŻ: – Tak, tam się urodziłam i chodziłam do szkoły, ale moi rodzice mieszkają w Buczkach pod Ełkiem, blisko lasu i jeziora Selmęt Wielki. To teraz dla mnie miejsce najpiękniejszych wakacji.
A czy były w pani rodzinie zainteresowania muzyczne?
Hobbystyczne. Mama śpiewała w chórze. Dla rodziców było ważne, by zapewnić nam edukację artystyczną, więc zapisali mnie i siostrę do szkoły muzycznej. Chciałam grać na skrzypcach, ale byłam leworęczna, więc doradzono rodzicom, iż lepiej zapisać mnie na wiolonczelę.
Trochę to dziwne.
Tak, ale ja się z tego bardzo cieszę, bo dzięki temu miałam wspaniałą nauczycielkę wiolonczeli, panią Monikę Łukawską, z którą do dziś utrzymuję kontakt. Bardzo wiele mnie nauczyła, nie tylko grania, ale też świadomego słuchania i myślenia o muzyce. Była przy tym wymagająca, czyli miała wszystkie cechy dobrego pedagoga. Na zawsze pozostanie niezwykle istotną osobą w moim życiu.
Ale na studia poszła pani na reżyserię dźwięku.
Najpierw zdawałam na wiolonczelę do poznańskiej Akademii Muzycznej, ale się nie dostałam. A iż liceum kończyłam w klasie matematyczno-fizycznej i przedmioty ścisłe interesowały mnie równie mocno co muzyka, stwierdziłam, iż reżyseria dźwięku będzie dobrym połączeniem.
Ciekawe, iż w Poznaniu reżyseria dźwięku jest na uniwersytecie przy wydziale fizyki, a w Warszawie na uczelni muzycznej.
W czasie, gdy studiowałam reżyserię w Poznaniu, kładziono tam równy nacisk na teorię i na praktykę. Może choćby teoria – akustyka czy elektronika – były ważniejsze, choć zajęcia praktyczne z nagrywania i miksowania dźwięku też oczywiście były. Bardzo dużo się tam nauczyłam, ale brakowało mi zajęć kreatywnych. Pomysł, żeby po pierwszym roku reżyserii zdawać na kompozycję, przyszedł do mnie sam: będąc na wakacjach, zobaczyłam na Facebooku ogłoszenie o dodatkowych naborach na Akademię Muzyczną. Dostałam się do klasy prof. Moniki Kędziory i tak się zaczęło.
Interesowała się pani już wtedy elektroniką w muzyce?
To był proces. Na pewno przyczyniła się do tego intensywnie działająca wówczas poznańska scena klubowa: w ciągu paru miesięcy można było usłyszeć takich wykonawców, jak Emptyset, Aisha Devi i Varg. A z drugiej strony na uczelni były takie osoby jak Rafał Zapała, kompozytor, który zajmował się elektroniką; była to dla mnie straszna tragedia, gdy zmarł w zeszłym roku. Naprawdę wiele mu zawdzięczam. Odbywały się też wydarzenia organizowane przez prof. Lidię Zielińską.
Ona założyła swego czasu studio muzyki elektronicznej na uczelni.
Ale najważniejsza dla mnie była decyzja, żeby pojechać na Erasmusa. Zapytałam wtedy prof. Zielińską, gdzie mogłabym się rozwijać w kierunku elektroniki, i poleciła mi dwa ośrodki, w tym KMH (Królewską Wyższą Szkołę Muzyczną) w Sztokholmie. Zaaplikowałam tam i spędziłam semestr na studiach licencjackich. Trafiłam do prof. Billa Brunsona, a później na studiach magisterskich do Henrika Friska. Brunson odpowiadał za rozbudowanie uczelni; teraz jest tam mnóstwo studiów ze świetnym wyposażeniem. W jednym z nich stoi syntezator Buchla, w drugim EMS VCS 3...
Prawdziwe zabytki…
…ale świetnie działające. W Sztokholmie działa też prężnie EMS, studio muzyki elektronicznej założone w latach 60. Kieruje nim w tej chwili Mats Lindström. Jest otwarte na rezydencje; mnie się udało dostać w zeszłym roku.
Nawiązała pani mnóstwo kontaktów.
Uwielbiam wracać do Szwecji, mam tam dużo przyjaciół, zresztą nie tylko tam, bo część osób, które poznałam w Sztokholmie, mieszka teraz np. w Londynie czy Berlinie. Czasem się odwiedzamy, pomagamy sobie wzajemnie w organizacji koncertów, możemy na siebie liczyć.
A ostatnio Szwedzkie Radio
zamówiło u pani utwór.
Tak, zamówienie otrzymałam przez Annę Petrini. Usłyszała nagranie mojego „Suspended in Ratios” na orkiestrę i elektronikę na obradach Międzynarodowej Trybuny Kompozytorów; przedstawiły go tam Warszawska Jesień i Polskie Radio. Dostał tzw. rekomendację do nadawania w radiofoniach zrzeszonych w Europejskiej Unii Radiowej. I wtedy Anna postanowiła zamówić u mnie nowy utwór.
Pracowała też pani dla szwedzkiej firmy od gier wideo.
To był interesujący epizod. Pod koniec studiów dostałam propozycję pracy w DICE, wytwórni gier komputerowych. Najpierw byłam na stażu, później na pół etatu i przeszłam przez cały projekt tworzenia jednej gry. Pracowałam z Hildur Gudnadóttir i jej mężem Samem Slaterem, którzy skomponowali do niej muzykę. Dostawałam od nich przeważnie surowe materiały, a moim zadaniem było wybranie i zmiksowanie różnych warstw dźwięku, nadanie formy poszczególnym utworom i implementowanie ich do gry.
Chyba pomogło, iż w Poznaniu pracowała pani przy filmach animowanych?
Uwielbiam pracę z obrazem. Ale film i gra to jednak trochę różne formy. Film ma formę linearną i zamkniętą, a forma gry jest przeważnie otwarta i trzeba umieć zbudować jej strukturę w taki sposób, żeby mogła trwać minutę, a mogła też pół godziny. Nadbudowywać ją, kiedy w grze dzieje się coś bardziej intensywnego, i wycofywać, kiedy intensywność się kończy.
Czyli kompozytorzy tworzyli muzykę, a pani dopasowywała ją do sytuacji, jakie mogą być w grze.
To zależy. Za główny temat muzyczny gry odpowiadali oni, a poza tym były mniejsze elementy, do których dostarczyli mi materiały i miałam z nich zakomponować krótkie fragmenty. Oboje, inaczej niż ja, lubią pracę z nagraniami terenowymi. Dlatego też sposób mojej pracy przy tym konkretnym projekcie musiał się zmienić. Był to piękny, choć również stresujący dla mnie proces – wtedy stwierdziłam, iż praca w korporacji nie jest dla mnie, i wróciłam do Polski.
Było dużo stresu, niepewności, czy będę w stanie utrzymać się ze sztuki. Na szczęście zostałam zaproszona do platformy SHAPE+, zrzeszającej młodych twórców i twórczynie sceny muzycznej i wizualnej. Rekomendował mnie tam polski festiwal Unsound. Dzięki platformie dostałam zaproszenia na ważne festiwale: CTM w Berlinie, ORF Musikprotokoll w Grazu w Austrii, zaprosiła mnie też do zrealizowania projektu MeetFactory, instytucja sztuki z Pragi czeskiej.
Z polskich festiwali po Unsoundzie pojawiła się pani na Sacrum Profanum, Festiwalu Prawykonań, Warszawskiej Jesieni, Sanatorium Dźwięku.
Zaproszenia od polskich festiwali są dla mnie bardzo ważne. Na Festiwalu Prawykonań, Sacrum Profanum i Warszawskiej Jesieni pokazałam swoje pierwsze utwory na orkiestrę i elektronikę. Na Unsoundzie w ubiegłym roku grałyśmy z Alex Freiheit „Ghsting”. Wszystko zaczęło się od wiadomości od Alex, która chciała, żebym stworzyła z nią projekt bazujący na jej nagraniach terenowych z Turcji. Później stwierdziłyśmy, iż chyba będzie lepiej zacząć z czymś nowym, od zera. Pierwszy raz spotkałyśmy się przed sylwestrem w 2023 r. Potem dostałam od Alex cały tekst „Ghstingu”, który napisała w jeden dzień!
To mocny tekst o koszmarnym hotelu w Europie Wschodniej z punktu widzenia sprzątaczki czy też jej ducha...
Tak, ten dźwiękowy horror opowiada historię kobiet pracujących w hotelu. Już na etapie pracy nad nagraniem wiedziałyśmy, iż chcemy z nim koncertować. Pierwszy raz zagrałyśmy we dwie na Dniach Muzyki Współczesnej w Białymstoku, a kiedy zaprosił nas warszawski festiwal Ephemera, zaproponowałyśmy, żeby projekt poszerzyć o performerki, zagrać też światłem i dymem. I tak na Ephemerze po raz pierwszy pojawiłyśmy się z Kasią Sikorą i Polą Nikiel oraz z Jacqueline Sobiszewski, która zajęła się reżyserią światła. Tej formy trzymamy się do dzisiaj.
To chyba pierwsza pani praca z tekstem. Robiła już pani spektakle, ale tylko z ruchem, z czujnikami ruchu.
To prawda. Na mojej pierwszej płycie „Human Glory” pojawiają się nagrania głosu, ale przetwarzane, traktowane jako efekt. No i pierwszy raz gram też w takim zespole; śmiejemy się, iż tworzymy świetny girlsband.
W zeszłym roku robiła pani utwór w Muzeum Sztuki Nowoczesnej na sprzęcie ze Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia. Muzeum zamierza odtworzyć słynny czarny pokój Studia, zaprojektowany przez Oskara Hansena.
Czuję się ogromnie zaszczycona, iż mogłam pracować na sprzęcie SEPR po ponad 20 latach jego nieużywania. Mam nadzieję, iż wspaniałej ekipie MSN uda się przywrócić go do życia, jest już też projekt aranżacji przestrzeni bazujący na projekcie Hansena. Wiem, iż mnóstwo osób z Polski i ze świata chciałoby tam przyjechać. Kiedy wstawiłam pierwsze zdjęcia z pracowni MSN na social media, od razu dostałam pytania, gdzie to jest, czy można tam pracować. O stan prac w MSN podpytywał mnie też zespół EMS w Sztokholmie. Myślę, iż bez problemu moglibyśmy stworzyć w Warszawie instytucję na miarę EMS. Sztokholmskie studio zaprasza do pracy setki artystów rocznie na parutygodniowe rezydencje. Mam nadzieję, iż u nas to też będzie przestrzeń otwarta, iż będziemy mogli promować najważniejsze dziedzictwo polskiej muzyki elektronicznej z XX w. w najlepszy możliwy sposób.
À propos zabytków: w zeszłym roku wyszła płyta z koncertu zespołu The Orchestra of Futurist Noise Intoners, który odbył się na festiwalu Sanatorium Dźwięku w Sokołowsku; to orkiestra tzw. intonarumori, odtworzonych instrumentów eksperymentalnych, wymyślonych sto lat temu przez włoskiego futurystę Luigiego Russola. Jest na niej m.in. pani utwór stworzony z Gerardem Lebikiem, a w zespole grali też polscy muzycy: Marek Chołoniewski, Teoniki Rożynek...
Tak, to był projekt polsko-norweski, zainicjowany przez fundację In Situ, drugi koncert odbył się w Oslo w siedzibie centrum muzyki współczesnej nyMusikk.
O intonarumori kilka wiadomo, zachowały się tylko projekty i zdjęcia. To były instrumenty akustyczne, nie elektroniczne. Było kilka prób ich odtwarzania.
Tak, ale to jest jedyna prawie pełna replika orkiestry tych instrumentów. Bardzo mało jest materiałów źródłowych, na których mógł się opierać Luciano Chessa, twórca tych replik i dyrygent w naszym projekcie. A projekt był niezwykły. Niestety, Gerarda Lebika też już z nami nie ma. Był wspaniałą postacią, mam nadzieję, iż jego twórczość zostanie z nami na zawsze.
A jak państwo współpracowali?
Gerard zaprosił mnie wcześniej do Sokołowska, kiedy przyjechały instrumenty. Nagrywaliśmy brzmienia poszczególnych instrumentów, a później w studiu z tych nagrań zbudowaliśmy wstępną strukturę utworu, przygotowaliśmy także partyturę.
Powiedziała pani kiedyś, iż pisząc utwory orkiestrowe, czasem robi pani najpierw wersję elektroniczną i z niej transkrybuje na instrumenty.
To prawda, nie jest to odwzorowanie jeden do jednego, ale w ten sposób mogę rozplanować czas. Lubię długie formy, więc czas jest dla mnie kluczowy, muszę się upewnić, czy każda fraza trwa dokładnie tyle, ile według mnie powinna. I tak też było w przypadku intonarumori. Utwór składa się z szeregu fragmentów; Gerard użył pięknego porównania: to tak, jakbyśmy oglądali obraz w galerii, a przechodząc do następnego kątem oka widzieli oba.
Najbliższa pani jest muzyka dronowa, składająca się z długich, statycznych brzmień. Wiele z tych dzieł przytłacza, jak np. utwór dla Radia Szwedzkiego.
Od dłuższego czasu próbuję przeprocesować sytuację naszego świata, chaotyczną i straszną. Tytuł utworu to „I Carry the Strengh”; myślę w nim o ludziach, którzy przypadkiem znaleźli się w oku cyklonu światowych konfliktów, choć chcą po prostu prowadzić normalne życie. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak są silni, ile cierpienia doświadczyli i doświadczą, i w jak wygodnej sytuacji jestem ja, będąc w kraju, gdzie – jak na razie – nie ma wojny. Wraca do mnie też myśl, iż w dzisiejszym świecie postprawdy i social mediów nie wiemy, co się naprawdę dzieje. Dopływa do nas ogrom informacji; które są prawdziwe, możemy tylko domniemywać. Nie chcę muzyką wygłaszać oświadczeń, tylko poradzić sobie z przytłaczającymi emocjami, które nas dotykają, bo nie wiemy, czy robimy wystarczająco wiele, by pomóc. Ten element przytłoczenia chciałam uchwycić. Nie ukrywam też, iż śmierć bliskich mi osób, Rafała Zapały i Gerarda Lebika, odcisnęła we mnie trwały ślad. Może to jest mój sposób radzenia sobie także z tymi emocjami.
ROZMAWIAŁA DOROTA SZWARCMAN
***
Aleksandra Słyż (ur. 1995 r.) – kompozytorka muzyki elektronicznej, łącząca też elektronikę z tradycyjnymi instrumentami. Studiowała reżyserię dźwięku na poznańskim Uniwersytecie Adama Mickiewicza i kompozycję w poznańskiej Akademii Muzycznej, a potem także w Royal College of Music w Sztokholmie. Debiutowała albumem „Human Glory” (Pointless Geometry). Nagrodę przyniósł jej sezon, w którym stworzyła m.in. spektakl „Ghsting” (wspólnie z Alex Freiheit) oraz muzykę na orkiestrę instrumentów futurystycznych (tzw. intonarumori).
***
Partnerem kategorii MUZYKA POWAŻNA jest Orlen Art&Science













